Obu stronom brakuje sił i środków, aby przechylić szalę na swoją stronę. Trwa klincz, z którego ciężko będzie wyjść. Ukraińcy mają przewagę technologiczną, ale brakuje im ludzi. Rosjanie ludzi mają, ale technologicznie przegrywają. Dlatego na Wschodzie w zasadzie bez zmian.

Kreml znów wymachuje szabelką i ponownie grozi. Tym razem główny putinowski propagandzista Władimir Sołowiow groźbami ataku nuklearnego zareagował na podpisanie traktatu przez Polskę i Wielką Brytanię. Stwierdził, że „jeden atak rakietą Posejdon i Wielkiej Brytanii już nie będzie”. Dodał również, że Polska „nudzi się bez Rosji”. Zagroził, że Warszawa „w końcu powróci do rodzimych granic”.

Nie jest to nowość w rosyjskiej propagandzie. Sołowjow wzywa do zbombardowania Warszawy, Londynu lub Paryża dość regularnie. Były prezydent Dmitrij Miedwiediew również co jakiś czas powtarza, że Warszawa to rosyjskie miasto i powinno wrócić do macierzy. Zwykle wówczas, kiedy Rosjanie dostają cięgi na froncie i trzeba przykryć te wydarzenia. Tym razem ma miejsce kumulacja rosyjskich porażek i w najbliższych dniach gróźb i oskarżeń będzie bez liku.

Zwłaszcza po ukraińskim ataku na Petersburg. Ukraińcy przynajmniej czterema bezzałogowcami trafili terminal naftowy w porcie, a kolejne spadły na bazę w Kronsztadzie, położoną na wyspie Kotlin. Według doniesień zaatakowano tam okręt wojenny znajdujący się w stoczni lub suchym doku. Celem była korweta rakietowa projektu 20380 Bojkij, w którą trafiło kilka pocisków An-196 Liutyj.

Cios był o tyle bolesny, że miał miejsce w dniu rozpoczęcia międzynarodowego forum ekonomicznego, które rosyjska propaganda nazywa rosyjskim Davos. Po raz pierwszy od inwazji w Ukrainie pokazali się na nim zagraniczni goście, w tym Niemcy. Władze chciały wykorzystać wydarzenie do pokazania stabilności państwa, odporności gospodarki i normalnego funkcjonowania kraju, mimo trwającej wojny. Nie wyszło.

Uderzenie na Petersburg było wizerunkowym strzałem w dziesiątkę, ale Ukraińcy w tym tygodniu prowadzili jedne z najintensywniejszych operacji powietrznych tej wojny. Najważniejszym celem pozostawał lądowy korytarz zaopatrzeniowy prowadzący z obwodu rostowskiego przez Mariupol, Berdiańsk, Melitopol i Dżankoj do Krymu.

Ukraińskie drony regularnie atakowały transporty paliwa, ciężarówki wojskowe, składy zaopatrzenia i stanowiska obrony przeciwlotniczej rozmieszczone wzdłuż trasy nazywanej od rozpoczęcia okupacji autostradą R-280 „Noworosja”. Ukraińcy niemal całkowicie odcięli Krym od zaopatrzenia. Do tego stopnia, że wprowadzono kartki na zakup oleju napędowego, a limit na zakup paliwa wynosi 20 l w ciągu doby na osobę. Nie można również tankować do kanistrów.

Jakby było mało, w nocy z 28 na 29 maja oraz w kolejnych dniach ukraińskie Siły Systemów Bezzałogowych i wywiad wojskowy przeprowadziły serię uderzeń na cele wojskowe na Krymie oraz okupowanych terenach Zaporoża, Donbasu i Ługańszczyzny. Niszczeniu podlegały stacje radiolokacyjne, zestawy przeciwlotnicze Pancyr-S1, składy amunicji, składy paliw i punkty dowodzenia. Szczególnie ważne było eliminowanie radarów i wyrzutni obrony przeciwlotniczej, zapowiada to bowiem operacje dronów dalekiego zasięgu.

Rosjanie po przerwie, spowodowanej koniecznością wyprodukowania nowych pocisków, odpowiedzieli jednymi z największych uderzeń od dawna. W nocy z 1 na 2 czerwca użyli około 650 dronów oraz ponad 70 rakiet różnych typów. W operacji uczestniczyły bombowce strategiczne, okręty przenoszące pociski Kalibr oraz wyrzutnie Iskander rozmieszczone na terytorium Rosji i Krymu. Głównym celem był Kijów, ale uderzenia spadły również na obwody dniepropetrowski, charkowski, zaporoski i połtawski.

Rosjanie wykorzystują aktualnie ukraińskie problemy z brakami pocisków przeciwlotniczych. Problemy zaczęły być szczególnie widoczne po zaostrzeniu sytuacji na Bliskim Wschodzie. Stany Zjednoczone skierowały znaczną część dostępnych zasobów do ochrony własnych sił i sojuszników w regionie, co ograniczyło możliwości szybkiego uzupełniania ukraińskich zapasów. W efekcie liczba dostępnych pocisków dla systemów Patriot zmniejszyła się, a dostawy nie nadążały za tempem ich zużycia. Na szczęście dla Ukraińców Rosjanie także mają problemy.

Rosja wchodziła do wojny z dużym zapasem pocisków dalekiego zasięgu. Jednak do końca 2022 r. wystrzelono ok. 90 proc. Iskanderów i blisko 80 proc. Kalibrów. Przed rozpoczęciem konfliktu Rosjanie zakładali stosunkowo ograniczone możliwości odtwarzania arsenału. Szacowano, że przemysł będzie zdolny produkować rocznie ok. 150 Kalibrów i około 80 Iskanderów. Nawet te wielkości były uzależnione od dostępu do komponentów elektronicznych, których znacząca część pochodziła z importu.

W drugim roku konfliktu produkcja wyniosła zaledwie około 48 pocisków Iskander i około 120 Kalibrów. Później nastąpiło wyraźne przyspieszenie. Obecnie rosyjskie zakłady wytwarzają miesięcznie ok. 60-70 pocisków balistycznych Iskander-M oraz 25-30 pocisków manewrujących Kalibr. Oznacza to wielokrotny wzrost zdolności produkcyjnych w porównaniu z pierwszym okresem wojny, jednak nawet taki poziom nie pozwala na pełne zaspokojenie potrzeb armii prowadzącej działania na tak dużą skalę. Uderzenie z początku czerwca kosztowało Rosjan niemal całą miesięczną produkcję!

Z tego powodu rosyjskie zmasowane uderzenia nie są prowadzone w sposób ciągły. Przed każdym większym atakiem konieczne jest zgromadzenie odpowiedniej liczby pocisków manewrujących, czy rakiet balistycznych. Wyprodukowana rakieta nie trafia od razu do wyrzutni. Musi przejść procedury kontrolne, zostać wyposażona, sprawdzona i przygotowana do użycia bojowego. Właśnie dlatego pomiędzy kolejnymi dużymi nalotami pojawiają się kilkunasto-, a niekiedy nawet kilkudziesięciodniowe przerwy. Rosyjski przemysł zwiększył produkcję, ale nadal nie osiągnął poziomu pozwalającego na jednoczesne prowadzenie regularnych uderzeń i budowę znaczących rezerw.

Pod Pokrowskiem Rosjanie wciąż walą głową w mur. Wciąż jest to najbardziej aktywny odcinek frontu, a Rosjanie z każdym dniem zwiększają częstotliwość ataków. O ile w ubiegłym tygodniu średnio w rejonie miasta było ok. 60 kontaktów bojowych, tak w tym było już ok. 80. Mimo to zdobycze terytorialne było mniej niż marne.

Większość walk toczyła się w rejonie Hryszyna, Rodyńskiego oraz na podejściach do dróg prowadzących z Pokrowska w kierunku Dobropila. Rosjanie próbowali rozszerzyć wcześniejsze sukcesy osiągnięte w maju, nacierając małymi grupami szturmowymi wspieranymi przez bardzo dużą liczbę dronów FPV.

W samym pasie między Pokrowskiem a Konstantyniwką Rosjanie starali się utrzymać pod ogniem główne ukraińskie drogi zaopatrzeniowe, wykorzystując drony obserwacyjne i uderzeniowe. Z kolei Ukraińcy rozbudowywali systemy ochrony tras zaopatrzeniowych, w tym rozbudowali osłony przeciw dronom i rozproszyli punkty etapowe.

Pod Kupiańskiem Rosjanie kontynuowali działania na zachodnim brzegu Oskołu, wykorzystując wcześniej utworzone przyczółki w rejonie Dworicznej, Zapadnego i Kindrasziwki. Ich głównym celem pozostawało rozszerzenie strefy kontroli na północ od Kupiańska oraz stworzenie warunków do obejścia miasta od północnego zachodu. Kolejny raz się to nie udało i rosyjskie dowództwo musi szukać innych sposobów.

Większość działań koncentrowała się głównie w rejonie Orichowa, Małej Tokmaczki, Stepowego, Szczerbakowa oraz w kierunku Tokmaku. W przeciwieństwie do operacji z początku roku, były to przede wszystkim starcia małych grup piechoty, wspieranych przez drony FPV, artylerię i amunicję krążącą. Żadna ze stron nie prowadziła dużych operacji wojsk zmechanizowanych.

Zapewne się to niedługo zmieni, ponieważ nie bez powodu ukraińskie drony dalekiego zasięgu i artyleria regularnie atakowały magazyny, stanowiska dowodzenia i węzły komunikacyjne na zapleczu rosyjskich wojsk. Prawdopodobnie jest to przygotowanie do szerszej operacji na południu. Pytanie tylko, czy Ukraińcy posiadają na tyle sił, żeby ją przeprowadzić.

W samym pasie frontowym Ukraińcy prowadzili przede wszystkim rozpoznanie bojem i lokalne kontrataki. Celem było poprawianie własnych pozycji, zajmowanie dogodniejszych linii obserwacyjnych oraz wypieranie rosyjskich operatorów dronów z wysuniętych stanowisk. W kilku rejonach dawało to niewielkie, ale zauważalne zdobycze terenowe.

Rosjanie z kolei skupiali się przede wszystkim na utrzymaniu istniejącej linii obrony. W przeciwieństwie do kierunku pokrowskiego nie rzucali tam dużych sił do ciągłych szturmów. Wynikało to częściowo z ukształtowania frontu, a częściowo z faktu, że główny wysiłek ofensywny rosyjskiej armii był skoncentrowany w Donbasie.

W maju Rosjanie ponownie osiągnęli bardzo mierne zdobycze terytorialne. Według Reutersa Rosjanie zdobyli w całym maju ok. 82 km kw. na całym froncie liczącym 1,5 tys. km. Jeszcze gorzej to wygląda, jeśli weźmiemy pod uwagę, że Ukraińcy odzyskali ok. 68 km kw. Daje to Rosjanom zaledwie 14 km kw. netto w skali całego miesiąca.

Największe zdobycze Rosjanie poczynili pod Pokrowskiem, a Ukraińcy na Zaporożu. To najwolniejsze tempo zdobyczy terytorialnych dla obu stron od początku wojny. Front w zasadzie zamarł i stwierdzenie, że na Wschodzie bez zmian jest najbardziej trafnym określeniem. Obie strony wciąż nie mają sił i środków, aby przechylić szalę zwycięstwa na swoją stronę. Z tym że są jeszcze słabsze niż dwa lata temu, kiedy front się ustabilizował.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version