Jedni chwalą rozmach, inni uznają, że to zmarnowane pieniądze, które fundatorzy, Roman i Grażyna Karkosikowie, mogliby wydać na szpitale i przytułki. Do otwarcia najwyższej w Europie figury Matki Boskiej w Konotopiu jeszcze kilka dni, a ludzie już mówią o cudach.
Jeszcze nie została poświęcona, a już zbiera słabe recenzje. Ludzie w opiniach w internecie piszą: „Gigantyczny przerost formy nad treścią! Koszmar! Mnóstwo niczego! Zamiast dać te pieniądze na pożyteczne cele, spuścili je w górę betonu!”. — Ale miliarderom Romanowi i Grażynie Karkosikom nie można odmówić rozmachu. Nasza Maryja z Konotopia, wysoka na 55,65 m, będzie najwyższa w Europie. Zdetronizuje 33-metrową figurę Chrystusa Króla w Świebodzinie — entuzjazmuje się pasażerka pociągu relacji Toruń — Konotopie.
— Problemem jest to, że kiedy ona rosła, my staliśmy w miejscu. W sensie gminnej infrastruktury — tłumaczy. — Droga do Maryi była niedawno wylana asfaltem, ale jest wąska. Czasem jeden samochód musi stanąć na poboczu, żeby drugi mógł przejechać. Z biegnącej obok figury krajowej dziesiątki widać profil Matki Boskiej, ale nie ma do niej zjazdu. Już teraz ludzie, żeby dostać się do Najświętszej Panienki, parkują przy szosie. Strach pomyśleć, co się będzie działo w dniu poświęcenia, czyli 15 sierpnia, kiedy do naszej gminy ściągną setki wiernych.
Część pewnie dojedzie z Torunia do stacji kolejowej Konotopie. Widać stąd plecy Maryi, ale żeby się do niej dostać, trzeba skoczyć z nasypu. Potem tylko 7 km na piechotę, bo autobusów brak. Zabieram się z pasażerką pociągu, po którą, wysłużoną Škodą, przyjechał syn. Przechodzimy na ty: on ma na imię Sylwek, ona Ewa. On robi w budowlance (na lewo), ona u prywaciarza (za najniższą krajową). Jedziemy do Kikoła — siedziby gminy, skąd tylko kilkanaście minut drogi do Konotopia.
Dwa lata temu Kikół dostał prawa miejskie, ale — jak mówi Ewa — ludzie mają tu wiejski mental. Wszyscy się znają, życie się kręci dookoła Dino, Biedronki, poczty i rynku z kilkoma ławkami. Z położonego w centrum urzędu miasta tylko kilka kroków do XVIII-wiecznego pałacu, w którym mieszkają fundatorzy Matki Boskiej z Konotopia, jedni z najbogatszych Polaków, Roman i Grażyna Karkosikowie. Majątek małżeństwa jest wyceniany na prawie 2 mld zł. Szacuje się, że w ich międzynarodowym koncernie Boryszew (chemia i części samochodowe) i Unibaxie (produkcja włókniny poliestrowej) pracuje kilkadziesiąt tysięcy osób na całym świecie. Oprócz pałacu w Kikole mają kilka innych nieruchomości, w tym niedawno zakupiony pałac w Warszawie.
Pomnik Matki Boskiej w Konotopiu
Foto: Agencja se.pl
Monopol na świętych
— W pałacu w Kikole za komuny urzędowało przedsiębiorstwo instalacji przemysłowych z Torunia — mówi Ewa. — Latem na kolonie przyjeżdżały dzieciaki pracowników. A 10-hektarowy park obok pałacu był dostępny dla wszystkich. Również dla okolicznych pijaczków — przyznaje. — Kiedy pałac kupili Karkosikowie, wszystko zostało ogrodzone. Budynki odnowiono, rośliny nasadzono pod linijkę. Ale nie wiadomo, co się dzieje za bramą: oficjalnie nikt z gminy u nich nie pracuje. A jeśli nawet coś robi przy pałacu, to musi trzymać język za zębami.
Przez bramę pałacową widać niewiele. Biały front okazałego budynku, klomb z fontanną. Okoliczni mieszkańcy mówią, że Karkosik rzadko opuszcza pałac. Firmami rządzi przez telefon, przez bramę co chwila przejeżdżają luksusowe auta. Ponoć Karkosik przypomina Hołowczyca, ale mało kto w gminie wie, jak wygląda. Za to jego żona Grażyna — szczupła i ciemnowłosa — codziennie jest w kościele. Ufundowała dwa ołtarze boczne, rzuca na tacę plik banknotów i bywa na imieninach proboszcza. To ona wpadła na pomysł wybudowania w podzięce za pomyślność w życiu i biznesie gigantycznej Matki Boskiej.
W gminie — jak mówi Ewa — Karkosikowie od dawna mają monopol na święte figury. Zanim wydali ponad 100 mln na najwyższą w Europie Maryję, sfinansowali budowę kaplicy na obrzeżu Kikoła. Stanęła w niej XIX-wieczna, półmetrowa, drewniana figura Matki Boskiej ze zdjętym z krzyża Jezusem na kolanach. Figura uchodzi za świętą, ma uzdrawiać i co roku we wrześniu ciągną do niej pielgrzymki z całej Polski. Od 16 lat przy wejściu do kaplicy jest duża tablica z informacją, że budynek to wotum wdzięczności państwa Karkosików.
— Dla świata Karkosik to miliarder, ale my tu go znamy od dzieciaka — macha ręką emerytowany stolarz mijający rowerem bramę pałacową. — Mieszkał w Czernikowie, kwadrans drogi stąd. Matka prowadziła bar, on był jednym z trzech braci. Wiedzieli, jak zarobić duże pieniądze. Jeden poszedł w kable i oświetlenie, drugi w handel złotem. Roman, chłopak po technikum cukrowniczym, skupował złom. Po 1989 r. miał złoty strzał: zainwestował najpierw w maszyny do produkcji plastikowych butelek do napojów, potem do folii. Słyszałem, że zarabiał miliony na warszawskiej giełdzie, ale nigdy się stąd nie wyniósł. Zanim wprowadził się do pałacu, mieszkał z Grażyną — też dziewczyną od nas — w domu rodzinnym w Czernikowie.
Wątróbka z widokiem na Matkę Boską
— Pewnie przez te lata wspierali rodzimy biznes z Czernikowa czy Kikoła — mówię, ale emerytowany stolarz kolejny raz macha ręką. — Na budowie Matki Boskiej pracowali tylko dwaj od nas, ojciec i syn. Reszta to górale i Ukraińcy — dodaje. — Na szczęście musieli gdzieś nocować i dali zarobić naszym na wynajmie pokoi. Prawie milion zarobił też poprzedni właściciel działki, na której stanęła Maryja. Przez dwa lata starał się opchnąć grunty orne, dom i oborę. Karkosik spadł jak z nieba, ale sprzedał mu i tak taniej, niż chciał.
Największy lokalny przedsiębiorca, zatrudniający do szycia bielizny kilkadziesiąt osób z okolic, wyprodukował 350 sztuk koszulek ze zdjęciem pomnika z Konotopia. Matka Boska występuje na nich na tle chmur, w wersji białej i czarnej. Obie są reklamowane jako coś więcej niż odzież — symbol wiary i tradycji. Przez dwa miesiące sprzedało się tylko 15 sztuk. A jeszcze przedsiębiorca odebrał telefon od prezesa jednej z firm Karkosika z żądaniem natychmiastowego wycofania koszulek. Zarzucił, że naruszył prawa autorskie do wizerunku pomnika. — A przecież mógł dać zarobić swojemu — słyszę na rynku w Kikole.
Odrobinę zarobić na Matce Boskiej udało się za to właścicielce restauracji i hotelu nad pobliskim Jeziorem Sumińskim. Na 15 sierpnia przygotowała specjalne menu dla pielgrzymujących do Konotopia. Dwudziestoosobowe grupy zorganizowane mogą liczyć na domowy rosół z makaronem i do wyboru wątróbką z cebulką, filetem z kurczaka albo pieczenią z karkówki w sosie pieczeniowym. „Z naszej restauracji i z naszego tarasu możesz z oddali podziwiać imponującą figurę Matki Boskiej w uroczej, spokojnej i malowniczej scenerii” — zachęcała na Facebooku menedżerka restauracji. Ponoć miejsca dla grup zorganizowanych zeszły na pniu.
— Wszystko, co wielkie, wymaga czasu. Na prywatną inwestycję Grażyny i Romana Karkosików warto spojrzeć z szerszej perspektywy — słyszę od Krzysztofa Kowalewskiego, podinspektora do spraw promocji Urzędu Miasta i Gminy w Kikole. — Monument z Konotopia to nie tylko duchowy, ale też strategiczny punkt w regionie. Żywimy nadzieję, że przyciągnie to inwestorów oraz turystów, co przełoży się na rozwój lokalnej gospodarki.
Zanim to się jednak stanie, jak mówi Kowalewski, gmina Kikół chce podejść do poświęcenia pomnika Matki Boskiej po bożemu. Odsłonięcie monumentu to prywatna uroczystość Karkosików, ale gmina bierze na siebie kwestie bezpieczeństwa. Wsparcie deklarują m.in. policjanci, strażacy z okolicznych OSP i medycy z WOPR w niedalekim Lipnie. Na parkingu pod Maryją będzie ledwie kilkadziesiąt miejsc, ale kierowcy setek aut będą mogli parkować na targowisku w Lipnie, stadionie w Kikole i na parkingach Biedronek czy Dino. — Już dziś Kikół staje się symbolem gościnności mieszkańców — podsumowuje Kowalewski.
Jednak 15 sierpnia na ogrodzony, prywatny teren Karkosików wejdą nieliczni. Reszta przyjezdnych będzie patrzeć na Maryję z oddali.
Budowa 55-metrowego posągu Matki Boskiej w Konotopiu
Foto: Fot. Wojciech Olkuśnik/East News
Palec boży
U podnóża Matki Boskiej praca wre. Robotnicy kończą budowę ścieżek i układanie trawników. Figura z piorunochronem na czubku głowy i tzw. oświetleniem przeszkodowym dla samolotów jest gotowa do odbioru technicznego. Teraz tylko Maryjkę — jak ją nazywają budowlańcy — na którą zużyto 3400 m sześc. betonu i ponad 450 t stali, muszą zatwierdzić strażacy, spece od energetyki i nadzoru budowlanego.
Pod ogrodzenie podchodzą kolejni gapie. Ktoś głaszcze rudego kundla, który przypałętał się na budowę w marcu ubiegłego roku, tuż po wmurowaniu aktu erekcyjnego. Jeden z okolicznych mieszkańców opowiada o cudownym uleczeniu z bólu głowy. — Uczyniła to Matka Boska w budowie. Serce się raduje na myśl o cudach, które nastąpią, kiedy już będzie oddana do użytku — przekonuje.
W niebieskim kontenerze trwają narady kierownictwa budowy. Na ścianach wiszą rysunki techniczne Maryi i duży obraz Chrystusa. — W swoim portfolio mam małe sklepiki i wielkie przedsiębiorstwa, ale takiego zapału do roboty jak w Konotopiu nie widziałem nigdzie — słyszę od Jarosława Zabłockiego, eksperta BHP, odpowiedzialnego za bezpieczeństwo na budowie. — Ludzie pracowali tu dla Matki Boskiej i z myślą o przyszłych pokoleniach, bo pomnik jest zbudowany z ultratrwałych materiałów, które pozwolą mu przetrwać nawet 300 lat. W tym 50 lat bez konieczności konserwacji.
Zabłocki przyznaje, że największym wyzwaniem były prace na wysokości. Budowlańcy byli przypięci do rusztowań specjalnymi szelkami, mieli profesjonalne buty robocze i kaski, ale nikt nie dawał stuprocentowej gwarancji bezpieczeństwa. Niepokoił się też, że na kogoś na dole może spaść kawałek betonu podnoszonego przez gigantyczne żurawie. Nic takiego się nie stało, co — jak przekonuje Zabłocki — można traktować jako działanie boskiej opatrzności.
Tomasz Dziurny, prezes stawiającej pomnik spółki Wysowa Mosty, chętnie opowiada, jak Maryjka pomagała w budowie. Tu łatwo było coś zepsuć: od wylewania kolejnych warstw najdroższej mieszanki betonu, po precyzyjne umieszczenie w monumencie ważących po 13 t dłoni. Noc przed tym etapem budowy jeden z robotników miał sen o przesunięciu konstrukcji o kilka centymetrów. Rano zrobił kolejne podliczenia. Wyłapał przesunięcie. Błąd udało się naprawić. Palec boży, jak przekonuje Dziurny, było widać nawet w dotrzymaniu co do dnia harmonogramu prac. Na szybko potrzebowali ocynkowanych prętów: producent dla Matki Boskiej odkładał inne zlecenia. Na produkowany we Włoszech jeden z elementów Maryjki trzeba było czekać dwa dni. Prezes zadzwonił do znajomych, okazało się, że są blisko fabryki. Odebrali i ekspresowo dowieźli brakujący element. Matka Boska zadbała nawet o pogodę: w najgorsze mrozy dawała kilka cieplejszych godzin na dowiezienie betonu i zalanie go w formie. Bez tego by zamarzł.
MB21
— Bałem się przyjechać i zobaczyć, jak Matka Boska z wykonanego przeze mnie dwumetrowego modelu w brązie wygląda w rzeczywistości, w betonie — mówi autor projektu pomnika, rzeźbiarz Adam Jakub Matejkowski. — Odkładałem to, ale trzy tygodnie temu w drodze do rodziców żony na Mazowsze zjechaliśmy z trasy i pojechaliśmy do Konotopia.
Była niedziela, pod ogrodzeniem stało kilkanaście osób. W drodze do pomnika Matejkowski czuł niepokój. Matka Boska XXI w. — w skrócie nazywa ją MB21 — w jego modelu nie była proporcjonalna. Miała większe ręce i głowę. Bez tego, patrząc na monument z dołu, ręce i głowa mogłyby się wydawać za małe. Bał się, że realizacja będzie odwrotna do założenia. — Stanąłem pod Maryją i mnie zamurowało — wspomina. — Zszedł ze mnie niepokój. Proporcje były takie, jakie powinny. Matka Boska otwiera ręce do przytulenia, dzięki nachyleniu głowy można jej spojrzeć w oczy, a w zdjętej przez nią koronie, czyli podstawie pomnika z tarasem widokowym, można się schować i poczuć boską moc.
Matejkowski mówi, że MB21 ma spojrzenie jego 11-letniej córki. W budowie głowy pomnika jest też zarys i delikatność twarzy jego żony. — Mam nadzieję, że na Matce Boskiej z Konotopia nikt nie będzie robił biznesów ani dzielił ludzi na lepszych i gorszych — dodaje. — Honor ucieka, kiedy pojawia się ludzka chciwość.
Mirosław Patecki, rzeźbiarz, autor projektu figury Chrystusa Króla ze Świebodzina, patrzy z szerszej perspektywy na przyszłość Matki Boskiej z Konotopia. Przez ponad 16 lat obserwował komercjalizację tamtego monumentu. Pod figurą pojawiali się handlarze lodami i prowadzący sklepik z pamiątkami. Wybudowano dom pielgrzyma, gdzie za 2 zł można skorzystać z WC. Osiem lat po odsłonięciu figury wewnątrz korony Jezusa, za zgodą proboszcza, ustawiono kilkanaście anten do wzmocnienia w parafii sygnału internetu. Największym skandalem okazał się jednak potajemny pochówek obok monumentalnego Jezusa urny z sercem jego pomysłodawcy i budowniczego, ks. Sylwestra Zawadzkiego.
— Pewnie państwo Karkosikowie nie będą mieć z tym problemów, ale każda gigantyczna figura to gigantyczna skarbonka bez dna. W przypadku mojego Jezusa to wydatek dla wiernych, którzy zrzucili się na budowę i są proszeni o kolejne datki — przyznaje Patecki. — Podświetlany nocą ciągnie prąd, co kilka lat trzeba odnawiać pancerz zrobiony z siatkobetonu i czyścić elewację z mchów i ptasich odchodów. Mało kto wie, że w Jezusie jest tylko 16 m betonu. Reszta, w tym głowa i ręce, jest zrobiona z włókna szklanego i żywicy. One również wymagają przeglądów.
Patecki słyszał, że autor projektu Maryi z Konotopia jest zadowolony z betonowego efektu swoich prac. Jemu łatka autora projektu Jezusa ze Świebodzineiro czasem ciąży. Słyszał o opatrzonych zdjęciem pomnika koszulkach, kubeczkach, różańcach, magnesach na lodówkę i otwieraczach do piwa. Mógłby ciągać ich producentów po sądach, ale szkoda mu czasu. Z Chrystusem Królem symbolicznie pożegnał się podczas Biennale Sztuki w Berlinie. Zwiedzający wystawę mogli obejrzeć na żywo, jak rzeźbi w styropianie czterometrową głowę Chrystusa. Kilkoro widzów pomagało w zakładaniu na styropianową głowę korony z elastycznej i pomalowanej na złoto płyty. Koronacja zakończyła się kieliszkiem szampana dla wszystkich. — Teraz od monumentów wolę pomniki, na których można usiąść, pogłaskać je czy zrobić sobie z nim zdjęcie — mówi. — Moją ulubioną realizacją jest stojący w Bytomiu Odrzańskim pomnik naturalnej wielkości kota w butach prowadzącego do domu podpitego mieszczanina. W porównaniu z gigantycznym Jezusem czy Maryją to drobiazg. A jednak cieszy.
Budowlańcy Maryjki cieszą się z planowanego poświęcenia. Martwią się tylko o rudego kundla, przybłędę. Oswoił się, przyzwyczaił do kupowanej przez górali dobrej karmy. Wierzą, że po zwinięciu budowy pracownicy Karkosików nie przegonią go spod ogrodzenia, dadzą pożyć, a nawet przygarną. To dopiero byłby cud.

