Mój dziadek chronił Biłgoraj od złych pokus, czemu sprzyjała duża odległość od kolei — zanotował Isaac Bashevis Singer, noblista, wnuk prowincjonalnego rabina. Sam kilka lat mieszkał w Biłgoraju, a dziadka i miasteczko rozsławił na cały świat w swoich książkach.

Jankiel Mordechaj Zylberman nie urodził się w Biłgoraju. Najpewniej jego rodzina pochodziła z Wołynia albo Międzyrzeca Podlaskiego. Nie wiadomo też, gdzie zdobył uprawnienia rabinackie. Pewne jest za to, że 12 stycznia 1884 r. został rabinem w miasteczku leżącym w linii prostej mniej więcej w połowie drogi między Lublinem i Rzeszowem.

Zylberman był bardzo konserwatywny, niektórzy uważali go nawet za religijnego fanatyka. Andrzej Krawczyk, historyk i dyplomata, autor znakomitej książki „Jeszcze słychać tę muzykę. Biłgoraj — sztetl utracony”, opisuje, jak rabin spoliczkował kogoś w synagodze za rozmowę w trakcie modlitwy. Odmówił też wygłoszenia mowy pogrzebowej nad grobem Dawida Lublinera, przewodniczącego biłgorajskiego kahału (gminy żydowskiej). Lubliner, choć religijny, był zdaniem rabina „zbyt mało bogobojny”. A gdy do miasta zjechała trupa teatralna, wdarł się do stodoły, w której miał się odbyć spektakl, by wyrzucić aktorów i widownię. Powód prosty: bez względu na temat przedstawienia teatr to „działalność amoralna”.

Sztetl — pisze Krawczyk — czyli osada w Europie Wschodniej z dużym udziałem żydowskich mieszkańców, to jedno z kluczowych pojęć w historii Żydów, a więc także w historii Polski. Uznaje się, że od 50 do 70 proc. wszystkich Żydów na świecie ma przodków w trzecim, czwartym lub piątym pokoleniu ze wschodnioeuropejskich sztetli.

W większości powstawały na ziemiach Rzeczypospolitej. Żydzi w Polsce są od XIII w. Zapraszali ich do siebie dzielnicowi władcy. „Przywożący z sobą kapitał w kraju, w którym ciągle brakowało gotówki, byli atrakcyjni dla władców i szlachty, stale potrzebujących pożyczek” — pisze Krawczyk. Polska w większości katolicka gardziła pożyczaniem pieniędzy na procent, Kościół tego zabraniał i to potępiał.

Za zabicie Żyda groziła konfiskata majątku, ale nie na rzecz zabitego, ale króla, bo byli praktycznie jego własnością. To, że Żydom przyznano autonomię i pewne prawa, nie wynikało z dobroci władcy, ale z jego wygody. Łatwiej było bowiem pobierać podatki od zorganizowanej grupy Żydów niż od każdego z osobna.

Sztetle powstawały w tzw. miastach prywatnych, które magnateria lub bogata szlachta od XIV i XV w. zakładała, by powiększać swoje majątki także poza rolnictwem i pańszczyzną. Żeby to osiągnąć — mówiąc w skrócie — ściągali do swoich majątków żydowskich handlarzy i rzemieślników — z Czech, Niemiec, Holandii czy Hiszpanii — bo ich obecność dawała szanse na ożywienie gospodarcze i wyższe dochody.

Słowo „sztetl” jest zdrobnieniem w jidysz od wyrazu „sztot” i można je tłumaczyć jako sztetl, czyli miasteczko. W Europie Środkowo-Wschodniej było ich około 1,5 tys.

Nie mogły istnieć same z siebie. Odgrywały służebną rolę wobec chrześcijańskich właścicieli ziemskich. To bogata szlachta decydowała, że na ich ziemiach powstaną żydowskie osiedla. Żydzi nie mogli być rolnikami, ale pośredniczyli w handlu produktami rolnymi. Byli też rzemieślnikami obsługującymi okolicznych chłopów. Za opłatą dla szlachty mogli też prowadzić karczmy z prawem do sprzedaży alkoholu. „Właściciele majątków robili wszystko, by zapewnić sobie monopol na sprzedaż wódki w swoich majątkach i zakazać tego innym producentom oraz pośrednikom pracującym dla innych szlachciców. Jednocześnie starano się namawiać chłopów do jak największego spożycia alkoholu” — zauważa Krawczyk. Na tym tle wybuchały konflikty: że oto Żydzi rozpijają i zadłużają polskich chłopów.

Charakterystyczne dla sztetli jest to, że powstawały w odległości jednego dnia drogi od siebie — 20-30 km. Chodziło o to, by okoliczni chłopi mogli dotrzeć na targ i wrócić do domu w ciągu 24 godzin. A Żydzi ze sztetli wiedzieli, że mogą przemieszczać się spokojnie, bo na koniec dnia znajdą w innym sztetlu bezpieczny nocleg i koszerne jedzenie.

Na Lubelszczyźnie, czyli tam gdzie leży Biłgoraj, Żydzi mieszkali od XIV w. Do nieodległego Zamościa przyjechali już osiem lat od powstania miasta w 1588 r. Potężny magnat Jan Zamoyski chciał czerpać zyski z handlu i sprowadził do siebie Żydów sefardyjskich, czyli wywodzących się z Hiszpanii, a od XVI w. też z Włoch czy Holandii. Sefardyjska gmina wyznaniowa była jedyną taką w całej Rzeczypospolitej. Standardem wtedy byli Żydzi aszkenazyjscy, pochodzący z Czech i Niemiec.

Biłgoraj, jako miasto prywatne, założył bogaty szlachcic Adam Gorajski w 1578 r. Co ciekawe, nie był katolikiem, tylko jednym z przywódców kalwinów lubelskich. Od razu ufundował w swoim mieście szkołę i zbór kalwiński.

Pierwsza wzmianka o Żydzie z Biłgoraja pochodzi z XVI w. To wpis w księdze sądu grodzkiego w Lublinie; chodzi o skargę Abrahama Kormana z Biłgoraja na Stanisława Jodłowskiego za napaść i kradzież pieniędzy.

Gorajski podzielił miasto na 300 parceli. Niewiele wiadomo, ilu wtedy mieszkało Żydów, ale musieli stanowić znaczną liczbę kupców, bo już w 1611 r. Gorajski przeniósł dzień targowy z soboty na czwartek, uwzględniając szabas. Za to wiadomo, że w 1778 r. spośród 68 domów przy rynku 56 należało do Żydów.

W 1899 r. liczba mieszkańców Biłgoraja wynosiła 8953 osoby, w tym 3810 Żydów. Wyspecjalizowali się w produkcji trwałych i precyzyjnie wykonanych sit z włosia końskiego. W 1901 r. na 376 warsztatów sitarskich tylko jeden był własnością chrześcijanina.

Przed wybuchem I wojny światowej Biłgoraj liczył 11 173 mieszkańców, w tym 5595 Żydów. „Sztetl tym różnił się od miasta gubernialnego, że żyło się tam »twarzą w twarz«. Był na tyle mały, że każdy znał wszystkich osobiście i był znany z imienia i przezwiska” — pisze historyk Samuel Kassow.

Andrzej Krawczyk tłumaczy, że społeczność sztetlu musiała być na tyle duża, by codziennie żyć i zaspakajać swoje potrzeby bez kontaktu z „goim” — nie-Żydami. Ale w praktyce wystarczyło kilkadziesiąt rodzin. Mieszkańcy sztetlu mieli przynajmniej jedną synagogę, mykwę (rytualną łaźnię), szkołę i cmentarz.

Fenomen sztetlu polegał też na tym, że mimo zmieniającego się świata — politycznego, społecznego, technologicznego i gospodarczego — on się nie zmieniał.

W sztetlu trzeba było być bogobojnym i wiernym tradycji nawet w najdrobniejszych szczegółach. Ale rabin Zylberman miał też fantazję i umiał iść pod prąd większości. Pewien miejscowy chasyd chodził w tałesie (modlitewny szal) z błękitnymi frędzlami, a nie — jak wszyscy i czego wymagała tradycja — z białymi. Tak też zapragnął być pochowany. Chewra Kadisza — grupa zajmująca się pogrzebami — postanowiła, że w takim razie pogrzebu nie będzie. Zylberman postawił się większości i zdecydował, że chasyda trzeba pochować w takich frędzlach, w jakich chodził za życia. Koniec kropka.

Zylberman w Biłgoraju był powszechnie szanowany. Gdy w 1906 r. przeszedł zawał serca, gmina przyznała mu na leczenie 100 rubli, czyli równowartość jego półrocznej pensji. Ustąpił dopiero w 1913 r. Zastąpił go jego syn Icek, czyli stryj noblisty Bashevisa Singera. Był mniej zasadniczy od ojca, bo do Biłgoraja mogły już przyjeżdżać teatry. Zaczęły się też ukazywać pierwsze miejscowe gazety.

Tuż przed wybuchem I wojny światowej grupa wpływowych Żydów poskarżyła się władzom rosyjskim, że rabin Icek nie wpisuje do ksiąg wszystkich pobieranych opłat za wpisy metrykalne (Krawczyk na podstawie źródeł podejrzewa, że mogła to być prawda). Gdyby nie wybuch wojny, Zylberman zostałby zawieszony w pełnieniu funkcji.

Noblista Singer mieszkał w Biłgoraju w latach 1917-1923, czyli od 15. do 21. roku życia, z roczną przerwą na naukę w warszawskim postępowo-ortodoksyjnym seminarium rabinicznym Tachkemoni. Miasteczko i dziadka rabina rozsławił w książkach — „Szatan w Goraju”, „Dwór”, „Spuścizna”, „Rodzina Muszkatów” czy „Sztukmistrz z Lublina”.

Biłgoraj był dla niego synonimem dobrego dzieciństwa. W zbiorze opowiadań „Urząd mojego ojca” opisywał: „Chociaż matka zawsze wychwalała Biłgoraj, okazał się jeszcze piękniejszy, niż nam opisała. Otaczały je gęste sosnowe lasy. Wszędzie wokół domów były ogródki i sady, a od ulicy rosły potężne drzewa kasztanowe, jakich nie widziałem nawet w Ogrodzie Saskim w Warszawie. W miasteczku panował nieznany mi dotąd pogodny nastrój, unosił zapach świeżego mleka i jeszcze ciepłego pieczywa. Wojny i epidemie wydawały się odległe”.

Pisarza ewidentnie fascynowała anachroniczność miasteczka: „Kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Biłgoraja, prawie każdy Żyd modlił się trzy razy dziennie i rzadko można było spotkać kobietę z krótkimi włosami. (…) Niektórzy pościli w poniedziałki i czwartki, wstawali wczesnym rankiem i lamentowali w pokutnych modlitwach, już zapomnianych przez inne społeczności. W Tomaszowie i w Szczebrzeszynie można było znaleźć jednostki oświecone, ale w Biłgoraju tych kilku »oświeconych« nadal chodziło w długich chałatach i nigdy nie opuszczali modlitwy. (…) Mój dziadek chronił Biłgoraj od złych pokus, czemu sprzyjała duża odległość od kolei”.

Jednocześnie w tym zagubionym w lasach miasteczku Singer mógł w gabinecie dziadka przeczytać „postępowe” książki: „Biblioteka dziadka była niewielka, lecz zacząłem już wówczas czytać po polsku i miałem możliwość przeczytać po niemiecku historię filozofii oraz »Etykę« Spinozy. Czytałem nawet »Kapitał« Karola Marksa w jidysz”.

Noblistę (z 1978 r.) zafascynował też Todros, miejscowy zegarmistrz-filozof. „Choć ubrany jak tradycyjny chasyd, był w mieście filarem oświecenia. Słyszałem o nim jeszcze w Warszawie, jako o niezwykle utalentowanym uczniu mego dziadka, który nagle przerwał naukę, wyuczył się zawodu zegarmistrza, rozwiódł się ze swoją nabożną żoną i ożenił z nowoczesną panną, nienoszącą peruki. W szabas zamiast modlić się w synagodze, przyłączył się do robotników w domu modlitwy krawców i tam czytał Torę, z gramatyczną dokładnością, jako oficjalny lektor. Zegarmistrz grał również na skrzypcach. Z Todrosem rozprawiałem o Bogu, Naturze, Pierwszej Przyczynie i na inne tematy” — pisał Singer w opowiadaniu „Nowi przyjaciele”.

Gdy rabin Icek Zylberman zmarł w lutym 1926 r., starosta biłgorajski ogłosił wybory w gminie żydowskiej. Wygrał je — jak oficjalnie ogłoszono w urzędowych dokumentach — Markus Piecznik vel Rokach, dotychczasowy podrabin w pobliskim Bełzie. Dziś — objaśnia Krawczyk — używa się formy nazwiska Rokeach i imienia Mordechaj; wtedy w polskich papierach był zapisany jako Markus Piecznik i na takie dane miał wystawiony paszport.

Nowego rabina już od granic miasta witał szpaler odświętnie ubranych Żydów. „Zgodnie ze zwyczajem chasydów bełskich kobiety udały się powitać rebecyn (żonę rabina) i na znak szacunku całowały ją w rękę” — opisuje Krawczyk.

Rokeach był ostatnim rabinem Biłgoraja. We wrześniu 1939 r. jeszcze przed wkroczeniem Niemców pojechał do rodzinnego Bełza, gdzie rabinem był jego brat. Na jakiś czas schronili się w Bochni, a potem przenieśli się do getta w Krakowie. Dalej ich historia przypomina film z nieprawdopodobnie dramatycznymi zwrotami akcji. W skrócie: najpierw udało im się zbiec do ZSRR, a po najeździe Niemców na Związek Radziecki — przy pomocy przekupionych żołnierzy węgierskich służących w armii Hitlera — udało się braciom dojechać do Budapesztu. Najpierw musieli się przebrać w węgierskie mundury, nie odzywać się i udawać załamanie psychiczne. No i zgolić brody i pejsy. Dla ortodoksyjnych Żydów było to wielkie poświęcenie.

W Budapeszcie ukrywali się rok. Potem z przygodami wylądowali w Rumunii, a stamtąd Orient Expressem w wagonie sypialnym wyjechali do Konstantynopola. Całą podróż opłacali wielkimi łapówkami. Gdy dotarli do Syrii, stacjonujący tam Brytyjczycy nie byli w stanie uwierzyć, że mają do czynienia z uciekinierami z Polski. Dopiero w lutym 1944 r. Rokeachowie dotarli do Palestyny, gdzie stali się sensacją.

Specjalne zgromadzenie rabinów w Jerozolimie rozpatrywało pod kątem teologicznym sprawę zgolenia bród i pejsów przez rabinów z Polski. Na szczęście dla braci uznano, że cała ich historia była ekstremalna i w takich warunkach pobożny Żyd może postąpić tak jak Rokeachowie. Mordechaj Rokeach zmarł w 1949 r. A dzień wjazdu braci do Palestyny — 3 lutego — jest dla chasydów bełskich świętem upamiętniającym cud — „szczególną Łaskę Pana”.

W Biłgoraju nie było już wtedy śladu po mieszkańcach sztetlu z niemal pięćsetletnią historią. W sierpniu 1939 r. miasto liczyło 8270 osób, w tym 5010 Żydów. Rynek, ulice Lubelska czy Frampolska były zamieszkane przez nich w 90 proc.

Niedługo później Biłgoraj liczył 4547 mieszkańców, w tym 4258 Polaków, 212 Ukraińców, 66 Niemców i 11 innych. Hitlerowskie dokumenty nie wspomniały o ani jednym Żydzie.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version