– Prokuratura miała osiem lat, żeby zweryfikować udział w mojej sprawie Grzegorza Biereckiego, i nie zrobiła tego. Senator PiS przez rok nie stawiał się w sądzie, a gdy już wystąpił, sąd uznał jego zeznania za skandaliczne i nieprzystojące publicznej osobie – mówi Wojciech Kwaśniak, były wiceszef Komisji Nadzoru Finansowego.

Wojciech Kwaśniak: To było 16 kwietnia 2014 r.

– To 6 grudnia 2018 r. – i dla mnie, i dla mojej żony było to znacznie bardziej traumatyczne. Zamach uznaliśmy za wypadek, coś takiego rzadko, jednak może się zdarzyć. Ale gdy w końcu ustalono sprawców, przynajmniej tych bezpośrednich, wydawało nam się, że sprawy powoli biegną w dobrą stronę. A tu zatrzymuje mnie CBA. I to w sprawie dotyczącej SKOK-u Wołomin, z którym przecież związany był zamach na mnie?! Dla nas to było coś szokującego – przecież ja całe swoje życie zawodowe pracowałem dla państwa.

– Musiał znać te informacje. Ale mówił, że zostałem pobity, bo swoją wieloletnią bezczynnością rozzuchwaliłem bandytów. A szef Kasy Krajowej SKOK i organizator całego systemu SKOK-ów Grzegorz Bierecki dodał, że przecież nie zawsze biją tego dobrego.

– Nie dowieziono mnie jeszcze do Szczecina, a na konferencji prasowej minister Ziobro z prokuratorem krajowym Bogdanem Święczkowskim już przesądzili, że jestem winien. Mówili, że to jest prawdziwa afera Komisji Nadzoru Finansowego w odróżnieniu od tej, jak mieliśmy rozumieć, nieprawdziwej, bo media w tym czasie pisały o nagraniu przez Leszka Czarneckiego przewodniczącego KNF Marka Chrzanowskiego, który miał mu jakoby złożyć korupcyjną propozycję: weźmie pod parasol jego Getin Bank i Idea Bank w zamian za określony procent od wartości banku i zatrudnienie radcy prawnego z Częstochowy.

W tym samym czasie media relacjonowały również proces, w którym zeznawał Piotr Polaszczyk, były oficer WSI i były członek rady nadzorczej SKOK-u Wołomin, który powiedział, iż przekazywał konkretnym politykom koperty z pieniędzmi z tej kasy, wymieniając między innymi Jacka Sasina i inicjały dwóch senatorów…

Media szybko również odkryły, że rzecznik CBA, który wypowiadał się w sprawie mojego zatrzymania, nie spłacał swojego zadłużenia w SKOK-u Wołomin. Bronił go minister Kamiński, ale rzecznik stanowisko traci.

Nikt jednak nie zadał pytania, jak to się stało, że do SKOK-u Wołomin trafiali tacy ludzie? Przecież to nie był bank spółdzielczy, który każdego może obsługiwać. SKOK może obsługiwać tylko swoich członków, a oni muszą wcześniej nabyć tak zwaną więź członkowską – zapisać się do Stowarzyszenia Pomoc Bliźniego, które wcześniej się nazywało Stowarzyszeniem Pomocy Bliźniemu imienia Matki Teresy z Kalkuty. Zmiana nazwy bardzo wymowna.

– Żona spotkała się z milczeniem premiera, byłego prezesa jednego z największych banków w Polsce, który między innymi dzięki mojej decyzji został w ogóle zaakceptowany na tę funkcję. Przecież wiedział, jak nadzorowałem jego bank, znał opinie w środowisku na mój temat. Zasiadał we władzach Związku Banków Polskich, który publicznie stanął za mną po moim zatrzymaniu. To było wymowne milczenie polityka, który wolał nie weryfikować działań podległego mu ministra sprawiedliwości.

– To niby miało być ponad półtora miliarda złotych na szkodę interesu publicznego, czyli na szkodę Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, który wypłacał po upadku SKOK-u Wołomin jego członkom depozyty do gwarantowanego limitu. Oraz ponad 50 milionów na szkodę prywatnych członków tej kasy, którzy mieli lokaty powyżej tego limitu i ich nie odzyskali.

Według prokuratury moje działanie miało na celu przysporzenie korzyści członkom zarządu tej kasy i innym osobom, co samo w sobie jest nielogiczne. Przesłanką upadłości SKOK-u była trwała utrata jego płynności, do czego doprowadzili członkowie kasy, wyciągając z niej pieniądze, gdy zarządca komisaryczny nie uzyskał wsparcia finansowego od Kasy Krajowej. SKOK Wołomin wprawdzie zrzeszał 60 tys. członków, ale to grupa około 20 osób decydowała przez lata o wyborze jego władz i o tym, jak wydawać pieniądze. A wydawali je nie tylko w formie kredytu, gdzie był oficjalny dłużnik czy pożyczkobiorca. Ale również poprzez ludzi podstawionych z fałszywą tożsamością, czyli tak zwane słupy, gdzie formalnym odbiorcą środków był ktoś inny. Miałbym też jakoby pomagać ludziom, którzy zdaniem innej prokuratury stali za zamachem na mnie.

– Dzisiaj mamy już dowód na to, że było inaczej. Po ostatnich wyborach Prokuratura Okręgowa w Gorzowie skierowała do sądu akt oskarżenia w tak zwanym głównym wątku sprawy SKOK-u Wołomin, gdzie skarży ponad 60 osób. Jasno napisała w komunikacie, że przy kasie działała zorganizowana grupa przestępcza, w skład której wchodzili między innymi członkowie zarządu i osoby zajmujące się organizowaniem tzw. słupów, którym udzielano pożyczek. A także, że ta grupa działała od maja 2006 r. do października 2014 r. To znaczy, że zaczęła blisko siedem lat przed tym, nim KNF objęła nadzorem SKOK. A przez te lata wyłączna odpowiedzialność za nadzór i kontrolę kasy spoczywała na Kasie Krajowej SKOK. Jej władze wiedziały od listopada 2008 r. od własnych kontrolerów, jak grupa Polaszczyka jest finansowana w Wołominie, i nie zahamowały tej działalności.

– Wyjaśniali w 2012 r., że mimo zauważonego ryzyka ono się nie zmaterializowało w postaci strat i w związku z tym ich zdaniem nie było podstaw do przekazania sprawy prokuraturze. Przez szereg lat SKOK Wołomin był wielokrotnie nagradzany przez Kasę Krajową, a nawet przejął dwa mniejsze SKOK-i. To dla mnie jest zupełnie niezrozumiałe, dlaczego nie ustanowili w kasie zarządu komisarycznego, mimo że nie byli związani procedurą administracyjną i czekali, aż KNF obejmie nadzorem SKOK.

– Ustawa przewidywała, że kasy same zlecają biegłym rewidentom zbadanie swoich sprawozdań finansowych na koniec września 2012 r. Okazało się, że zagrożona była działalność prawie co trzeciego z 55 SKOK-ów. Problemy były jednak znacznie większe, niż wynikało z raportów audytorów i informacji Kasy Krajowej. Zresztą jej władze poddawały nieustającej krytyce samą ustawę, nasze czynności nadzorcze i nasze okresowe raporty o sytuacji systemu kas, oskarżając władze państwa i KNF o prowadzenie działań mających na celu zniszczenie SKOK-ów.

– SKOK Wołomin działał bez zarzutu według opinii międzynarodowej firmy audytorskiej BDO. Miał potwierdzone ponad 30 mln zł zysku netto na koniec września 2012 r. W związku z tym nie powinniśmy się nim przejmować. Ale wchodzimy do niego jako pierwszego, bo przyjęliśmy zasadę, że sami zbadamy największe, kluczowe dla systemu SKOK-i – jeśli okażą się zdrowe, będą mogły ewentualnie przejmować te mniejsze chore i prowadzić ich restrukturyzację.

Poza tym, dostaliśmy informację od ABW i Generalnego Inspektora Informacji Finansowej, że tam dzieje się coś niepokojącego. Kasa Krajowa nie przekazała nam swojego protokołu z 2012 r., a w nim, zdaniem KNF, już były przesłanki, żeby zawiadomić prokuraturę. Jeszcze w maju 2013 r. przekazaliśmy prokuraturze doniesienie o podejrzeniu popełnienia przestępstwa fałszowania sprawozdań finansowych przez władze tej kasy.

A dziś już wiadomo, że prokuratura od 2011 r. prowadziła postępowanie w sprawie SKOK-u Wołomin.

– Jeden z tak zwanych słupów poczuł się szantażowany i zagrożony, więc podzielił się obawami z Prokuraturą Rejonową w Wołominie. Ta uznała, że występują przesłanki działania zorganizowanej grupy przestępczej i sprawę przekazała do Prokuratury Okręgowej Warszawa-Praga. Do jej śledztwa przystąpiła jeszcze Prokuratura Apelacyjna w Warszawie, a od końca 2012 r. również ABW i GIIF, a na początku 2013 r. prokurator generalny Andrzej Seremet nakazał (co ujawnił w Sejmie dopiero w 2015 r.), by wszystkie sprawy dotyczące SKOK-ów były koordynowane przez prokuraturę generalną. To znaczy, że oni wszyscy musieli mieć świadomość, co się dzieje w drugim co do wielkości SKOK-u.

– Która formalnie zobowiązana była prowadzić czynności kontrolne i współpracować z nami. Choć omal nie straciłem życia, ja i moi koledzy usłyszeliśmy na koniec: mogliście zrobić więcej i szybciej. Urzędnik miał długopisem zwalczyć zorganizowaną grupę przestępczą, która fałszowała dokumentację finansową tej kasy? A od czego są organa do zwalczania przestępczości z prokuraturą na czele?

– Ziobro skrytykował ten wyrok i zastrzegł, że akt oskarżenia i tak trafi do sądu. Ale w przypadku oddzielonej od mojej sprawy sprawy moich kolegów z KNF był inny skład sędziowski i w 2019 r. wprost stwierdził, że do żadnego przestępstwa nie doszło, a sprawa w ogóle nigdy nie powinna być podjęta. Ani podejmowana ponownie, bo przecież była umarzana dwukrotnie wcześniej przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie. Ale konsekwentnie skargi na to umorzenie składali do prokuratora krajowego ówcześni posłowie Schmidt z PiS i Wipler z partii KORWIN. Po czym prokurator Święczkowski je wznawiał, aż przeniósł do Szczecina…

Zasądzono mi 15 tys. zadośćuczynienia, które sąd apelacyjny podniósł do 20 tys. i mi je nawet wypłacono. Ale to tak zdenerwowało ministra Ziobrę, że wystąpił o kasację do Sądu Najwyższego. Czekam, kiedy zostanie rozpatrzona.

– Oczywiście oficjalnie nie ma żadnego majątku, więc nawet jeśli się ten wyrok uprawomocni, to nie wiadomo, czy uda się coś wyegzekwować. Polaszczyk był wyraźnie zaskoczony wyrokiem, jakby liczył, że jakieś wpływowe osoby uratują go przed skazaniem.

Co ciekawe, zaraz po zatrzymaniu chciał mówić, komu przekazywał pieniądze, ale zażądał statusu małego świadka koronnego. Gdy go nie dostał, przez dziewięć lat odmawiał składania wyjaśnień. Dopiero w mowie końcowej powiedział, że nie był jedynym beneficjentem wyprowadzanych ze SKOK-u Wołomin środków, a raczej hamulcowym ich przekazywania również na inne cele.

– Dopiero na procesie go zobaczyłem. W mowie końcowej powiedział, że zainteresował się mną na przełomie 2013 i 2014 r., jak do nich dotarło, że – jak powiedział – narozrabiali w SKOK-u Wołomin. I wtedy przez kolegów ze służb usiłował szukać dojścia do mnie, żeby wyjaśnić, że naprawią wszystko. Poszukiwania dojścia spełzły na niczym. Próbowano więc, jak zeznał jeden ze świadków, zbierać informacje, które miałyby mnie skompromitować i wyeliminować z pełnienia funkcji, ale okazało się, że mam bardzo uporządkowany tryb życia, czyli z pracy jeżdżę do domu i z powrotem.

– Zagubił się wymiarowi sprawiedliwości. Był przez pewien czas w areszcie, ale został wypuszczony i teraz jest poszukiwany. Ale wśród spraw, za które jest poszukiwany, nie ma mojej sprawy ani sprawy o próbę zabójstwa prowadzonej przed sądem w Radomiu. Policja szuka go w związku z niepłaceniem alimentów. Nawet gdyby się więc znalazł gdzieś za granicą, to ekstradycja za alimenty nie jest możliwa.

Prawomocnie skazano za to człowieka, który dostał zlecenie na mnie, ale przekazał jego wykonanie właśnie „Twardemu”. Dopuścił się w międzyczasie przestępstw w Niemczech, gdzie został złapany i odsiedział cztery lata, ale dostał od polskiej prokuratury status małego świadka koronnego.

– Złamano mi czaszkę, mam uszkodzone jedno oko. Były obawy, czy przeżyję i czy nie będę człowiekiem-rośliną. W ręce mam druty, bo inaczej bym palcami nie ruszał. Misterną rekonstrukcję dłoni zrobili mi w szpitalu na Szaserów, gdzie zostałem przewieziony dobę po zamachu i dostałem stałą policyjną ochronę, bo najpierw wylądowałem w Szpitalu Czerniakowskim. Z zeznań świadków wynika, że Polaszczyk jeszcze w dniu zamachu wiedział, w którym jestem szpitalu i jakie mam obrażenia. A po przeczytaniu w gazecie o moim pobiciu był tak zadowolony, że – jak zeznała wiceprezes tej kasy – wypił szampana z prezesem SKOK-u. Bronił się potem w mowie końcowej, że cały Wołomin wie, iż on codziennie pije szampana.

– „Usiłowano cię zabić, gdy pełniłeś swoją funkcję – mówił mi polsko-amerykański prawnik Leib Fogelman – i państwo o tym wiedziało, a mimo to, z sobie wiadomych powodów, postanowiło jeszcze cię dodatkowo zaatakować”.

Mecenas Naumann powiedział w sądzie, że w swojej długoletniej karierze spotkał się tylko z dwiema sprawami, które mogą być podobne do mojej: to zabójstwo księdza Popiełuszki, gdzie całe społeczeństwo wiedziało, że na ławie oskarżonych siedzą tylko wykonawcy; i upadek rządu PO po ujawnieniu nagrań z restauracji Sowa i Przyjaciele, gdzie głównymi winowajcami mieli być tylko kelnerzy.

– Polaszczyk po zatrzymaniu wskazywał na udział w sprawie senatora Grzegorza Biereckiego. Prokuratura miała osiem lat, żeby zweryfikować, czy on pomawia Biereckiego, nie zrobiła tego, podobnie jak nie wyjaśniła relacji pomiędzy nimi. Zresztą Bierecki, ważny świadek w mojej sprawie, przez rok się nie stawiał w sądzie. A gdy już wystąpił we wrześniu minionego roku, to sąd uznał jego zeznania – i podkreślił to w uzasadnieniu podczas ogłaszania wyroku – za skandaliczne i nieprzystojące publicznej osobie. Sprowadzały się do tezy, że to ja współpracowałem z grupą przestępczą i sfingowałem zamach na siebie. Miałby to być argument do obrony przed przyszłą odpowiedzialnością za opieszałość. Taki zamach zdaniem Biereckiego nie mógł na nic wpłynąć, bo przecież Kwaśniak żadnej krzywdy nie robił tej kasie. Polaszczyk też przekonywał, że nie miał żadnego interesu, żeby zamach na mnie robić, bo wiedział, że KNF ze mną czy beze mnie normalnie by funkcjonowała. Zastanawiająca zbieżność poglądów? Podobnie uważa prokuratura ze Szczecina, która mnie oskarża. Na szczęście sąd w Warszawie uznał winę Polaszczyka i jeszcze jednego z oskarżonych.

– Czuję głęboki żal. Prokuratura w Szczecinie chciała uniemożliwić w ogóle mój powrót do pracy na rynku finansowym. Miałem wpłacić kaucję w wysokości 250 tys. zł, co dla mnie było niesłychanie bolesne, bo dokładnie tyle miał otrzymać zamachowiec, który w moim przekonaniu miał mnie zabić. Minister Ziobro opowiadał, jak odkrył, że za zlecenie na jego życie oferowano w 2019 r. 100 tys. zł. To niby zwykłe pobicie, jak prokuratura zaklasyfikowała zamach na mnie, miało kosztować 250 tys. zł plus motor? I wynajmowano by profesjonalistę, który odpowiednio się uzbroił, zamaskował, bo oprócz kominiarki, którą udało mi się mu ściągnąć, miał jeszcze pończochę na głowie?

– To może tworzyć wrażenie, że się w prokuraturze napracowali, ale te wszystkie liczne osoby to są słupy, które za 100 zł lub za butelkę wódki każdą rzecz by podpisały. Cały czas brakuje odpowiedzi na zasadnicze pytanie: Dlaczego w prokuraturze nie koncentrowano się od początku na władzach SKOK-u Wołomin, tylko na słupach? Tylko po to, by przedłużyć i rozmyć śledztwo? Jaka była rola kluczowych osób z zarządu i rady nadzorczej oraz tych 20 osób, które kontrolowały działalność kasy? Dlaczego Polaszczyk po zatrzymaniu w kwietniu 2014 r. przez prokuraturę w Gorzowie uważał, że w Warszawie nikt by go nie zatrzymał? Już nie wspomnę o odszukaniu innych beneficjentów środków z kasy.

Gorzowska prokuratura współpracowała z KNF w 2014 r. przy wprowadzaniu zarządu komisarycznego w sprawie SKOK-u Wołomin i nie widziała żadnych naruszeń prawa z naszej strony. W sprawie zamachu na mnie wniosła do sądu akt oskarżenia przeciwko bezpośrednim osobom stojącym za zamachem. W mowie końcowej prokurator Agnieszka Leszczyńska powiedziała, że sprawa nie jest jeszcze zamknięta. Czy mogli zrobić więcej? Czy miała swobodę działania? Czy jeszcze coś wyjaśnią?

– Powinna powstać sejmowa komisja śledcza, żeby posłowie i opinia publiczna zobaczyli, jak różne organy państwa działały w sprawie SKOK-ów. Ile czasu im zajęło na przykład podjęcie decyzji o zabezpieczeniu dokumentów? Albo czy warto założyć podsłuchy? Jak pod skrzydłami prokuratur i służb zwalczających przestępczość stworzono warunki do zamachu na mnie? Dlaczego po zamachu nic nie zrobiono, żeby ustalić sprawców, a sprawą zajmowała się prokuratura najniższego szczebla?

– W pół roku znaleźli ich policjanci z elitarnego wydziału zwalczania terroru i zabójstw komendy stołecznej. Pytali, czy kojarzę zamach z jakąś szczególną sprawą, z jakąś decyzją, którą w pracy podejmowałem. Do głowy mi nie przyszło, że może to dotyczyć SKOK-ów, które stanowiły 1 proc. rynku finansowego. Przecież ja dużo ważniejsze decyzje podejmowałem w tym czasie.

Pytałem przed sądem jednego z policjantów, czy biorąc pod uwagę ogólnie znaną specyfikę Wołomina, służby specjalne obejmowały to miasto zwiększonym monitoringiem. Odpowiedział, że to oczywiste. A czy zamach na mnie mógł być sfingowany? Odpowiedział: „To absurd”. A jeden ze świadków odsiadujących wyrok zapytany w sądzie, czy identyfikuje osoby związane z zamachem na mnie i czy mógłby wymienić ich nazwiska, odpowiada: „Nie, bo chcę żywy dosiedzieć wyroku”. Z tego, co wiem, żaden z policjantów zajmujących się moją sprawą nie pracuje już w wydziale zwalczania terroru i zabójstw, a niektórzy nawet w policji. Ciekawe dlaczego?

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version