„Europa” to nie jest najmocniejszy spektakl Krzysztofa Warlikowskiego. „Przysięga Europy” to nie jest najlepszy tekst Wajdiego Mouawada, a mimo to twórcom udaje się dotknąć czegoś, co oddaje ducha współczesnej Europy. Może dzieje się to między słowami, może rozmawiają ze mną inne spektakle Warlikowskiego, ale twórczość, podobnie jak pamięć, zbudowana jest z nachodzących na siebie warstw. Każda z nich mówi osobno, ale ich głosy się łączą.
- Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Krzysztof Warlikowski oparł swój najnowszy spektakl na sztuce libańsko-francuskiego autora. „Przysięgę Europy” z Juliette Binoche Mouawad premierowo wystawił ostatniej jesieni w Atenach.
Jeden z dramatów Mouawada stał się przed laty kanwą „Pogorzeliska”, nominowanego do Oscara filmu w reżyserii Denisa Villeneuve’a. Dramatopisarz w swoich tekstach zaszyfrowuje mitologiczną matrycę.
Po śmierci matki rodzeństwo otwiera od niej list, w którym kobieta prosi, żeby odnaleźli swojego brata i ojca. Podróż na Bliski Wschód staje się podróżą do przeszłości matki. W młodości musiała porzucić syna urodzonego wbrew woli rodziny. Chłopczyk trafił do sierocińca, w którym dzieci szkolone były do zabijania. Kraj pogrąża się w wojnie domowej. Naval zostaje uwięziona. Jest torturowana i wielokrotnie gwałcona. W wyniku gwałtu rodzi bliźniaki. Po latach, podczas wakacji, rozpoznaje swojego dawnego prześladowcę. Mężczyzna ma na stopie tatuaż, który zrobiła synkowi. Naval uświadamia sobie, że dawny prześladowca jest jednocześnie jej synem i ojcem bliźniaków. Z tą prawdą konfrontują się jej dzieci. Kobieta wierzy, że miłość może przerwać krwawy łańcuch wydarzeń. Opowieść pulsuje nieodwracalnością, ale i emocjami głównych bohaterów. Tych emocji brak mi w „Przysiędze Europy”.
Jeśli główna bohaterka spektaklu jest starą kobietą o imieniu Europa, wiem, że będę miała do czynienia nie z ludźmi, ale z figurami. Wszystkie postaci noszą imiona z zaszyfrowanym przeznaczeniem. Do starej kobiety (w tej roli Andrzej Chyra) trafia Assia, poszukująca świadków masakry, która zdarzyła się w umownym kraju na pograniczu Europy i Azji. Zaczyna się gra o pamięć przeszłości. Assia, nowoczesna urzędniczka międzynarodowego trybunału sprawiedliwości, wykreowana przez Magdę Cielecką, nie zawaha się użyć swojej kobiecości, by wydobyć prawdę. W opiętej skórzanej spódnicy, obojętnym z pozoru głosem opisuje sceny makabry. Europa złoży zeznanie, ale stawia jeden warunek: Assia ma odnaleźć jej zaginione córki. Assia rusza na łowy. To jej żywioł. Trzy kobiety stawiają się na spotkanie z Europą.
Siłą spektaklu Warlikowskiego są aktorki i aktorzy, którzy w ramach koturnowego tekstu pompują krew do żył bohaterek i bohaterów. Każda córka zatrzaśnięta jest w swoim dramacie. Poruszająca jest Maja Ostaszewska w roli dziewczyny pogubionej w swoim życiu czy Magda Popławska, która traci dzieci. Kobiety dowiadują się, że Europa jest ich matką, że je porzuciła, że jedną z nich próbowała zabić. Zaczyna się emocjonalny taniec niechęci, ciekawości, miłości. Kilkuletnia Europa widziała, jak jej bliscy dokonują ludobójstwa, jak bestialsko gwałcą dziewczynki, rozpruwają brzuchy, zabijają kobiety na oczach mężczyzn. Sama wydała ukrywające się w szkole dzieci. Rozszarpały je psy oprawców. Córki w swoim życiu płacą za grzechy poprzednich pokoleń. Syn bohaterki kreowanej przez Małgorzatę Hajewską został skazany za morderstwo. Zabił ukochaną. Bartosz Gelner, w najlepszej swojej teatralnej roli, mierzy się z matką na uczucia. — Nie jestem twoim lustrem. Jestem twoim odbiciem — mówi matce, która próbuje wydobyć od niego, co zrobił z ciałem zabitej dziewczyny. Ten spektakl nie jest naszym lustrem, jest naszym odbiciem.
Zbiurokratyzowana, syta, zanurzona w swoich uniwersalnych mitach Europa, używając konwencji, oddziela się od naporu okrucieństw, traum, pamięci. Wszystko staje się przypowieścią, którą można zgodnie z antyczną tradycją skąpać we krwi, a potem liczyć na to, że deux ex machina pojawi się ktoś, kto nas uwolni od dramatu. „Europa” nie obudziła we mnie emocji takich, jak kiedyś „Dybuk” czy „Oczyszczeni”. Opisy mordów nie poruszały mnie tak mocno, jak obraz ciężarnej Apolonii Machczyńskiej z opowiadania Hanny Krall i spektaklu „(A)pollonia” Warlikowskiego, którą Niemcy prowadzili na śmierć za ukrywanie Żydów. Ale właśnie to otępienie, branie w nawias, zarówno przez twórców, jak i nas, widzów, dziejących się cały czas tragedii jest znakiem czasu. Warlikowski nie pozostawia złudzeń, że ktoś nas od dramatu uwolni. Te historie działy się i dzieją.




