W języku polskim nie ma nawet słowa, które opisywałoby to, co zrobiła na kortach Rolanda Garrosa Maja Chwalińska. I nie zmieni tego także przegrany finał z Mirrą Andriejewą.
Tej historii nie da się nie lubić. Maja Chwalińska nie planowała zostać w Paryżu tak długo, więc w ostatnim tygodniu dwukrotnie musiała przedłużać pobyt w hotelu. Sponsora nie ma, więc za każdym razem wychodziła na kort w innym stroju. A w ogóle turniej zaczynała blisko trzy tygodnie temu, w kwalifikacjach, razem z tenisistkami z drugiej setki rankingu. I nawet tam nie uchodziła za najlepszą zawodniczkę.
Kibice kochają takie historie, a sport czasami im tych historii dostarcza. Ćwierć wieku temu Goran Ivanisević wygrał Wimbledon, startując dzięki dzikiej karcie. Dekadę temu piłkarze Leicester byli typowani do spadku, a zdobyli mistrzostwo Anglii. Pięćdziesiąt lat temu Wojciech Fortuna jechał na igrzyska do Sapporo, by nabierać doświadczenia. A wrócił ze złotym medalem.
Częścią każdego z tych triumfów jest niewytłumaczalna, ale jakże piękna tajemnica. Roland Garros to dla tenisistek jeden z czterech najważniejszych startów w roku. Rywalki Mai Chwalińskiej solidnie się przygotowywały i naprawdę się starały, a jednak, aż do Andriejewej przegrywały, choć biografia i umiejętności wskazywały, że są lepsze. Polka ostatni raz faworytką była w eliminacjach. W kolejnych siedmiu meczach to przeciwniczki miały lepszy dorobek i większe szanse. Nie byłoby sensacji, gdyby już w pierwszej rundzie Polka przegrała ze złotą medalistką igrzysk w Paryżu Zheng Qinwen.
Możemy szukać różnych wyjaśnień, tłumaczyć sukces specyficznym stylem Polki, tym, że rywalki z czołówki zupełnie jej nie znały i nie wiedziały, jak się do niej dobrać. Jest też stworzona przez naukowców teoria „success trap” (pułapki sukcesu), według której faworyci, obawiając się utraty reputacji, minimalizują ryzyko, przez co ich gra staje się zachowawcza i przewidywalna. Wszystko to ma sens, ale nie odpowiada na wszystkie pytania. Przecież Maja Chwalińska nie nauczyła się w ciągu kilku dni grać w tenisa na poziomie finału turnieju wielkoszlemowego.
Istota sportu to rywalizacja, walka z własnymi słabościami, przekraczanie granic. Jego fundamentalną zasadą jest natomiast równość szans. Rywalki Chwalińskiej grały na takim samym korcie jak Polka, takimi samymi rakietami i takimi samymi piłkami. Wszystkie mecze zaczynały się od stanu 0:0. To, jakim wynikiem się skończyły, jaką treścią się wypełniły, zależało od tego, co wydarzyło się na korcie, a nie od miejsca w rankingu, rocznych zarobków czy liczby umów sponsorskich. Sport się komercjalizuje i profesjonalizuje, coraz mniej miejsca zostaje na przypadek. Ale wciąż zdarzają się takie historie, jak ta, którą przeżyliśmy dzięki Mai Chwalińskiej. Faworyt nigdy nie może być pewny zwycięstwa, każdy może marzyć.
Chwalińska jest też przykładem tego, że czasami trzeba komuś dać szansę. Kultura eksploatuje ten motyw ponad miarę, najczęściej korzystając ze scenografii sportowych (najsłynniejszym przykładem pozostaje Rocky Balboa), ale przecież to prawda odnosząca się także do innych sfer życia, również do biznesu. Każdy z nas ma takiego kolegę/taką koleżankę z liceum: nie spodziewalibyśmy się po niej niczego, tymczasem nie tylko sobie radzi, ale odnosi olbrzymie zawodowe sukcesy.
Nawiasem mówiąc, w języku polskim nie ma nawet słowa, które opisywałoby Chwalińską. Angielski „underdog” oznacza osobę, na którą nikt nie stawia i według wszelkich danych powinna przegrać. Wszystkie polskie tłumaczenia (słowniki proponują „słabeusza”) są dalece niedoskonałe.
Chwalińska napisała w Paryżu jeden z najpiękniejszych rozdziałów w historii polskiego sportu. Ta wiosna, ten maj, który Polka przedłużyła do czerwca, zostanie z nią już na zawsze. Niezależnie od tego, ile jeszcze osiągnie sukcesów, ile wygra turniejów, z pewnością nigdy już nie zagra już żadnego turnieju w taki sposób, w jaki zrobiła to w Paryżu.

