Nie chcą żyć jak rodzice. Są gotowi harować, ale tylko do czterdziestki, a potem już żyć z oszczędności i inwestycji. Martwi ich tylko, czy na wcześniejszej emeryturze nie będą samotni i znajdą nowy cel w życiu.
— Wszystko wskazuje na to, że mi się uda, bo już odłożyłam pół miliona. To jedna trzecia niezbędnego kapitału, z którego będę przez następne 30 czy 40 lat „skubać” swoją prywatną emeryturę — mówi trzydziestoletnia Joanna, analityczka danych z Krakowa. Rozmawiamy dzięki zamkniętej grupie na Facebooku „Inwestomat — oszczędzanie, inwestowanie, wolność finansowa”. Tacy jak Joanna — młodzi i skupieni na wcześniejszej emeryturze — to członkowie rosnącego w siłę ruchu FIRE (Financial Independence, Retire Early).
Definiowany jako trend na ekstremalne oszczędzanie, agresywne inwestowanie i wczesną niezależność finansową, rozwinął się w USA i bogatych krajach Europy Zachodniej. Pierwsze w Polsce wzmianki o FIRE — na blogu inwestomat.eu — pojawiły się sześć lat temu. Właściciel bloga i autor jednych z pierwszych materiałów o ruchu FIRE w Polsce, Mateusz Samołyk — na co dzień menedżer w branży IT — porusza ten temat również w swoim podcaście i kanale na YouTube. W polskiej społeczności FIRE jego książka „Inwestowanie dla każdego” to biblia, a bliska perspektywa niezależności finansowej — Mateusz ma 37 lat, na emeryturę chce przejść za trzy lata — to nadzieja na przyszłość. O blaskach i cieniach FIRE piszą również makler i edukator finansowy Artur Wiśniewski, oraz Marcin Iwuć, ekonomista i autor książek z zakresu rynków kapitałowych i finansów osobistych. Polskie FIRE doczekało się też satyrycznego bloga „Alkoholowy Inwestor”, którego autor z przymrużeniem oka pokazuje, jak można przekazać dzieciom mindset inwestora.
— FIRE nie oznacza wycofania się z życia, ale zapewnienie sobie spokoju płynącego z oszczędności. I niezależności od świadczeń socjalnych — zaznacza Joanna. I dodaje: — Wbrew pozorom my, Polacy z pokolenia Zet, mamy dobry grunt pod oszczędzanie. Pokolenie naszych rodziców, wychowywanych w czasach komuny, nauczyło się odkładać na czarną godzinę, unikać kredytów i zamiast inwestować w nowe, naprawiać to, co zepsute i stare.
Liczyć tylko na siebie
Trzymając się publikacji Mateusza Samołyka, polska społeczność FIRE dzieli się na fat FIRE, lean FIRE i barista FIRE. Pierwsi po odejściu z pracy żyją na bogato. Drudzy minimalistycznie, a trzeci połowicznie żyją z oszczędności i pracują na część etatu albo zakładają własny biznes.
Joanna — co ułatwia ekstremalne oszczędzanie — od zawsze żyła skromnie i nie zamierza tego zmieniać. Z małej wioski pod Tarnowem do najbliższego miasta miała 30 km, słabe połączenie autobusowe i zero perspektyw. Mogła zostać na wsi i żyć jak rodzice: od pierwszego do pierwszego. Mama, krawcowa po szkole zawodowej, zajmowała się domem i rodziną. Tata, stolarz, pracował po dwanaście godzin. Urlopy spędzał za granicą, zatrudniając się przy zbiorze winogron czy na budowach. — Mieliśmy ogród, warzywniak i hodowlę kur. Dzięki temu oszczędzaliśmy na jedzeniu — opowiada Joanna. — Kiedy wyprowadzałam się na studia matematyczne do Krakowa, wiedziałam, że mogę liczyć tylko na siebie. Na szczęście dostałam stypendia: socjalne i za dobre wyniki w nauce. W sumie 2 tys., które starczały na życie.
Już jako dwudziestolatka — idealny wiek startu do FIRE — zaczęła oszczędzać. Na początek celem było 60 tys. wkładu własnego na kredyt mieszkaniowy. Dawała korepetycje, zaliczała płatne staże, sprzedawała kwiaty na przycmentarnych bazarkach. Cel zrealizowała. Rok po studiach — pracowała już jako analityk danych — wzięła 350 tys. kredytu i kupiła własne mieszkanie.
Postawiła sobie kolejny cel: ograniczyć wydatki do 3-4 tys. zł miesięcznie, nadpłacić kredyt i zacząć odkładać na spokojną przyszłość. Termin wolności finansowej i wielkość kapitału wyliczyła — jak większość dążących do FIRE — posługując się tzw. regułą 4 proc. sformułowaną w USA w latach 90. W dużym uproszczeniu: przyjęła, że jej miesięczne wydatki w pierwszym roku wolności finansowej wyniosą 60 tys. rocznie. Aby móc tak żyć, do 45. urodzin powinna zgromadzić 1,5 mln zł — 4 proc. z tej kwoty to właśnie 60 tys. zł. Najpierw odkładała po 2 tys. miesięcznie, ale wraz z podwyżką pensji — ponad 60 proc. wynagrodzenia, czyli 7 tys. zł. I zaczęła inwestować, bo ruch FIRE zakłada, że pieniądze nie mogą leżeć, ale odpowiednio rozdysponowane pracować na niezależność finansową.
— Oprócz raty nadpłacam 2 tys. z kredytu — wylicza Joanna. — Po tysiącu przeznaczam na Indywidualne Konto Emerytalne i Indywidualne Konto Zabezpieczenia Emerytalnego: wypłacę je po skończeniu sześćdziesiątki i zyskam na uldze podatkowej. Półtora tysiąca idzie na moje konto maklerskie, inwestuję w ETF-y, czyli koszyki aktywów składających się z akcji setek spółek, obligacji, surowców itd. Za dwa, trzy lata spłacę mieszkanie, wtedy kwota wpłacana na konto maklerskie wzrośnie o 3 tys. zł miesięcznie. Zyski z tych inwestycji przydadzą mi się między 45. a 60. rokiem życia na prywatnej emeryturze. Za resztę kupię obligacje skarbowe. Na moją przyszłość pracuje też PPK, czyli Pracowniczy Plan Kapitałowy: co miesiąc dwa procent z mojej pensji, półtora procent od pracodawcy i ponad 200 zł od państwa.
Nauczyć się odpoczywać
— Jeśli chcesz być częścią społeczności FIRE, musisz porzucić typowe polskie lęki i przekonania, że giełda to kasyno, PPK zabiorą ci tak jak OFE, a IKE i IKZE powstały po to, żeby w razie wojny państwo miało z czego brać pieniądze — mówi 25-letni Konrad Wainberger, nauczyciel historii i WOS w poznańskiej szkole specjalnej dla niesłyszących. — Warto przestać się bać tych obcobrzmiących haseł i sprawdzić, jak mogą dla nas pracować. Jeśli będę oszczędzał tak jak teraz, czyli odkładał i inwestował po 70 proc. pensji miesięcznie, uwolnię się od pracy zarobkowej za dwadzieścia lat — dodaje. — Umożliwi mi to majątek netto wart 2,5 mln zł, z którego będę sobie wypłacać po 8 tys. zł prywatnej emerytury.
Na razie ciężko mu znaleźć wolną chwilę: wstaje o piątej, pędzi do szkoły, gdzie dorabia do pensji na świetlicy i biorąc nadgodziny. Łącznie zarabia od 7 do 10 tys. netto. Po powrocie do domu siada do pisania bloga OFIRE.pl. W ten sposób utrwala swoje przemyślenia, ćwiczy się w pilności i szykuje grunt pod rozmowę z innymi, tak jak on dążącymi do FIRE. — Ostatnio coraz częściej myślę, kim będę, gdy już dotrę na wyznaczoną przez siebie metę — mówi. — Czy po tzw. miesiącu miodowym wczesnego emeryta, przeczytanych zaległych książkach i obejrzanych serialach zaliczę kryzys tożsamości? Czy stanę się samotnikiem wśród znajomych nauczycieli, którzy będą nadal biec w sztafecie nadgodzin i podwójnych etatów? No i czy jako pierwsze pokolenie w rodzinie przestanę uciekać w pracę i nauczę się odpoczywać?
Na razie wzorców odpoczywania brak. Przed wyprowadzką do Poznania wychowywał się w wiosce pod Radomiem, w jednej z dziesięciu najbiedniejszych gmin w Polsce. Rodzina — potomkowie chłopów pańszczyźnianych — harowała. Tata był kierowcą tira, tygodniami nie było go w domu. Mama najpierw zajmowała się domem, Konradem i jego młodszym bratem, potem zatrudniła się m.in. przy obróbce płytek. W ramach odpoczynku pracowała w przydomowym ogródku. — Nie chcę tak żyć. Jestem gotów harować, ale tylko po to, żeby kiedyś już nic nie musieć, a wiele móc — mówi Konrad. — Na przykład wstać rano w czwartek, pomyśleć, że fajnie byłoby wybrać się do Warszawy, kupić bilet na samolot i po prostu tam polecieć. Albo, bez wyrzutów sumienia, że zamiast harować tracę czas, pograć sobie w gry albo kupić nową konsolę do mojej kolekcji.
Na razie jednak, wpatrzony w daleki horyzont prywatnej emerytury, haruje. I myśląc o przyszłości, tak jak rodzice, wyklucza wzięcie kredytów. Do wymarzonej niezależności zamierza dojść, jak większość polskiej społeczności FIRE, ścieżką IKE, IKZE, gdzie kupuje pojedyncze spółki i ETF-y, oraz PPK. Na miesiąc życia — po odjęciu od pensji średnio 5 do 7 tys. na inwestycje — zostaje mu 2,3 tys. zł. Po opłaceniu rachunków, wizyt u psychologa i połowy kwoty wynajmu pokoju z kuchnią — mieszka z dziewczyną — zostaje niewiele. — Ile tak pociągnę? Nie wiem — przyznaje. — Zastanawiałem się nad podyplomówką z zarządzania oświatą, ale to nie dla mnie. Może uda mi się rozwinąć blog OFIRE.pl, uruchomić swój podcast i kanał na YouTubie? Wtedy połączę pasje do nauczania i finansów.
Znaleźć swoją niszę
O zmianie pokoleniowej, czyli wejściu zetek na polski rynek FIRE, rozmawiam z Mateuszem Samołykiem, założycielem bloga i podcastu Inwestomat.eu. Jego kanał na YouTubie przekroczył 50 tys. subskrybentów. — Kiedy w 2017 r. wróciłem do Polski po czterech latach pracy za granicą polscy współpracownicy wydawali mi się zamknięci na inwestowanie i skupieni na negatywach dotyczących planu na wczesną wolność finansową — mówi Samołyk. — Urodzeni w PRL sparzyli się na aferach Amber Gold i obligacjach GetBack. Milenialsi, czyli pokolenie ich dzieci, często skupiają się raczej na spekulacji, wchodząc np. w kryptowaluty. Systematyczne oszczędzanie i inwestowanie wydaje im się zajęciem dla specjalistów z wykształceniem ekonomicznym.
Przejście od „w tym kraju nie da się inwestować” do „spróbujmy” to kwestia ostatnich lat. I zapełnienia braku publicznej edukacji finansowej, np. przez influencerów doradzających na TikToku czy Instagramie, jak zaoszczędzić i zainwestować.
— Ale w dążeniu do FIRE łatwo zapomnieć, co nam sprawia przyjemność i jak definiujemy szczęście — mówi Maciek, dwudziestodziewięcioletni absolwent urbanistyki i finansów. — Ja mam farta, bo znalazłem niszę, dzięki której dobrze zarabiam — dodaje. — Jestem iluzjonistą. Występuję w szkołach, na imprezach firmowych, w restauracjach. Jeden występ to nawet kilka tysięcy złotych. Rocznie zaliczam ich trzysta. Dobre pieniądze pozwalają na fajne życie, w którym inwestowanie staje się nie tylko drogą do przyszłej szczęśliwości bez pracy, ale też przyjemnością i hobby.
Ostatni tydzień Maćka: zaliczył trzy występy, wrzucił kilka materiałów o „sztuczkach” na swoje media społecznościowe i wyjechał na Cypr. Codziennie jednak — to jego nawyk — sprawdzał informacje giełdowe, czytał o firmach, w które mógłby zainwestować, tradycyjnie wszedł na bloga Samołyka, gdzie akurat pojawił się temat „Wczesna emerytura — prawdziwa wolność, czy droga do depresji”. — Słyszałem, że dążący do FIRE robią sobie kilkumiesięczną przerwę od pracy, żeby sprawdzić, czy odnajdą się w rzeczywistości, w której nie muszą już harować — mówi. — Ja nie muszę robić takich testów: jako ADHD-owiec mam tysiąc pomysłów na przyszłość. Od pracy na pół gwizdka, przez rzeźbiarstwo i malarstwo, po inwestowanie w kolejne nieruchomości.
Na razie ma trzy mieszkania. Pierwsze kupił jako 25-latek i szybko wynajął rówieśnikom. Już wtedy miał na koncie 100 tys. zł. Zwolennicy FIRE mówią, że pierwsza setka jest najtrudniejsza do odłożenia, a potem już z górki. Maciek po pięciu latach odkładania do 80 proc. swojego zarobku jest w połowie drogi do niezależności. Ale wie, że bez dywersyfikacji, czyli zarządzania ryzykiem, z wcześniejszej emerytury będą nici. Znajomi, sceptycznie nastawieni do agresywnego odkładania, straszą też, że za kilkanaście lat dziś odłożony i zainwestowany milion drastycznie straci na wartości. Dlatego rozprasza kapitał między akcje i obligacje. Jeśli jedna inwestycja straci, druga branża zasypie wyrwę. Być może — robi to coraz więcej dążących do FIRE — w obliczu wojny za wschodnią granicą zacznie również inwestować na rynkach zagranicznych. — Rodzice są zachwyceni ideą wcześniejszej emerytury — mówi Maciek. — Oboje są tuż przed emeryturą z ZUS. Nie uda im się zebrać fortuny przed sześćdziesiątką, ale ostatnio zaczęli inwestować.
Pytanie o sens życia
— Jestem zwolennikiem odkładania i inwestowania, ale wcześniejsza emerytura to nie jest ścieżka dla każdego — mówi Artur Wiśniewski, makler papierów wartościowych, założyciel portalu stockbroker.pl. — Może warto zadać sobie pytanie, nie kiedy chcę przejść na emeryturę, ale jak chcę przeżyć swoje życie — dodaje. — Może do szczęścia wystarczy zmiana pracy albo założenie własnej działalności gospodarczej?
Wiśniewski zaznacza, że czterdziestka, która przez młodych zwolenników FIRE jest często wyznaczana jako czas powolnego wygaszania kariery zawodowej, to idealny wiek na podejmowanie ryzyka. Mówi o tym z perspektywy swoich 44 lat i przestawionego azymutu: pracował w domu maklerskim, teraz domy maklerskie są jego klientami. Pracował w korporacji z branży finansowej, teraz ma swoją działalność. Na etacie odkrył, że satysfakcję sprawia mu pomoc innym. Dziś robi to na pełny gwizdek: regularnie publikuje artykuły o inwestowaniu, prowadzi kolejne edycje konferencji Pasywna Rewolucja i badania „ETF w portfelu”.
Poleca książkę „Siedem nawyków skutecznego działania”. Jej autor, Stephen R. Covey, w pierwszym rozdziale pochyla się nad ludźmi bez celu istnienia. Namawia ich do zadawania sobie pytań, które skłaniają do refleksji, jak ustawić priorytety i przeżyć swoje życie.
Damian, dwudziestoośmiolatek z miasteczka na Podkarpaciu, przyznaje, że przez ostatnie trzy lata myślał, że dążenie do FIRE to jego priorytet. Pracuje w branży IT, do ubiegłego roku mieszkał z narzeczoną w małym pokoju w domu rodziców. — Regularnie czytałem blog Mateusza Samołyka i próbowałem go naśladować — mówi. — Miałem plan: kosztem minimalizacji kosztów odłożyć do czterdziestki 1,5 mln zł i przez kolejne kilkadziesiąt lat utrzymywać się z oszczędności i inwestycji.
Odmawiał sobie wszystkiego: uwielbia słuchać muzyki, ale nie pozwolił sobie na zakup nowych kolumn podłogowych, wzmacniacza i gramofonu. Od dziecka marzy o produkowaniu własnej muzyki, ale kupno profesjonalnego sprzętu odłożył na później. Miał ochotę pojechać na Ibizę, ale skończyło się na wyprawie pod namiot na Mazury. Lubi wychodzić do restauracji, ale pozwalał sobie tylko na tanią pizzę z dowozem. Ponad 60 proc. oszczędzonej w ten sposób pensji ładował w ETF-y, obligacje, IKE, IKZE. — W ubiegłym roku poczułem, że coś tu nie gra — mówi. — Oszczędności rosły, ale moje samopoczucie leciało w dół. Razem z narzeczoną zaczęliśmy się zastanawiać, czy chcemy tak żyć? Czy faktycznie potrzebujemy wcześniejszej emerytury? Czy jesteśmy pewni, że dziś odłożone pieniądze nie stracą na wartości? Na wszystkie pytania odpowiedzieliśmy: nie.
Na początek zrezygnował z IKZE. Wypłacił odłożone ponad 25 tys. zł i wydał na wynajem mieszkania i kupno mebli. To, co zostało, wrzucił w koszty wesela. Na pozostawione akcje, obligacje i IKE zaczął wpłacać po tysiąc złotych miesięcznie. — Pozwoliłem sobie na realizację marzeń: kupiłem profesjonalny sprzęt do muzyki, pojechaliśmy z żoną do Włoch — opowiada. — Początkowo miałem wyrzuty sumienia, że zaprzepaszczam to, na co tyle pracowałem. Szybko minęły.
O przejściu z wizji FIRE na myślenie o kredycie na dom i tradycyjnej emeryturze mówi w kategoriach dojrzewania i porzucania iluzji. Wiele zmieniło to, że będzie ojcem. Nie potrafił sobie wyobrazić oszczędzania kosztem dziecka. — Nie odmawiam nikomu marzeń o wczesnej niezależności finansowej, to może idealnie ustawić życiowy kompas, ale dla mnie jednak liczy się tu i teraz.
Mateusz Samołyk przechodzi na FIRE najpóźniej za trzy lata. Nie odmawiał sobie — jak Damian — wszystkiego. Zawsze znalazł pieniądze na podróże i dobrą matchę. Z jego perspektywy dążenie do niezależności finansowej to ciąg kompromisów, z którymi jednak nie należy przesadzać. I powtarzające się pytania, co jest ważniejsze: konsumpcja czy luz wynikający z braku konieczności pracy. Toksyczny szef i widmo wypalenia zawodowego czy szansa na — dzięki solidnej poduszce finansowej — robienie czegoś przynoszącego radość i spełnienie. Lęk przed biedą na zusowskiej emeryturze czy spokój płynący ze zgromadzonych środków. — Z wcześniejszej, wypłacanej sobie emerytury zawsze można wrócić do pracy — mówi Samołyk. — Liczy się to, że masz wybór, którego większość społeczeństwa niestety nie ma.




