W sprawie Zbigniewa Ziobry najbardziej żenująca jest ta cicha logistyka czapkowania w obcych ambasadach: panie konsulu, żona w tej sprawie dzwoniła, nie dałoby się? Wyobraźmy sobie tę codzienność.
Wielka literatura stworzona jest dla wielkich ludzi. Juliusz Cezar zaczytywał się w Ksenofoncie i Cyceronie. Napoleon w Wolterze i Corneille’u, nazywany był nawet „największym bibliomanem wśród dyktatorów”. Nasz Piłsudski wolał Słowackiego od Mickiewicza, ale nie gardził i Sienkiewiczem, co starych pepeesiaków musiało martwić niemniej niż rządy sanacji. Co czyta Zbigniew Ziobro, nie wiadomo, ale na pewno odnalazłby się w Witkacym. Proszę tylko sobie wyobrazić to żyćko.
Żyćko małe, podręczne, składane do walizki kabinowej, z etykietą „azyl”, „wiza”, „tranzyt”. Żyćko byłego szeryfa, który kiedyś nosił kodeks jak Colta przy biodrze, a dziś siedzi gdzieś za oceanem i cieszy się, że udało się zwiać.
Prokurator Scurvy, ten od wielkich słów, perwersji władzy i metafizyki państwowej, po przewrocie zostaje sprowadzony do roli psa łańcuchowego. Zbyszkowy łańcuch jest nowocześniejszy: ma roaming, powiadomienia push i zależność od cudzych kalendarzy wyborczych. Musi teraz prosić obcych Puczymordów o względy.
Były następca Kaczyńskiego ucieka dziś z jednego układu politycznej gościnności do drugiego. Najpierw Węgry, gdzie miała się odbyć heroiczna batalia sądowa, ale się nie odbyła. Teraz trochę lepiej, Stany. Z dnia na dzień sądy węgierskie przestały być sprawiedliwe, jak te polskie, które przez dziesięć lat budował. Ale i w Stanach władza może się zmienić, wtedy może gdzieś dalej, gdzie w ambasadzie jeszcze odbiorą telefon.
Nie chodzi o zwykłe pisowskie przekręty
W tym miejscu groteska przestaje być śmieszna, bo spod spoconych trykotów Dziarskich Chłopców z PiS czy Konfederacji wystaje twarz realnej ofiary. Takiej, której nie zaprosi TV Republika, żeby opowiedziała o swoim subiektywnym punkcie widzenia z Miami. Prokuratura zarzuca mu 26 czynów, w tym założenie zorganizowanej grupy przestępczej i kierowanie nią, ręczne sterowanie konkursami, dopuszczanie dotacji dla podmiotów bez uprawnień, ukrywanie dokumentów oraz wątek 25 mln zł z Funduszu Sprawiedliwości na techniki operacyjne CBA. Formalnie to zarzuty, nie wyrok. Ale właśnie dlatego normalny człowiek, a już szczególnie dawny minister sprawiedliwości, powinien chcieć uniewinnienia jak powietrza. Jeśli zarzuty są „w miazgę”, to proszę bardzo: sala rozpraw, dowody, świadkowie, kontrargumenty.
Nie chodzi o zwykłe pisowskie przekręty. Ziobro przewalał pieniądze, które miały iść do ludzi pobitych, zgwałconych, oszukanych, potrąconych, pozbawionych alimentów, skrzywdzonych przez przestępców. Do tych, którzy w państwie szukają nie kamer, tylko psychologa, prawnika, schronienia, leków, czynszu i paru miesięcy oddechu.
Przez lata słyszeliśmy, że prawicowe media to najprawdziwsze media, ostatnie reduty dziennikarstwa, nie żadne partyjne przebieralnie. Ale jeśli w pisowskiej grotesce z posła można zrobić sędziego Trybunału Konstytucyjnego, to i z polityka dziennikarza. Najbardziej żenująca jest ta cicha logistyka czapkowania w obcych ambasadach: panie konsulu, żona w tej sprawie dzwoniła, nie dałoby się?
Od ministra sprawiedliwości do petenta cudzej cierpliwości
Wyobraźmy sobie tę codzienność. Poranek: kawa, telefon, nerwowe scrollowanie. Czy Amerykanie coś powiedzieli? Czy Węgrzy już zauważyli? Nie kręci się ktoś pod oknem? Gdzie, do diabła, jest Romanowski? Nie będzie sypał, jak złapią? Czy już pytają, kto pomógł? A może odwojują to, co ugrałem u ambasadora? Trump przecież ciągle zmienia zdanie… To jest żyćko w stanie permanentnego „zaraz zobaczymy”, „może się zgodzą”, „Patrycja zadzwoni, zamruczy do telefonu i przekona”.
Witkacy lubił zdrabniać rzeczy, których zdrabniać się nie powinno: więzieńko, żyćko, idejki. Ziobro chciał wielkiej roli, wielkiego państwa, wielkiego porządku, wielkich słów o końcu bezkarności. Skończyło się na żyćku świeżo przekwalifikowanego z szeryfa na redaktora: trochę Scurvy, trochę Puczymorda, trochę Scurviątko. Ani emigracja, ani męczeństwo, ani nawet polityka. Bryknąć z Polski do Węgier, bryknąć dalej, bryknąć lepiej, bryknąć gdziekolwiek, byle wpuścili. Cała Polska się śmieje… po cholerę wyskakiwałem z tymi fujarami, miękiszonami… na nagrobku mi to wygrawerują. Zagwazdrany burdygiel ambicji. I jeszcze musi dziękować, że mu pozwolono mówić do kamery. Kiedyś TV Republika klamkowała u niego, teraz to on klamkuje u nich. Od ministra sprawiedliwości do petenta cudzej cierpliwości.

