Zacznę od nietypowego wyznania: jestem doktorem. Doktorem jak z tego memu, w którym na pierwszym obrazku widzimy leżącego na ulicy człowieka, na drugim do leżącego podbiega dziewczyna ratowniczka i krzyczy: „Czy jest tu doktor?”. Na trzecim obrazku pojawia się uroczy młodzieniec, który na pytanie ratowniczki „Czy on umrze?” odpowiada: „Wszyscy umrzemy”. Na ostatnim, czwartym obrazku ona patrzy na niego z wyrazem zgrozy na twarzy i dopytuje: „Ty naprawdę jesteś doktorem?”, a on z uśmiechem mówi: „Tak, doktorem filozofii”.
No więc właśnie dlatego to przytaczam, że to jest właściwie o mnie, bo ja też jestem doktorem filozofii i z mlekiem matki filozofki wyssałam tę najgłębszą i zarazem najbardziej bolesną z życiowych prawd. Że nawet jak potem czytałam Heideggera, który wciąż powtarzał, że człowiek to Sein zum Tode, bycie ku śmierci, to nie byłam zaskoczona, tylko mi to jakoś gładko wchodziło.
Jednak ja tego nie piszę po to, żeby się przechwalać, ale dlatego, że w ostatnim tygodniu dzięki wspaniałej inwencji prezydenta Stanów Zjednoczonych Donalda J. Trumpa figura doktora wróciła do ikonosfery triumfalnie, choć przyjechała na pstrym koniu sztucznej inteligencji. No ale jak się nie ma, co by się wolało, to się bierze sztuczne, tak tylko mówię.
Prezydent USA dość dla wszystkich niespodziewanie zamieścił na swoim portalu Truth Social rycinę wyobrażającą go jako Pana Jezusa, odzianego w białą szatę oraz w płaszcz purpurowy. Donald Trump miał na tym obrazie lico uduchowione, spojrzenie przenikliwe, a za jego postacią wybuchały kolorowe fajerwerki. On zaś z rąk emanował światłem, coś jakby trzymał w dłoniach świecące cudowne kule dobra, którymi ratował z ramion śmierci anonimowego, leżącego na marach, a więc ewidentnie w stanie terminalnym, człowieka o twarzy nacechowanej niewątpliwym cierpieniem. Wokół łoża boleści klęczało na rycinie niewielkie, acz doborowe grono osób pogrążonych trochę w modlitwie, a trochę już jednak w żałobie. Wśród nich była niewiasta łkająca, ale też człowiek w polowym mundurze amerykańskiej armii. Na niebie widać było skrzydlate istoty, z których jedna do złudzenia przypominała figurę demogorgona z serialu „Stranger Things”, więc symbolika była tu nieortodoksyjna, choć zdecydowanie zmierzająca w kierunku figuracji właściwej ikonologii chrześcijańskiej.
Obraz odbił się głośnym echem. Zachwytom nie było końca, choć — o dziwo! — towarzyszyło im gdzieniegdzie oburzenie, że mianowicie jakim prawem prezydent Donald J. Trump tak nachalnie stroi się w szaty Syna Bożego i pcha się na afisz, wyglądając tak, jakby wskrzeszał tego dziwnego Łazarza XXI w., jakby go mocą swoich świecących kul w rękach trzymanych mógł śmierci odebrać.
Najwięcej krytycznych wypowiedzi napłynęło, czemu trudno się zresztą dziwić, z Watykanu. Podejrzewam, że głównie z zazdrości, że niby tylko oni tam mają mieć monopol na konsekrowanie wyobrażeń kanonicznych. Co zabawne, to fakt, że w tym transatlantyckim sporze tłumaczenie nie było potrzebne, bo na Tronie Piotrowym zasiada przecież rodowity Amerykanin, któremu się ten konterfekt Trumpa w ogóle nie spodobał. Ponieważ papież Leon XIV wygłosił zdanie odrębne głośno i wyraźnie, to prezydent USA postanowił się odnieść, mówiąc, że to jemu, a nie jakiemuś Duchowi Świętemu, kardynał Prevost tę posadę zawdzięcza, więc nie powinien się mieszać. Dodatkowo DJT podkreślił, że po pierwsze, on ten obraz upublicznił z własnej woli i samodzielnie, a po drugie, że nie miał być na nim wcale Chrystusem, ale doktorem.
O tym, że ludzie są w sumie beznadziejni, najdobitniej świadczy fala niedowierzania połączonego — zwłaszcza w Stanach — z, powiedzmy to sobie wprost, darciem łacha z panującego prezydenta. Czego to oni nie powymyślali! Że teraz wszyscy doktorzy w Ameryce muszą się ubierać jak Jezus, że Donald J. Trump marzy o wystąpieniu w kolejnym sezonie serialu „The Pitt” (temu pragnieniu się zresztą bym w ogóle nie dziwiła, bo sama bym chciała), że teraz cały Biały Dom zaludnią podobne do Jezusa figury.
Używanie mieli wszyscy komicy, ale oni mają teraz w USA używanie bez przerwy, chociaż jednocześnie musi ich boleć fakt, że w kategorii „najzabawniejszy człowiek w kraju” mają konkurenta nie do pokonania. My na uczelniach już pozamawialiśmy sobie adekwatną odzież i czekamy na świeżą dostawę tych świecących kul do wskrzeszania, tym bardziej że czasy są niepewne, a Heidegger to nie był wcale fajny facet i chciałabym mu zagrać na nosie, że wcale nie zum Tode, dylu, dylu marcheweczka.

