Nieprzypadkowo premiera każdego nowego filmu Christophera Nolana urasta dziś do rangi wydarzenia. Tak było z „Incepcją”, „Interstellarem”, „Dunkierką”, „Tenetem” i „Oppenheimerem”. Podobnie dzieje się teraz z „Odyseją”.

Nolan nigdy nie był celebrytą, nie prowokował skandalami, nie zabiegał o rozgłos, rzadko udziela wywiadów, a jego pozycję zbudowały wyłącznie filmy. Urodził się w Londynie, a jego rodzice pochodzą z Anglii i Stanów Zjednoczonych. Swoją przygodę z kamerą rozpoczął w wieku zaledwie siedmiu lat. Mimo że nie ukończył żadnej szkoły filmowej, sztukę opanował dzięki wieloletniej praktyce.

Ta droga zaczęła się jego pełnometrażowym debiutem „Following” z 1998 r. (od niedawna w naszych kinach), który kosztował zaledwie około 6 tys. dol. Zdjęcia realizowano wyłącznie w weekendy, ponieważ aktorzy na co dzień pracowali w innych zawodach. Film powstawał w mieszkaniach znajomych, przy wykorzystaniu naturalnego światła. Nolan był jednocześnie scenarzystą, reżyserem, operatorem i montażystą. Już w tym skromnym, czarno-białym thrillerze psychologicznym można odnaleźć niemal wszystkie motywy, które później staną się znakami rozpoznawczymi jego twórczości. Historia młodego pisarza śledzącego przypadkowych przechodniów szybko przestaje być opowieścią o obsesji. Co najważniejsze, Nolan od początku rezygnuje z linearnej narracji. Interesuje go nie tyle samo wydarzenie, ile sposób jego postrzegania.

Kilka lat później ten sposób myślenia eksplodował w „Memento”, filmie, który na trwałe zmienił jego karierę. Historia Leonarda Shelby’ego, cierpiącego na zanik pamięci krótkotrwałej, została opowiedziana od końca. To jeden z tych formalnych eksperymentów, które mogły pozostać jedynie efektowną sztuczką. Nolan jednak nie opowiada historii człowieka, który nie pamięta, ale sprawia, że to my doświadczamy tej samej dezorientacji. Każda kolejna scena odbiera nam pewność, każda zmusza do ponownego złożenia całej układanki.

W tym ujawnia się cecha, która odróżnia Nolana od większości współczesnych twórców blockbusterów, że nie interesuje go komplikowanie fabuły dla samego efektu. Złożona konstrukcja jego filmów niemal zawsze wynika z psychiki bohaterów. W „Memento” odzwierciedla chorobę pamięci. W „Incepcji” przypomina strukturę snu. W „Prestiżu” działa jak iluzjonistyczna sztuczka, której sekret poznajemy dopiero po zakończeniu przedstawienia. Nolan nie ukrywa informacji przed nami po to, by zaskoczyć nas w finale, ale po to, abyśmy znaleźli się dokładnie w tym samym miejscu, co bohater.

Nieprzypadkowo właśnie czas stał się najważniejszym bohaterem jego filmów. Większość reżyserów traktuje go jako ramę wydarzeń, a Nolan uczynił z niego podstawowe tworzywo opowieści. W jego kinie czas nie płynie, ale wygina się, przyspiesza, zwalnia, rozdziela i zawraca. To nie efekt fascynacji fizyką, lecz sposób opowiadania o ludzkim doświadczeniu, bo przecież pamięć, żałoba, miłość czy poczucie winy również rządzą się własnym czasem. Właśnie dlatego filmy Nolana, mimo całej swojej intelektualnej konstrukcji, nie są wykoncypowanymi łamigłówkami. Pod skomplikowaną formą niemal zawsze kryją się bardzo proste emocje, takie jak lęk przed utratą bliskich albo desperacka próba zatrzymania tego, czego zatrzymać się nie da.

Przełom w karierze Christophera Nolana nastąpił dopiero wtedy, gdy Hollywood powierzyło mu jedną z najbardziej rozpoznawalnych postaci popkultury. Na początku XXI w. filmy superbohaterskie wciąż traktowano przede wszystkim jako efektowne widowiska. Batman po kampowej estetyce Joela Schumachera potrzebował nowego otwarcia, ale mało kto przypuszczał, że stanie się ono jednym z najważniejszych momentów we współczesnym kinie popularnym. Nolan nie próbował stworzyć kolejnego komiksowego spektaklu. Potraktował historię Bruce’a Wayne’a jak dramat psychologiczny o człowieku zmagającym się z traumą. Jeszcze dalej poszedł w „Mrocznym Rycerzu”. To film, który wykorzystuje kostium superbohaterski jedynie jako punkt wyjścia. W istocie jest politycznym thrillerem psychologicznym o świecie po 11 września, opowieścią o terroryzmie i pytaniu, jak daleko demokratyczne państwo może posunąć się w obronie własnych wartości. Sukces trylogii zmienił nie tylko losy Batmana, ale też sposób myślenia całego Hollywood.

W epoce cyfrowych efektów specjalnych reżyser konsekwentnie wierzy w obraz zarejestrowany przez kamerę. Wynika to z nostalgii za dawnym kinem, z przekonania, że widz intuicyjnie rozpoznaje różnicę między światem istniejącym naprawdę a tym wygenerowanym przez komputer. Dlatego na potrzeby „Interstellara” zasiano setki akrów kukurydzy, zamiast tworzyć pola cyfrowo. W „Mrocznym Rycerzu” naprawdę przewrócono ciężarówkę w centrum Chicago. Do „Dunkierki” wykorzystano autentyczne samoloty z czasów II wojny światowej, a eksplozję bomby atomowej w „Oppenheimerze” odtworzono niemal całkowicie bez użycia CGI.

Nie oznacza to oczywiście, że jego kino pozostaje wolne od słabości. Niektórzy zarzucają mu emocjonalny chłód i podporządkowywanie bohaterów konstrukcji scenariusza. W filmach Nolana postacie często stają się nośnikami idei, a dialogi bywają bardziej narzędziem wyjaśniania mechanizmów świata niż naturalną rozmową. Najmocniej było to widać w „Tenecie”, którego skomplikowana konstrukcja dla wielu widzów okazała się bardziej intelektualnym ćwiczeniem niż angażującym doświadczeniem emocjonalnym. Paradoks polega jednak na tym, że nawet nieudane filmy Nolana pozostają autorskie, bo to reżyser, który ryzykuje — i już samo to staje się wartością.

Dlatego oczekiwania wobec „Odysei” są tak ogromne. Nolan sięga po tekst, który od niemal 3 tys. lat stanowi fundament europejskiej kultury. To zarazem jedna z najbardziej ambitnych produkcji w jego karierze. I być może właśnie na tym polega fenomen Christophera Nolana. Przekonał świat, że blockbuster może być jednocześnie widowiskiem, intelektualnym wyzwaniem i autorską wypowiedzią. Jego kino pozostaje dowodem, że odwaga artystyczna może iść w parze z sukcesem komercyjnym, a to we współczesnym Hollywood należy do rzadkości.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version