Za odmowę służby wojskowej trafił do więzienia. Jego celem jest zmiana ustroju Izraela i walka, jak sam mówi, z żydowską supremacją. – Coś w tym systemie jest fundamentalnie wadliwe – mówi Michael Sfard, izraelski prawnik, wnuk Zygmunta Baumana.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że jesteś z nami!
Foto: Newsweek
Dorastał pan w rodzinie o silnych tradycjach zaangażowania społecznego. Jak to środowisko ukształtowało pana drogę zawodową?
— W moim domu mówiło się o polityce, o kwestiach moralnych, o demokracji i prawach człowieka. Odkąd pamiętam, te sprawy były w nim obecne. Było też przekonanie, że porządni ludzie walczą o sprawiedliwość i przeciwko niesprawiedliwości — i czasem płacą za to cenę. To nie była indoktrynacja, to wisiało w powietrzu.
Od wczesnego dzieciństwa wiedziałem o zaangażowaniu mojego ojca w studencki Marzec ’68 i jego późniejszym aresztowaniu, wyrzuceniu mojego dziadka z uniwersytetu oraz wyjeździe mojej rodziny z Polski — co, jak dziś mogę powiedzieć jako prawnik, było w istocie deportacją. Nikt nie odprowadzał ich pod lufą karabinu, ale zastosowane wobec nich środki przymusu nie zostawiły im wyboru, musieli wyjechać.
Jako prawnik, kiedy dziś piszę lub mówię o Gazie i o pomyśle, że mieszkańcy Strefy powinni być „zachęcani” do jej opuszczenia, bardzo stanowczo twierdzę, że to deportacja. Ludzie nie opuszczają Gazy dobrowolnie; uciekają, ponieważ narzucone im warunki nie pozostawiają wyboru. I choć dom moich rodziców nie został zbombardowany, nie byli głodzeni ani zabijani, ich szkoły nie obróciły się w gruzy — nawet w tych, w porównaniu, łagodniejszych okolicznościach był to nadal rodzaj deportacji. Więc jeśli ludzie w Gazie zostaliby wypędzeni, byłaby to z całą pewnością deportacja.
Jakie wspomnienia przychodzą panu do głowy na myśl o dziadku Zygmuncie Baumanie?
— Mam wspomnienia związane ze wszystkimi moimi dziadkami. Mój dziadek ze strony matki był po prostu dziadkiem, nie „Zygmuntem Baumanem, socjologiem”. Ciepłym, serdecznym człowiekiem, do którego żywiłem silne uczucia. Dopiero gdy byłem nastolatkiem, zdałem sobie sprawę, że ma poważną pozycję i reputację.
Większość dziadków pyta wnuki: „Powiedz nam, co robią dziś młodzi ludzie”. On mówił: „Pozwól, że ja ci wytłumaczę, dlaczego młodzi robią to, co robią”. Analizował trendy; dodawał kolejną warstwę rozumienia do rzeczywistości, z którą się stykałem.
Mógłby pan podać przykład waszej interakcji?
— Dziadek Zygmunt dużo pisał o społeczeństwie konsumpcyjnym i w życiu prywatnym wydawał się praktykować inny sposób bycia konsumentem. Na przykład raz chciał kupić mi garnitur. Poszliśmy do Marks & Spencer. Pierwszy garnitur, który zobaczył, po prostu chwycił, spojrzał na mnie, kazał mi przymierzyć tylko marynarkę. Nawet nie przymierzałem spodni. Kupiliśmy go. Chodziło o to, żeby nie stać się ofiarą reklam i sił, które próbują nam narzucać, co i jak mamy kupować.
Ogólnie naszą formą spędzania czasu była po prostu dobra rozmowa — później, gdy byłem starszy, także przy alkoholu — w jego salonie, o socjologii, polityce, moralności, historii.
Czy był pan bliżej z nim i jego żoną Janiną, czy z drugim dziadkiem, pisarzem Davidem Sfardem i babcią Reginą Dreyer, profesorką filmoznawstwa?
— Byłem bliżej z dziadkami ze strony ojca, bo mieszkali w Izraelu. Dziadek od strony ojca zmarł, gdy miałem dziewięć lat, więc nie miałem czasu, by poznać go jako nastolatek czy dorosły. Babcia od strony ojca była moją główną babcią aż do swojej śmierci w 1997 roku, kiedy miałem 25 lat.
Dziadkowie ze strony matki — dziadek Zygmunt i babcia Janina — mieszkali za granicą. Babcia przyjeżdżała prawie co roku, ale widywałem ich rzadziej. Później, gdy spędzałem rok w Londynie na studiach magisterskich, widywaliśmy się częściej.
I nie zapominajmy — mówimy o latach 70. i 80. Podróże lotnicze nie wyglądały wtedy tak jak dziś. Do osiemnastego roku życia chyba tylko trzy albo cztery razy byłem za granicą.
Czy zna pan dyskurs wokół oskarżeń o komunizm, a właściwie stalinizm, kierowanych pod adresem Zygmunta Baumana w Polsce? Rozmawiał pan o tym z nim?
— Nieszczególnie. Wiem, że w pewnym momencie stało się to tematem. Wiem, że mój dziadek wkrótce po wojnie został odsunięty od swojego stanowiska wojskowego; był wtedy bardzo młody. Powoli i stopniowo tracił złudzenia co do systemu, który miał coraz mniej wspólnego z równością i sprawiedliwością. Nieprzypadkowo został usunięty z uniwersytetu i stał się dysydentem.
Takie zarzuty zwykle padają z przyczyn politycznych, ze strony prawicy. Nieszczególnie się nimi przejmowałem. Nie wydają mi się poważne.
Służba w izraelskiej armii i późniejszy sprzeciw wobec niektórych jej praktyk to ważne elementy pana biografii. Jak te doświadczenia wpłynęły na pana sposób myślenia o konflikcie? Czy był to punkt zwrotny?
— Moja odmowa służby na okupowanych terytoriach palestyńskich była zdecydowanie momentem definiującym. Zmieniła moją osobistą tożsamość. Do tamtej pory widziałem siebie jako kogoś, kto stoi w samym centrum tego, czym jest Izrael. Nawet przy ostrej krytyce polityki rządu wierzyłem, że to otwarte społeczeństwo, w którym mogę legalnie działać na rzecz zmiany.
Pochodząc z rodziny, która walczyła o zmianę w systemie niedemokratycznym, byłem wychowywany w przekonaniu, że powinienem doceniać fakt, iż mogę mówić to, co myślę, i nie spotykają mnie za to represje.
Odmowa służby — w Hebronie, w ramach corocznych ćwiczeń rezerwy — była pierwszym momentem, kiedy postanowiłem złamać prawo, bo uznałem je za niesprawiedliwe. Nie byłem gotów brać udziału w określonych działaniach. To rodziło pytania o moje miejsce w izraelskim społeczeństwie i o to, czy Izrael rzeczywiście jest demokracją.
Kiedy coś się zobaczy, nie da się już tego „odzobaczyć”. Gdy skupiłem się na traktowaniu Palestyńczyków — najpierw na okupowanych terytoriach, a potem także w samym Izraelu — stopniowo zacząłem rozumieć procesy etnokracji i żydowskiej supremacji.
Zrozumiałem, że moim celem nie jest już tylko sprzeciw wobec konkretnych polityk, ale dążenie do zmiany ustroju — oczywiście w sposób pokojowy — ponieważ coś w tym systemie jest fundamentalnie wadliwe.
Czy wtedy zdecydował pan, że zostanie prawnikiem praw człowieka?
— Nie. Moja odmowa i pobyt w więzieniu miały miejsce po ukończeniu studiów prawniczych, kiedy odbywałem aplikację w kancelarii specjalizującej się w prawach obywatelskich. O sprzeciwie sumienia myślałem już podczas obowiązkowej służby wojskowej, choć większość odbyłem w Libanie. Rozważałem moralne i polityczne granice długo przed tym, zanim faktycznie odmówiłem.
Wiedziałem jeszcze przed studiami prawniczymi, że chcę być prawnikiem praw człowieka. Już wcześniej byłem aktywistą. Prawo studiowałem po to, by móc zajmować się prawami człowieka w sposób profesjonalny.
Czy był w tamtym czasie jakiś szczególny przypadek, który szczególnie pana poruszył?
— W tamtym okresie coraz lepiej poznawałem realia terytoriów okupowanych. Choć dorastałem w Jerozolimie, mieście, w którym setki tysięcy Palestyńczyków żyją pod okupacją, jako nastolatkowie prawie tego nie widzieliśmy. Wschodnia Jerozolima została anektowana, ale w praktyce miasto było podzielone; rzadko miałem powód, by się tam zapuszczać.
Dopiero podczas stażu u adwokata Avigdora Feldmana — który reprezentował Palestyńczyków — pojechałem do wiosek i zobaczyłem rzeczywistość na własne oczy. Wtedy zrozumiałem, że najważniejszym problemem praw człowieka w Izraelu jest nasza dominacja nad Palestyńczykami.
Wyobrażałem sobie, że będę zajmował się takimi sprawami jak relacje państwo–Kościół, prywatność, prawa osób LGBTQ — „awangardowymi” kwestiami praw człowieka. Zrozumiałem jednak, że najpilniejszy jest problem najbardziej podstawowy: wolności i równości dla milionów ludzi pozbawionych praw obywatelskich i politycznych.
Wśród konkretnych spraw była m.in. kluczowa, precedensowa sprawa kwestionująca stosowanie tortur w śledztwach w sprawach bezpieczeństwa. Mój mentor ostatecznie ją wygrał. Inna dotyczyła zawłaszczania ziemi — na przykład obszaru dziś znanego jako E1, na wschód od Jerozolimy. Byłem w nią głęboko zaangażowany.
Jak był pan przyjmowany przez palestyńskich klientów na początku?
— Często powtarzam mojemu zespołowi: za każdym razem, gdy Palestyńczyk podpisuje pełnomocnictwo dla izraelskiego Żyda, który służył w armii, to mały cud. Człowiek, który z dużym prawdopodobieństwem sam był ofiarą izraelskiej przemocy przez całe życie, powierza mi swoje najważniejsze sprawy.
Dzieje się tak dlatego, że moi współpracownicy i ja rozumiemy swoje miejsce w palestyńskiej walce. Jesteśmy częścią zbiorowości, która ich uciska — nawet jeśli staramy się z tą opresją walczyć. Wciąż jestem Izraelczykiem i korzystam z tego, co oferuje mi państwo. Palestyńczycy rozumieją układ sił. Nie oskarżają mnie o kolaborację — ale czasem robi to izraelska skrajna lewica.
Prowadził pan wiele głośnych spraw dotyczących Palestyńczyków. Które z nich ukształtowały pana najbardziej jako prawnika?
— Jedna z pierwszych ważnych spraw dotyczyła wioski Bil’in. Połowę jej ziem odebrała bariera separacyjna. Zaskarżyliśmy przebieg ogrodzenia. Byłem w bardzo bliskim, intensywnym kontakcie ze społecznością, odwiedzałem ich co kilka tygodni, brałem udział w kreatywnej kampanii publicznej.
Po raz pierwszy wyraźnie zobaczyłem, że władze bezpieczeństwa kłamią na temat potrzeb bezpieczeństwa. Trasę wybrano po to, by rozszerzyć pobliskie osiedle, a nie z powodów bezpieczeństwa. Bariera biegła dnem doliny — co z wojskowego punktu widzenia jest absurdalne.
Wygraliśmy tę sprawę. Sąd uznał trasę za nielegalną i stwierdził, że argumentacja bezpieczeństwem była fałszywa. To rzadkość. Dla mnie, na początku własnej praktyki, było to ogromne wzmocnienie.
Czy doświadczył pan wypalenia albo zwątpienia w sens działania poprzez prawo?
— Wielokrotnie i wciąż.
To nie jest zawód, w którym ma się trzy dobre lata, a potem dwa czy trzy gorsze miesiące, po których zastanawia się człowiek, czy jest w dobrej profesji. Tu w zasadzie w każdej chwili zadaje pan sobie pytanie, czy to, co pan robi, ma jakąkolwiek wartość. A co gorsza — czy być może to, co robię, w swojej naiwności, faktycznie szkodzi.
Czy legitymizuję system, idąc do izraelskiego sądu? Czy tworzę fałszywy obraz, że Palestyńczycy mogą uzyskać sprawiedliwość w izraelskim wymiarze sprawiedliwości? Te pytania mnie zjadają od środka.
Wziąłem urlop, pojechałem na stypendium do Nowego Jorku i napisałem The Wall and the Gate, książkę, która nie tylko dokumentuje 50 lat sporów sądowych w sprawach okupacji, ale też próbuje wydobyć wnioski: czy to w ogóle ma sens? Czy rzeczywiście mamy jakiś wpływ?
Te pytania nigdy mnie nie opuszczają. Wpływają na strategię — bo nie każdą sprawę należy wnosić do sądu. Ale dopóki Palestyńczycy pukają do naszych drzwi i proszą nas o reprezentowanie ich przed izraelskim sądem, nie mogę być protekcjonalnym prawnikiem, który mówi im: „Nie rozumiecie, to nie jest dobry pomysł”.
W mojej książce jest rozdział, w którym opisuję wyimaginowaną rozmowę między izraelskim prawnikiem praw człowieka a palestyńskim klientem, któremu odmawia pomocy „dla dobra sprawy”. To rozmowa, której nigdy nie przeprowadziłbym z prawdziwym klientem.
Doświadczył pan presji lub ostracyzmu ze strony środowiska prawniczego?
— Nie ze strony kolegów po fachu. Główny atak pochodzi od izraelskiego rządu i prawicy, którzy w ostatnich 10–15 latach zaczęli stosować metody przypominające reżimy autorytarne: uciszanie krytyków, nazywanie nas zdrajcami czy agentami obcych sił, zamykanie przestrzeni dla organizacji społecznych, próby odcinania ich od finansowania.
Czasem krytykuje mnie też radykalna lewica, która uważa, że wnoszenie spraw do izraelskich sądów jest rodzajem kolaboracji.
Z perspektywy prawnika praw człowieka — jak opisałby pan dziś kondycję izraelskiej demokracji?
— Coś takiego jak „izraelska demokracja” w ścisłym sensie nie istnieje. Izrael ma demokratyczne cechy, ale nie można mówić o demokracji, gdy przez 60 lat trzyma się miliony ludzi pozbawionych wszelkich praw obywatelskich i politycznych.
Izrael miał mocne demokratyczne instytucje — wolność prasy, wolność słowa, trójpodział władzy, rządy prawa, podstawowe prawa jednostki. Ale to wszystko od dwóch dekad stopniowo się kruszy, a w ostatnich latach proces ten przyspieszył. Coraz silniejsze stały się tendencje militarystyczne, nacjonalistyczne, rasistowskie.
Ciemna strona izraelskiego społeczeństwa — żydowska supremacja — wysunęła się na pierwszy plan.
Mimo to walka wciąż trwa. Przed 7 października setki tysięcy ludzi wychodziły na ulice, by bronić pozostałych cech demokratycznych. Tragiczne w tym ruchu protestu było to, że miał ślepotę na okupację — stałą kroplę trucizny sączącą się w nasze żyły.
Ale to wciąż jest prawdziwa walka.
Wielu Izraelczyków twierdzi, że Sąd Najwyższy był ostatnią barierą chroniącą prawa jednostki. Zgadza się pan z tym?
— Sąd Najwyższy to w istocie dwie instytucje w jednym budynku.
W Izraelu właściwym ma imponujący dorobek w ochronie praw obywateli. Ale w sprawach związanych z okupacją jest strażnikiem izraelskiego apartheidu.
W mojej ostatniej książce „Okupacja od wewnątrz” nazwałem go wymiarem sprawiedliwości doktora Jekylla i pana Hyde’a.
Jeśli przyjrzeć się sześciu dekadom orzecznictwa w sprawach związanych z okupacją, widać, że niemal każdą politykę, każdy środek naruszający prawa milionów Palestyńczyków, sąd w dużej mierze zaakceptował. Słynne sprawy, w których interweniował na korzyść Palestyńczyków, to wyjątki — które wszyscy cytują — ale one nie tworzą reguły.
W wielu krajach Zachodu rośnie debata o tym, gdzie przebiega granica między krytyką Izraela a antysemityzmem. Jak pan ją definiuje?
— Teza, że krytyka Izraela jest antysemityzmem, jest problematyczna. Niszczy ona świętą sprawę walki z prawdziwym antysemityzmem. Gdy to pojęcie poszerza się dla celów politycznych — na przykład po to, by rząd Izraela mógł uciszać krytyków — zostaje ono rozwodnione.
Oczywiście, zdarzają się sytuacje, gdy krytyka Izraela może maskować antysemickie uprzedzenia. Ale moim zdaniem to rzadkie przypadki. Większość krytyki, którą słyszę, dotyczy polityki rządu Izraela.
Argument, że „jeśli krytykujesz Izrael, a nie krytykujesz Chin, to znaczy, że jesteś antysemitą”, jest kompletnym nonsensem. Ludzie mogą skupiać się na Izraelu z wielu powodów.
Takie rozszerzanie definicji jest nie tylko błędne, ale i niebezpieczne, bo rozmywa pojęcie antysemityzmu. A antysemityzm istnieje — widziałem go w Polsce, w kraju, w którym prawie nie ma Żydów.
Mógłby pan to opisać?
— Kilkanaście lat temu pojechałem z rodzicami w podróż po Polsce, żeby zobaczyć miejsca, w których dorastali. Odwiedziliśmy Warszawę, Kraków. I właśnie tam, na jednym z miejskich placów, natknąłem się na stragan z rozmaitymi drobiazgami. Nagle zobaczyłem figurki przedstawiające mężczyznę z wielkim nosem obejmującego monetę. Nie mogłem uwierzyć w to, co widzę. Potem widziałem je jeszcze w kilku miejscach. Wszedłem nawet do jednego ze sklepów i moją koszmarną polszczyzną zapytałem sprzedawcę: „Dlaczego? Dlaczego on przytula tę monetę?”. Sprzedawca odpowiedział: „No, Żydzi lubią pieniądze”.
To był pierwszy raz, kiedy zobaczyłem antysemicki gest tak otwarcie, tak dosłownie. Stałem tam, oszołomiony i poruszony, bo choć wiedziałem, że antysemityzm istnieje, nie spodziewałem się zobaczyć go w tak materialnej, banalnej formie — sprzedawanej jak zwykła pamiątka.
Antysemityzm bez wątpienia wciąż istnieje, ale jest też wielu ludzi, którzy pytają: jak to możliwe, że 80 lat po Zagładzie Żydzi, jej największe ofiary, są w stanie robić tak straszne rzeczy innym. Czy można w ogóle zestawiać te dwa okresy w historii?
— Nie porównuję Zagłady z tym, co wydarzyło się w Gazie — to nie jest porównywalne.
Ale żydowsko-izraelski stan umysłu, ukształtowany przez tysiąclecia prześladowań i ludobójstwa, żyje w nieustannym lęku, że za rogiem czeka kolejna anihilacja.
Mój dziadek pisał o tym, jak Zagłada „skaża” żydowskie postrzeganie świata nieustanną możliwością nowej Zagłady.
W mojej ostatniej książce twierdzę, że Izrael powstał na przekonaniu, iż istnieją tylko dwa tryby istnienia: bycie ofiarą albo bycie sprawcą. Byliśmy ofiarami, nie chcemy już nimi być. Jeśli więc oznacza to, że staniemy się sprawcami — trudno.
Ten sposób myślenia popchnął żydowski ruch narodowy w bardzo ciemne miejsce, w którym znajduje się dziś.
Jak ocenia pan reakcję społeczności międzynarodowej na działania Izraela po 7 października? Czy niezależne śledztwa mają realną szansę powodzenia?
— Społeczność międzynarodowa pozwoliła Izraelowi prowadzić wojnę na wyniszczenie w Gazie. Ogromne obszary Gazy zostały zrównane z ziemią w sposób, którego nie da się pogodzić z prawem wojennym.
Świat dostarczał broń, bomby i osłonę dyplomatyczną. Dopiero gdy Izrael zaczął głodzić ludność cywilną, pojawiła się pewna presja — bardzo spóźniona.
Zwłaszcza Europa ma tu wiele do wytłumaczenia.
Nie ma wątpliwości, że Izrael miał prawo się bronić po ataku, który obejmował zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości — masakrę cywilów i uprowadzenia. Izrael miał prawo nie tylko odeprzeć atak, ale też zadać przeciwnikowi cios, który uniemożliwiłby mu powtórzenie takiego ataku. To dla mnie bezdyskusyjne.
Problemem jest sposób prowadzenia wojny, a nie samo prawo do niej.
Izrael — co do tego nie mam wątpliwości — nie będzie skutecznie badał własnych działań. De facto panuje bezkarność. Dlatego potrzebne są śledztwa międzynarodowe. Sprawiedliwość wymaga prawdy — a prawda wymaga dochodzenia.
Czy te śledztwa się powiodą? Tego nie wiem, bo istnieje potężna presja polityczna, jak choćby sankcje USA wobec osób zaangażowanych w postępowania Międzynarodowego Trybunału Karnego.
Jak wyglądałaby wojna prowadzona sprawiedliwie?
— Nie mówię o wojnie „sprawiedliwej”, tylko „legalnej”. Legalna wojna to taka, która jest prowadzona zgodnie z międzynarodowym prawem humanitarnym: celem są kombatanci, nigdy cywile; trzeba zachować proporcjonalność; zakazane jest stosowanie głodu jako metody wojny; zakazane jest przymusowe przesiedlanie ludności bez zapewnienia jej warunków do przetrwania oraz bez jasnej gwarancji możliwości powrotu po zakończeniu działań zbrojnych.
Izrael przesiedlił prawie dwa miliony ludzi bez gwarancji, że będą mogli wrócić. Dopiero presja USA zmusiła Izrael do umożliwienia części z nich powrotu.
Takie działania mogą stanowić zbrodnie wojenne, zbrodnie przeciwko ludzkości, a nawet nosić znamiona czynów ludobójczych.
Czy będzie pan zaangażowany w sprawy dotyczące zbrodni popełnionych w Gazie? Czego najbardziej obawia się pan w nadchodzących latach jako izraelski prawnik zajmujący się prawami człowieka?
— Na razie nie jestem zaangażowany, poza pisaniem i publicznymi wypowiedziami. Mogę być — nie wiem, tego nie da się dziś przewidzieć.
Obawiam się globalnego wzrostu populistycznych reżimów autorytarnych. To pozwoli Izraelowi robić rzeczy, które wcześniej byłyby politycznie znacznie trudniejsze — kontynuować czystkę etniczną na Zachodnim Brzegu, niekończącą się blokadę Gazy, bez realnych konsekwencji. Obawiam się też umacniania trendów autorytarnych w samym Izraelu, co utrudni działalność ludziom takim jak ja.
Ale widzę też pewne możliwości. Tego konfliktu nie da się już ignorować. Coś musi się zmienić. To stwarza przestrzeń — czy będzie to jedno państwo, dwa państwa, czy konfederacja, jak w inicjatywie, w którą sam jestem zaangażowany.
Jedyna pozytywna rzecz, jaką mogę dziś powiedzieć, jest taka, że wszyscy już wiedzą: izraelska dominacja nad Palestyńczykami jest nie do utrzymania. Coś musi się zmienić.

