Władysław Kosiniak-Kamysz znalazł sposób na to, jak — będąc ministrem obrony — trzymać łapę na sprawach światopoglądowych. Nie jest tajemnicą, że to ludowcy zablokowali wprowadzenie związków partnerskich przez koalicję 15 października. Sprawa ma wrócić już za kilka tygodni na obrady Sejmu pod postacią ustawy o statusie osoby najbliższej, która jest de facto ogryzkiem prawa o związkach partnerskich.

PSL zrobiło wszystko, by rzecz jak najbardziej rozwodnić, a konkretnie zrobił wszystko lider ludowców. Kosiniak-Kamysz wymyślił sposób na to, by mieć całkowitą kontrolę nad sprawami światopoglądowymi. Otóż główne zapisy ustaw dotyczących tych kwestii muszą być konsultowane z biurem prawnym Ministerstwa Obrony Narodowej. Wszystko muszą klepnąć prawnicy resortu obrony, a później Kosiniak-Kamysz. To z resortu obrony (sic!) wyszedł pomysł, aby status osoby najbliższej był wprowadzany najpierw na próbę. To by oznaczało, że przez 12 miesięcy para nie ma żadnych praw, a jeśli związek przetrwa rok, dopiero wtedy nabywa określonych uprawnień.

Gdy propozycję poprawki nadesłanej z resortu obrony zobaczyła sekretarz stanu ds. równego traktowania Katarzyna Kotula z Lewicy, która przygotowała ustawę, złapała się za głowę. Natychmiast wysłała do MON pismo, że na żadne testowanie związku się nie zgodzi. Sprawa odbiła się głośnym echem w rządzie. Ministrowie śmiali się, że resort obrony powinien zmienić nazwę na Ministerstwo Obrony Moralności albo Obyczajowej Czystości. Kosiniak-Kamysz pod presją się wycofał. Kiedy sprawa stawała na komitecie stałym Rady Ministrów, przez który przechodzą wszystkie rządowe ustawy, nie wysłał nawet nikogo z PSL tylko… wiceministra Cezarego Tomczyka z KO. Gdy szef komitetu Maciej Berek zapytał, czy Tomczyk podtrzymuje poprawkę MON, polityk KO z ironicznym uśmiechem odparł, że to już nieaktualne.

W ten sposób zakończył żywot pomysł Kosiniaka, by jeszcze bardziej rozmiękczyć projekt ustawy o statusie osoby najbliższej. PSL robi wszystko, by ów związek jak najmniej przypominał małżeństwo. Jeden z najbardziej kuriozalnych argumentów, który przedstawiali ludowcy, to taki, że ów związek będą mogły zawrzeć nie tylko pary, ale także dwie staruszki chcące się nawzajem wspierać. Tak, tak, Karol Nawrocki też mówił w kampanii, że gdyby status osoby najbliższej obowiązywał wcześniej, mógłby podpisać umowę z panem Jerzym i nie byłoby awantury o przejęcie kawalerki starszego człowieka (a co z bigamią i prezydencką małżonką?!). Argument dotyczący staruszków jest bardzo poręczny dla hipokrytów, którzy wolą udawać, że tu nie chodzi o związki osób jednopłciowych. Przecież polscy „konserwatyści” gejów i lesbijek widzieć nie chcą, a już na pewno nie chcą, by państwo ich widziało, mimo że tak samo jak heterycy płacą podatki.

Jednak na tym nie koniec krucjaty obyczajowej ministra obrony. Otóż Kosiniak-Kamysz próbował także zablokować ułatwienie rozwodów. Gdy minister sprawiedliwości wyszedł z pomysłem, by bezdzietne małżeństwa mogły się rozwodzić nie w sądzie, tylko w urzędzie stanu cywilnego, żeby przyspieszyć procedurę, Kosiniak próbował projekt zablokować na poziomie komitetu stałego. Gdy się nie udało, przeforsował zapis, że kobieta musi zadeklarować przed urzędnikiem, iż nie jest w ciąży. I tak się dziwię, że obyczajowi inkwizytorzy z PSL nie wpadli na pomysł, by kobiety, chcąc się rozwieść, musiały okazać badanie USG. Może badałby sam Kosiniak-Kamysz, w końcu lekarz, skoro ma tyle czasu na wymyślanie rozwiązania rodem z „Opowieści podręcznej”. Mówiąc serio, dość to upokarzające dla kobiet, biorąc pod uwagę, że żyjemy w XXI w., a co trzecie małżeństwo w Polsce się rozpada. Ale łatwiejsze rozwody nie weszły w życie, bo zawetował je prezydent.

W rządzie krucjaty obyczajowe Kosiniaka wywołują uśmiech zażenowania. W kuluarowych rozmowach lider PSL tłumaczy, że wyborcy ludowców na wsi nie zaakceptują „postępowych” rozwiązań. Ciekawe dlaczego, skoro ich sejmowi przedstawiciele już dawno żyją „postępowo”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version