Czasem się w życiu zdarzy na przykład tak jak mnie teraz, być matką dziecka i dzieckiem matki równocześnie. Jest to układ bardzo dobry, kojący w swojej symetrii. Ale jesteśmy tymi matkami i córkami w Polsce, która nas nie przytula tak bardzo, jak by mogła.
Pamiętam, że jak byłam mała, to druga połowa maja upływała mi na intensywnej twórczości plastycznej. Dzień Mamy wymagał laurek i prezentów, głównie w postaci portretów z profilu i en face, a także kolorowych ptasząt, serduszek i kwiatów. Byłam twórczynią otwartą na różne techniki, więc obsypywałam moją rodzicielkę zarówno obrazami akwarelowymi, jak i rysowanymi kredkami. Teraz mi się przypomniało, że do takiego zwykłego, codziennego rysowania wystarczały mi kredki Bambino, a na uroczyste okazje sięgałam po przysłane mi przez ciocię Basię z Ameryki kredki Crayola, których miałam ogromny zestaw i były tam nawet srebrna, złota i miedziana. O tym, że w PRL takie kredki to było coś, najdobitniej świadczy fakt, że ich ogryzki przechowuję z pietyzmem do dzisiaj, chociaż przyznam, że udało mi się po drodze nabyć kilka nowych zestawów.
Ale nie miało być o kredkach, tylko o tym wyjątkowym czasie między Dniem Matki a Dniem Dziecka, kiedy jakoś o sobie cieplej myślimy, chociaż definicje nas samych się zmieniają, bo czasem się w życiu zdarzy na przykład tak jak mnie teraz, być matką dziecka i dzieckiem matki równocześnie, i jest to układ bardzo dobry, kojący w swojej symetrii. Mama zawsze pozostaje mamą, nawet jak człowiek już siwieje i ma zmarszczki, a córka córką, jakkolwiek by była duża, dorosła i niezależna. Ewolucja dotyka pewnie w największym stopniu prezentów, bo człowiek ma coraz mniej czasu i weny, żeby tworzyć ładne laurki.
Nie zmieniło się również to, że jesteśmy tymi matkami i córkami w Polsce, która nas nie przytula tak bardzo, jak by mogła. W końcu jest dwudziestą gospodarką świata, można by było w niej na przykład rodzić nieco bardziej po ludzku, ale wciąż różnie bywa, różne mamy wykładnie konieczności. Można by było też na przykład dać nam, kobietom, równe prawa i pozwolić podejmować suwerenne decyzje dotyczące naszej dzietności. Legalna, bezpieczna, bezpłatna aborcja na życzenie to naprawdę jest prawo człowieka. Podejrzewam, że chętniej byśmy rodziły córki, gdybyśmy miały pewność, że będą mogły o sobie decydować. Bo z drugiej strony zmieniło się sporo, a nawet więcej — dzisiejsza Polska jest zupełnie innym miejscem, ma inne możliwości. Rzeczywiście należymy do europejskiej rodziny, postęp widać na każdym kroku. Tym bardziej razi przedpotopowa mentalność niektórych „moralistów”.
Do głębokiego namysłu nad byciem matką samodzielną popchnęło mnie ostatnio pytanie zadane podczas Festiwalu Sztuki Kobiet Persona im. Marii Janion. W dyskusji o filozoficznej myśli Jolanty Brach-Czainy jedna z osób słuchających zwróciła uwagę na to, że w jej opinii samodzielne matki są skazane na deficyt uważności wobec swoich dzieci (bo mają za dużo na głowie) i w związku z tym ich dzieci będą również na taki deficyt skazane. Krótko mówiąc, teza była taka, że jak matka pozwoli dziecku „korzystać z ekranów”, to latorośl w późniejszym życiu nie sięgnie po książkę.
Teza ta wzbudziła we mnie dość dużą niezgodę, bo oczywiście wzięłam ją do siebie (czy nie zdarza się Państwu podejrzewać, że wszyscy w gruncie rzeczy mówią właśnie o Was?), i zaczęłam nerwowo przeprowadzać rachunek sumienia, bo przecież jestem samodzielną matką i prawda jest taka, że to właśnie „Teletubisiom” zawdzięczam możliwość wykrojenia krótkich momentów, które mogłam poświęcić na troskę o higienę osobistą. Nie szafowałam specjalnie dostępem do ekranów, bo miałyśmy z córką lepsze rzeczy do roboty, ale też go nie limitowałam, zakładając, że właśnie zakazany owoc najbardziej kusi. W domu zawsze miałyśmy słój pełen cukierków, których zresztą żadna z nas nie jadła, oraz telewizor w salonie, na którym — przyznaję — oglądałyśmy animowane bajki. Moje decyzje wynikały nie z „klasowo” (tak to zostało nazwane) umotywowanego rozkojarzenia, ale właśnie z uwagi skupionej na dziecku i jego potrzebach. Dziś córka sięga po książki i w ogóle się przez te moje samodzielne wychowawcze strategie nie stoczyła (oczywiście odpukać).
Ale ja nie tyle chciałam o sobie opowiadać albo nawet się tłumaczyć, ile pomyślałam, pewnie znowu, o tym, jak my się uwielbiamy tarzać w kalkach, jak łatwo oceniamy i generalizujemy. Tak się czasem życie układa, że zostajesz mamą samodzielną, ale to cię ani nie deklasuje, ani na nic ciebie i twojego dziecka nie skazuje. Nigdy w życiu tego nie żałowałam, a budować więź można również, oglądając „Meridę Waleczną” czy wszystkie części „Toy Story”. Żeby potem rysować sobie nawzajem laurki i wspólnie świętować bycie matką i bycie dzieckiem.

