Wyszłam poruszona ze spektaklu „Pulverkopf” w reżyserii Katarzyny Kalwat w Nowym Teatrze Krzysztofa Warlikowskiego (koprodukcja z Teatrem Polskim w Poznaniu). Nie pamiętam, żebym na bezdechu słuchała teatralnego monologu. A tak było, kiedy Krzysztof Oleksyn w roli obłąkanego kompozytora Norberta von Hannenheima wygłaszał przedśmiertny monolog.

Wpada się w ten spektakl jak w rozsypany proch. „Pulverkopf” w przenośni oznacza „głowę w proszku”. Edward Pasewicz pisał tę powieść 17 lat i ten proces też jest elementem spektaklu. Zapadam w letarg, kiedy Jacek Poniedziałek w pierwszej części czyta długi fragment „Pulverkopf”. Ten stan zawieszenia między całodziennym biegiem a teatrem jest mi potrzebny, żeby zerwać się z paska logiki i pójść za bohaterami. Wszyscy świetni aktorzy trwają na scenie przez cztery godziny. Są częścią rytuału, z którego nie wychodzi się na papierosa. Jesteśmy w tym wszyscy.

Historia zbudowana jest szkatułkowo. Powieść w powieści, życie w życiu. Patryk Werhunt, w tej roli Jacek Poniedziałek, sceniczny porte-parole Pasewicza, współautora scenariusza, pisze powieść o genialnym kompozytorze Norbercie von Hannenheimie, pacjencie szpitala psychiatrycznego, w którym pracowała Weronika Werhunt, babka Patryka. Babka, potomkini dobrej niemieckiej rodziny, pamiętająca I i II wojnę światową (wybitna kreacja Bogusławy Schubert), pisała pamiętnik, dzięki któremu jej wnuk poznaje historię zapomnianego muzycznego geniusza.

Spektakl dzieje się równolegle w koszarach wojskowych w Kęszycy Leśnej (wcześniej Kassnizt), w klubie gejowskim w Poznaniu i szpitalu psychiatrycznym w Obrzycach. Pamięć bywa mgłą jaźni, w której bohaterowie rozpięci są pomiędzy czasami. Jacek Poniedziałek w roli Patryka jest jednocześnie nastolatkiem, dorosłym, mężczyzną i starcem. Jego los krzyżuje się z losem Norberta, bohatera jego powieści. Obaj są gejami, obaj muszą ukrywać swoją tożsamość. Norbert w nazistowskich Niemczech, Patryk w powojennej Polsce. Norbert, nadwrażliwiec, realna postać, uczeń Schönberga, jest przekonany, że to nie on jest autorem muzyki, ale jego sobowtór. Dlatego nie chce nikomu oddać nut.

Fragmenty jego muzyki ocalały dzięki pamiętnikowi babki. Rekonstrukcji muzyki podjął się Fryderyk Lutyński, który gra na żywo w spektaklu i współtworzy rytm przedstawienia. Ta muzyka błyszczy, mówiąc słowami powieści. Sceny przechodzą jedna w drugą na naszych oczach, jak za sprawą filmowych cięć. Norbert (Oleksyn niesie swoją rolę bez cienia fałszywej nuty) trafia do szpitala psychiatrycznego, w którym pracuje babka Patryka, a rządzi sadystyczny doktor Grabowski (Wojciech Kalarus). Szpital dla obłąkanych jest jak lustro powiększające, w którym widać jak na dłoni chorobę, ból, nadwrażliwość, bezradność, przemoc.

Doktor Grabowski uśmiercał pacjentów w ramach akcji T4, nazistowskiego programu mordowania osób z niepełnosprawnościami. Pacjentów szpitala zabijano zastrzykami z luminalu, a potem trucizną. Nie na wszystkich działała. Niektórych chowano żywcem. Krzyk Bogusławy Schubert w tej scenie niesie ból krzywdzonych ludzi. Dominantą w scenografii Aleksandry Wasilkowskiej jest wielka gąbczasta ściana ziemi wymieszanej z piachem, z której patrzą na nas oczy pogrzebanych żywcem chorych.

W „Pulverkopf” jest obecna współczesność, w którą wchodzimy przez Patryka, jego książkę, współpracę z redaktorką. W tej roli Karolina Rzepa, która zmienia się w mistrzynię szamańskiego rytuału, odprawianego w intencji umierającego na raka pisarza.

Ostatecznie Patryka ratuje poliamoryczny homoseksualny seks w zabawnym, świetnie zagranym (m.in. Hiroaki Murakami) wątku miłosnym. W relacji pisarz — redaktorka pojawiają się pytania o cenzurę. Czy pisarz powinien wyrzucić z powieści postaci 13- ,14-letnich chłopięcych prostytutek uprawiających seks, żeby przeżyć? Czy zmarnowanym ludzkim istnieniom nie należy się kawałek miejsca w literaturze, tylko dlatego, że główny bohater przez to gorzej wypadnie? Nie po raz pierwszy z Kalwat wchodzimy w mrok. W „Kofman. Podwójnym wiązaniu” (popis aktorski Mai Ostaszewskiej), w „Powrocie do Reims” (Jacek Poniedziałek zagrał wielką rolę), także i teraz reżyserka drąży tematy odkrywania tożsamości, uwikłania i przekleństwa historii. „Pulverkopf” Pasewicza umożliwia reżyserce nakreślenie polskiej mapy traum. Na scenie spotykają się Niemcy, Rosjanie, Żydzi, komuniści, mniejszości. Na mnie najmocniej zawsze działa pojedynczy los: umierający Norbert, który wyobraża sobie swoje życie, gdyby nie wojna. I jedno zdanie: ważne, że żyłeś, kiedy żyłeś.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version