Najwspanialszy na tegorocznej Meta Gali był 10-milionowy patronat nad wydarzeniem objęty przez właściciela Amazona, Jeffa Bezosa. Komentatorzy „Guardiana” uznali decyzję za pakt faustowski, bo w zamian za ten datek, świat mody sprzedał duszę. Nie wszystko da się wyprać, chociaż, jak się okazuje, wiele można sobie kupić. Ale czy my rzeczywiście musimy to legitymizować?
Jednym z najciekawszych wydarzeń ostatniego tygodnia było złożenie jajka przez mewę. Wiem, takie rzeczy dzieją się codziennie, ale piszę o tym nie z powodu nagle obudzonej pasji ornitologicznej, ale dlatego, że to akurat jajko zostało złożone podczas Biennale Sztuki, naprzeciwko polskiego pawilonu w weneckich Giardini.
Wokół panował zgiełk niemal bitewny, płonęły race, oburzenie wrzało, tłumek strzelał sobie kolejne oburzone selfie oraz nagrywał rolki. Ta mewa musiała mieć zaiste żelazną psychikę, a może skądś w swojej ptasiej głowie wiedziała, że siedzi w miejscu może i głośnym, jednak bezpiecznym. A może po prostu miała parcie na szkło? Jej zdjęcia uplasowały się w rankingu fotografii z Biennale na zaszczytnym drugim miejscu, tuż po tych przedstawiających środkowy palec na tle wejścia do pawilonu Rosji.
W sumie dobrze sobie mewa wybrała ten polski pawilon, bo wypełnia go uniwersalna w przekazie, inkluzywna i piękna praca Bogny Burskiej i Daniela Kotowskiego „Języki z wody”, objęta kuratorską opieką przez Ewę Chomicką i Jolantę Woszczenko. Praca odnosi się do kwestii porozumienia poza posługującym się dźwiękiem językiem mówionym, zanurza widzów pod wodą, gdzie gest waży i znaczy więcej niż to, co wypowiedziane. Można to odczytać jako opowieść o włączającej komunikacji, o porozumieniu.
Niestety chyba ich właśnie zabrakło, kiedy okazało się, że na weneckie Biennale wraca pawilon Rosji i że pawilon izraelski także będzie wypełniony, jak gdyby nigdy nic. Kiedy zostało to ogłoszone, międzynarodowe jury w całości zrezygnowało. W ogóle nie będzie w tym roku konkursu, nie wybiorą najlepszego pawilonu. W świecie sztuki zawrzało, ale żaden kraj nie powiedział „to my nie jedziemy”. Otwarcia, mimo sąsiedztwa, odbyły się normalnie. Niektórzy mówili, że zajrzeli do rosyjskiego pawilonu. Pewnie wiedzieli, że przygotowały go Jekaterina Winokurowa, córka ministra spraw zagranicznych Federacji Rosyjskiej Siergieja Ławrowa, oraz Anastazja Karniejewa, której ojcem jest wysoki oficer FSB, wiceszef jednej z największych ruskich firm zbrojeniowych.
Niektórzy mówią, że pod tym pawilonem stały kolejki chętnych do zobaczenia, co tam mają do pokazania. Dostać się podobno nie było łatwo, bo ktoś ułożył przed wejściem zabawki zabitej w Ukrainie trzyletniej dziewczynki. Dzielne dziewczyny z Pussy Riot protestowały, płonęły różowe race. W tym samym czasie, ulicami Serenissimy, przechodziły kolejne propalestyńskie, antyizraelskie demonstracje. Coraz częściej padało słowo art-washing, czyli wybielanie zbrodniarzy i przestępców za pomocą uniwersalnego detergentu o nazwie „sztuka”.
Bo ta prawdziwa sztuka niestety w tym zginęła. Może dlatego, że jej mały, wrażliwy, rozedrgany światek objawił własną migotliwość brakiem jednoznacznej decyzji? Może gdyby zdecydowano się na bojkot i zorganizowanie alternatywnej imprezy, udałoby się jakoś wyjść poza moralną marność tego wszystkiego? Może trzeba było ograniczyć pragnienie oglądania i bycia oglądanymi? Może nie trzeba było robić tych wszystkich oburzonych min do zdjęć i po prostu otoczyć całe Giardini, wraz prezydentem Biennale, Pietrangelem Buttafuoco, który powiedział, że właśnie ta przestrzeń ma stać się miejscem porozumienia i wychodzenia z izolacji, jakimś kordonem, choćby kordonkiem, pasem ziemi niczyjej?
10-milionowy patronat Bezosa
Chwilę przed otwarciem najważniejszego europejskiego biennale, w nowojorskim Metropolitan Museum of Art, po słynnych schodach wdrapywali się najbogatsi, najpiękniejsi, najsławniejsi ludzie na świecie. Byli przebrani za sztukę, bo tematem tegorocznej Met Gali była Costume Art, znajdująca swoje rozwinięcie w tezie, że moda jest sztuką. Wśród strojów można było dostrzec najprawdziwsze arcydzieła wysokiego krawiectwa, wszyscy byli wspaniali, a najwspanialszy był 10-milionowy patronat nad wydarzeniem objęty przez właściciela Amazona, Jeffa Bezosa. Komentatorzy „Guardiana” uznali decyzję za pakt faustowski, bo w zamian za ten datek, świat mody sprzedał duszę i — wierzcie mi lub nie — jakoś mocno się to dawało nawet w relacjach wyczuć. A gdyby ktoś miał problem z empatią, to tuż obok wielkiego i majestatycznego gmachu Met odbywała się alternatywna impreza, gala pracowniczek i pracowników Amazona. Na fasadzie budynku nieopodal wyświetlany był film, w którym zatrudniona tam osoba pytała Bezosa, jak się czuje na salonach, wiedząc, że pracownicy jego korporacji klepią biedę.

