Po wyborach prezydenckich wielu komentatorów przewidywało, że najpóźniej w 2027 r. władzę w Polsce przejmie koalicja PiS i Konfederacji. Kilka miesięcy później widać już wyraźnie, że to wcale nie takie proste – co było od początku oczywiste dla każdego, kto zna sposób działania Jarosława Kaczyńskiego i stosunek prezesa PiS do konkurencji z prawej flanki.

W ostatnich tygodniach politycy PiS, z Kaczyńskim na czele atakowali Konfederację niemal tak często, jak Tuska. Wystosowali pod jej adresem „Deklaracją polską”, z punktem „mieszkanie prawem, a nie towarem”, wpisanym wyraźnie po to, by dogmatycznie wolnorynkowa Konfederacja nie mogła jej podpisać. Po tym, gdy Mentzen nazwał Kaczyńskiego „politycznym gangsterem”, Przemysław Czarnek odwołał udział w „piwie z Mentzenem”, a Radosław Fogiel nazwał lidera Nowej Nadziei „rozwydrzonym bachorem”. Kaczyński zarzucał z kolei Mentzenowi „darwinizm społeczny” i politykę, której skutkiem będzie dramatyczne rozwarstwienie społeczeństwa na nielicznych bogatych i całą resztę.

Co jest ostatecznym celem tych ataków? Czy Kaczyński gra na osłabienie przyszłego koalicjanta, czy też wierzy w to, że może odzyskać jego elektorat i znów rządzić samodzielnie? Jeśli Kaczyński naprawdę gra o ten drugi cel, to podejmuje bardzo ryzykowną grę, której skutkiem może być podobna sytuacja jak w 2023 r.: PiS znów zdobędzie w Sejmie najwięcej mandatów, ale pozbawiony większości nie zdoła utworzyć rządu ze względu na brak zdolności koalicyjnej.

PiS wydaje się dziś zakładać, że Konfederacja urosła do obecnych rozmiarów dzięki „pożyczonemu” elektoratowi PiS i że elektorat, który z różnych powodów obraził się na PiS, może do niego wrócić. Trzeba mu tylko pokazać dwie rzeczy. Po pierwsze, PiS zrozumiał swoje błędy z okresu 2015-23, na czele ze zbyt pro-ukraińską polityką, lockdownami i piątką dla zwierząt; po drugie, że Konfederacja wcale nie jest atrakcyjną alternatywą, zaś Mentzen, choć przedstawia się jako kandydat „antysystemu” jest tak naprawdę jego częścią, kimś, kto gotów jest „zdradzić” prawicę ze znienawidzonym w jej elektoracie Tuskiem.

W najnowszym numerze tygodnika „Sieci” – medium dziś chyba najbliższego Nowogrodzkiej – ukazał się artykuł Piotra Gursztyna, w którym znajdziemy informację, że wśród posłów PiS krążą plotki o tym, że Mentzen „chce się dogadać z Tuskiem”. Miało nawet podobno dojść do sekretnego spotkania lidera Nowej Nadziei z premierem, gdzie ten miał mu zaproponować stanowisko marszałka Sejmu i zastąpienie przez Nową Nadzieję Polski 2050 w obecnej koalicji.

Nowa Nadzieja ma ośmiu posłów i gdyby w koalicji zastąpiła Polskę 2050 – która ma ich 30 – to taki rząd nie miałby większości w Sejmie i to nawet zakładając, że z takiej koalicji nie wyszłaby lewica, plotka nie brzmi więc szczególnie wiarygodnie. Nie musi jednak, by podważyć zaufanie, co do intencji Mentzena w prawicowym elektoracie i można spodziewać się, że z tego właśnie powodu prawicowi politycy i bliskie im media będą ją powtarzać.

Jak pisze też Gursztyn, ostatnie wydarzenia miały utwierdzić polityków PiS – także tych kiedyś bardziej otwartych na współpracę z Konfederacją – w przekonaniu, że Mentzen nie rozumie emocji wyborców wahających się między PiS a Konfederacją, którzy odeszli od PiS, bo nie był dla nich dość wyraziście prawicowy. Świadczyć ma o tym między innymi piwo z Sikorskim i Trzaskowskim, ostre ataki lidera Nowej Nadziei na PiS, czy jego tyrada wymierzona we wsparcie państwa dla innowacji i pochwała gospodarki opartej na tanich kosztach pracy, jaką wygłosił w trakcie niedawnej debaty z Morawieckim. Bo elektorat między PiS i Konfederacją ma być tyleż antysystemowy, co prorozwojowy, sympatyzujący z takimi projektami jak CPK. Inaczej mówiąc, artykuł w „Sieciach” sugeruje, że partia Kaczyńskiego doszła do wniosku, że Mentzen wcale nie jest tak silny, jak mogłoby się wydawać i że koalicja z nim nie musi być konieczna.

Przed takimi wnioskami przestrzega jednak sympatyzujący z ideą szerokiej prawicowej koalicji analityk danych wyborczych i sondaży Marcin Palade. Według jego analiz, PiS nie ma szans na samodzielne rządy, głównie z powodów demograficznych. Partia Kaczyńskiego ma bowiem wielki problem z docieraniem do najmłodszych wyborców. W wyborach w 2023 r. wśród wyborców 18-29 zajęła według exit poll ostatnie miejsce wśród komitetów, które przekroczyły próg, z poparciem 14,9 proc. W 2025 r. w pierwszej turze kandydat PiS miał w tej grupie zaledwie 10,5 proc. poparcia, a nawet w grupie 30-39 był dopiero trzeci z poparciem 18,8 proc.

Tymczasem według wyliczeń Paladego, biorąc pod uwagę obecne trendy demograficzne i rozkład średniego poparcia PiS wśród różnych grup wyborców, do 2027 r. PiS straci kolejne 300 tys. wyborców, a zyska tylko 15 tys. nowych. Zamiast więc fantazjować o wyniku powyżej 40 proc., partia powinna się nastawić na walkę o to, by nie było on niższy niż 30 proc.

A bez samodzielnej większości znów wracamy do scenariusza z 2023 r. PiS wygrywa wybory, ma największy klub, prezydent Nawrocki powierza misję tworzenia rządu kandydatowi wskazanemu przez Kaczyńskiego, ale nikt nie chce podjąć z nim rozmów koalicyjnych. Co tym bardziej prawdopodobne, im skuteczniej PiS będzie przed wyborami realizować taktykę marginalizacji Konfederacji. Im bardziej Mentzen i Konfederacja będą atakowani w kampanii przez PiS, tym łatwiej będzie im uzasadnić odmowę utworzenia wspólnych rządów z PiS. Nawet jeśli skutkiem tego miałyby być mniejszościowe rządy Tuska.

Co wtedy? Jakąś rolę pośrednika będzie miał wtedy z pewnością do odegrania Nawrocki. Prezydent nie będzie najpewniej włączał się w przedwyborcze ataki na Konfederację i po wyborach będzie mógł wystąpić jako akuszer szerokiej prawicowej koalicji – coś, co nie udało się Andrzejowi Dudzie, który budowę szerokiej prawicowej koalicji, opartej o wyborców PiS, PSL i wyborców Bosaka sugerował już po wyborach prezydenckich w 2020 r.

Bosak może zresztą okazać się tu kluczową osobą. Znaczące jest, że PiS praktycznie w ogóle nie atakuje lidera Ruchu Narodowego, swoją antykonfederacką ofensywę skupia na Nowej Nadziei i jej liderze. PiS liczy najpewniej na to, że w przyszłym Sejmie uda się podzielić Konfederację i „wyjąć” Bosaka z jego narodową frakcją. Nie wiadomo jednak czy „narodowców” starczy, by utworzyć w przyszłym Sejmie większościowy rząd z PiS. Bosak, wchodząc w taki układ, skazywałby też siebie i swoje środowisko na połknięcie przez Kaczyńskiego.

Jak to się wszystko skończy? Niewykluczone, że ostatecznie obie strony uznają, że są na siebie skazane i faktycznie mimo całego konfliktu w prekampanii i kampanii utworzą w końcu rząd – nawet jeśli bez specjalnej chemii i przekonania. Nie można jednak wykluczyć, że wojna o hegemonię na prawicy przyniesie zaskakujące rezultaty. Choć bardzo wiele wskazuje, że w jakiejś konfiguracji PiS wróci wkrótce do władzy – czemu sprzyjają wszelkie globalne trendy – to żaden zaskakujący scenariusz nie jest wykluczony.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version