Za nami 79. Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Cannes. Tegoroczne filmy mówiły o politycznych napięciach i kryzysie wspólnoty. Złotą Palmę otrzymał „Fiord” Cristiana Mungiu, Grand Prix zdobył „Minotaur” Andrieja Zwiagincewa, a Paweł Pawlikowski został nagrodzony za reżyserię „Ojczyzny”.

Choć w tegorocznym konkursie głównym brakowało mi filmów bezdyskusyjnie wybitnych, a wiele seansów pozostawiało uczucie artystycznego niedosytu, właśnie ta niejednoznaczność okazała się znakiem rozpoznawczym Cannes 2026. To był festiwal opowiadający o wojnie, emigracji, ideologicznym absolutyzmie czy rodzinnych traumach. Bohaterowie tegorocznych filmów nie tyle zmieniali świat, ile próbowali w nim przetrwać. Reżyserzy zaś, od Cristiana Mungiu, przez Andrieja Zwiagincewa, po Pawła Pawlikowskiego, pytali o to, czy kino może jeszcze być przestrzenią wolności, gdy coraz częściej domaga się od sztuki jednoznacznych deklaracji.

Złota Palma dla Cristiana Mungiu to słusznie przyznane wyróżnienie. Rumuński reżyser zdobył tę nagrodę po raz drugi, 19 lat po triumfie „4 miesięcy, 3 tygodni i 2 dni”. Tym samym dołączył do bardzo wąskiego grona twórców z dwiema Złotymi Palmami, obok takich nazwisk jak Francis Ford Coppola, Michael Haneke, Ken Loach czy bracia Dardenne.

„Fiord” opowiada o rumuńskiej rodzinie mieszkającej w Norwegii, której dzieci zostają odebrane przez opiekę społeczną. Punktem wyjścia są realne sprawy sprzed lat, ale Mungiu szybko wychodzi poza reportażową rekonstrukcję. Interesuje go Europa jako wspólnota pozornie zjednoczona, a w praktyce głęboko podzielona. Liberalna Skandynawia zderza się tu z konserwatywnym Wschodem, świeckie państwo z religijną rodziną, system opieki z prawem do odmienności. Sebastian Stan jest niemal nie do poznania, gra mężczyznę coraz bardziej przygniatanego przez system. Z kolei grająca jego żonę Renate Reinsve jest przepełniona emocjonalnym napięciem. „Fiord” jest jednocześnie dramatem rodzinnym i sądowym. To kino realizmu społecznego.

Po odebraniu Złotej Palmy Mungiu mówił: „Musimy zrozumieć, że nie istnieje tylko jedna prawda i że możemy żyć z innymi, nawet jeśli nie podzielamy tych samych wartości. Nawet jeśli jesteśmy przekonani, że nasze wartości są najlepsze, nie wierzę, że mamy prawo je narzucać”. I dalej: „Bez tego dialogu doświadczymy intensywnej przemocy społecznej. I nie chodzi już o nas, bo jesteśmy w pewnym wieku, ale o nasze dzieci”.

Te słowa dobrze tłumaczą sedno „Fiordu”. Mungiu nie kręci filmu przeciwko Norwegii ani przeciwko religijnej rodzinie. Pokazuje raczej niebezpieczeństwo absolutyzmu moralnego, przekonania, że jedna strona ma całą rację, a druga jest wyłącznie problemem do naprawienia. Złota Palma w Cannes otwiera drogę do największych nagród, dlatego „Fiord” ma szanse na nominacje do przyszłorocznych Oscarów.

Paweł Pawlikowski otrzymał nagrodę za reżyserię filmu „Ojczyzna” ex aequo z Javierem Ambrossim i Javierem Calvo, twórcami „The Black Ball”. To jego kolejny canneński triumf po „Zimnej wojnie”, ale tym razem film jest bardziej powściągliwy i surowy. Bardzo ucieszyła mnie nagroda dla polskiego reżysera, który od początku był moim faworytem festiwalu.

„Ojczyzna” opowiada o powrocie Thomasa Manna do powojennych Niemiec w 1949 r. Noblista, który spędził lata na emigracji, odwiedza kraj naznaczony piętnem wojennego bestialstwa, ale też duchowej i kulturowej kompromitacji. Towarzyszy mu córka Erika, grana przez znakomitą Sandrę Hüller. Pawlikowski nie tworzy tutaj klasycznej biografii, ale ciekawi go moment moralnej konfrontacji: czy można wrócić do kraju, który zdradził samego siebie? Czy język, kultura i wielka tradycja humanistyczna mogą przetrwać katastrofę nazizmu? I jaka jest w tej sytuacji pozycja artysty?

Po odebraniu nagrody Pawlikowski powiedział ze sceny: „Kino powinno odzwierciedlać sytuację polityczną, ale nie na narzuconych warunkach, nie na warunkach dyktowanych przez aktywistów i polityków”. Dodał też: „Musi istnieć przestrzeń wolności dla sztuki, ponieważ żyjemy w świecie, w którym coraz więcej ludzi jest mocno przekonanych, że mają rację. Kino musi pokazać, że sprawy nie są takie proste i manichejskie”. Swoje wystąpienie podsumował słowami: „Dlatego właśnie zrobiliśmy ten film”.

Formalnie film mnie zachwycił. Czarno-białe zdjęcia Łukasza Żala robią ogromne wrażenie, podobnie jak przy „Idzie” czy „Zimnej wojnie”. Hanns Zischler jako Mann uosabia człowieka, który wie, że każde słowo może zostać wykorzystane przeciwko niemu, podczas gdy Sandra Hüller wnosi do tej historii współczesny niepokój. Między bohaterami rozgrywa się dramat nie tylko rodzinny, ale też cywilizacyjny.

Nagrodę za reżyserię, razem z Pawlikowskim, otrzymali Javier Ambrossi i Javier Calvo za „The Black Ball”. To film rozpięty między kilkoma epokami hiszpańskiej historii: latami 30., wojną domową i współczesnością. „The Black Ball” jest filmem o pamięci queerowej, ale także o tym, że historia nigdy nie jest neutralna.

Grand Prix otrzymał „Minotaur” Andrieja Zwiagincewa. Rosyjski reżyser stworzył przypowieść o przemocy i społeczeństwie, które nauczyło się żyć w cieniu kłamstwa. „Minotaur” został nakręcony na Łotwie i jest remakiem filmu Claude’a Chabrola „Niewierna żona”. Głównym bohaterem jest dyrektor rosyjskiej firmy, którego zdradza żona. Zostaje wezwany do administracji regionu, gdzie urzędnik domaga się od niego, by skierował pracowników przedsiębiorstwa do mobilizacji na wojnę w Ukrainie.

„Minotaur” nie mówi o współczesnej Rosji wprost, co w obecnej sytuacji jest moim zarzutem do filmu, ale polityczny kontekst jest oczywisty. Zwiagincew opowiada o systemie pożerającym swoich obywateli, ale robi to nie tylko przez represję, bo ważne są wyparcie i konformizm.

Po odebraniu nagrody Zwiagincew wygłosił jedno z najmocniejszych przemówień gali. Zwrócił się bezpośrednio do Władimira Putina, mówiąc o wojnie w Ukrainie: „Miliony ludzi po obu stronach linii frontu marzą tylko o jednym: żeby masakry wreszcie się skończyły. Jedyną osobą, która może położyć kres tej rzezi, jest prezydent Federacji Rosyjskiej. Cały świat na to czeka”. To przemówienie ustawiło odbiór filmu jeszcze mocniej. „Minotaur” przestał być wyłącznie dziełem symbolicznym, a stał się częścią realnej debaty o odpowiedzialności artysty.

Wśród politycznych przypowieści, filmów o wojnie i opowieści o społecznym chaosie najmocniej wybrzmiały w Cannes historie o potrzebie bliskości. Jednym z najbardziej poruszających doświadczeń festiwalu okazało się dla mnie „All of a Sudden” Ryūsuke Hamaguchiego. Film otrzymał nagrody dla najlepszych aktorek: Tao Okamoto i Virginie Efiry. Japoński reżyser opowiada historię dyrektorki francuskiego domu opieki i japońskiej reżyserki teatralnej, między którymi rodzi się głęboka więź. Hamaguchi nie traktuje jednak czułości jako prywatnej ucieczki od rzeczywistości. Przeciwnie, troska o drugiego człowieka staje się tutaj gestem politycznym i formą sprzeciwu wobec świata podporządkowanego produktywności oraz nieustannej optymalizacji życia.

Bardzo mocno zaistniał również „Coward” Lukasa Dhonta (nagroda dla aktorów). Emmanuel Macchia i Valentin Campagne stworzyli intensywny duet dwóch belgijskich żołnierzy zakochujących się w sobie podczas I wojny światowej. Dhont po raz kolejny wrócił do tematów cielesności i emocjonalnego wykluczenia. Cannes od lat pozostaje miejscem szczególnie otwartym na jego kino, wcześniej „Girl” zdobyło Złotą Kamerę, a „Blisko” Grand Prix.

Znacznie chłodniej przyjęto natomiast „Historie równoległe” Asghara Farhadiego wyprodukowane m.in. przez Krzysztofa Piesiewicza i Macieja Musiała. Irański twórca, inspirowany szóstą częścią „Dekalogu” Kieślowskiego, próbował stworzyć opowieść o voyeuryzmie i granicy między fikcją literacką a rzeczywistością. Isabelle Huppert gra pisarkę obserwującą przez teleskop mieszkanie po drugiej stronie ulicy, a film stopniowo zamienia się w intelektualną zabawę narracyjną. Problem polega jednak na tym, że Farhadi, zwykle mistrz psychologicznego realizmu, tym razem momentami pozbawia bohaterów emocjonalnej autentyczności. Mimo to „Historie równoległe” zostały ze mną jako wspomnienie o Kieślowskim.

Jednym z najbardziej osobistych filmów całego konkursu były „Gorzkie święta” Pedra Almodóvara. Hiszpański reżyser powrócił do kina w ojczystym języku i stworzył melancholijną opowieść o kobiecie, która po śmierci matki ucieka w pracę, nie pozwalając sobie na przeżycie żałoby. To głęboki i wyjątkowo szczery film. Almodóvar po raz kolejny opowiada o przemijaniu, ale tym razem robi to bardziej powściągliwie, jakby sam rozliczał się z własnym życiem i własnym kinem.

Niepokojące psychologicznie było natomiast „Gentle Monster” Marie Kreutzer. Léa Seydoux gra eksperymentalną muzyczkę, której życie rozpada się po tym, jak policja zaczyna śledztwo wobec jej męża podejrzanego o posiadanie materiałów związanych z wykorzystywaniem dzieci. Austriacka reżyserka nie skupia się jednak na samej zbrodni, lecz na psychicznym ciężarze życia obok człowieka, którego nagle przestaje się znać. Zupełnie inaczej działał James Gray w „Papierowym księżycu”, jednym z najbardziej klasycznie zrealizowanych filmów konkursu. Reżyser wrócił do dobrze znanego sobie tematu rozpadu rodziny. W filmie gra gwiazdorska obsada: Adam Driver, Miles Teller i Scarlett Johansson.

Moim największym odkryciem festiwalu jest „The Beloved” w reżyserii Rodrigo Sorogoyena. Jeden z najciekawszych hiszpańskich twórców powraca z poruszającym dramatem rodzinnym, w którym uznany reżyser filmowy próbuje się pojednać ze swoją córką. Film rozlicza nie tylko toksyczną relację ojca i córki, ale też mit genialnego reżysera. Javier Bardem daje tutaj najbardziej niepokojącą kreację od czasu „To nie jest kraj dla starych ludzi”. Najbardziej imponuje jednak to, jak Sorogoyen pokazuje plan filmowy jako przestrzeń walki o władzę.

Tegoroczne Cannes wyraźnie zarysowało kilka dominujących tendencji. Festiwal mocniej niż w poprzednich latach zwrócił się ku kinu autorskiemu, podczas gdy hollywoodzkie produkcje, nastawione przede wszystkim na komercyjny rozmach, zeszły na dalszy plan. Wiele twórców i twórczyń podczas publicznych wystąpień czy konferencji prasowych otwarcie odnosiło się do kwestii politycznych. Kino, nawet wtedy, gdy nie chce być jednoznacznie zaangażowane, coraz częściej staje się przestrzenią rozmowy o współczesnym świecie i jego napięciach.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version