Leciałem do niego 36 godzin czterema różnymi samolotami i przez kilka dni byłem przekonany, że w końcu trafiłem na prawdziwego Nakamoto. Już widziałem się w roli zwycięzcy — mówi Ben Wallace, amerykański dziennikarz i autor książki „Tajemniczy pan Nakamoto”.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Ben Wallace: Miałem oczywiście nadzieję, że tak się stanie, być może naiwną. W końcu podobną porażkę przede mną poniosło wiele innych osób. Pod koniec poszukiwań czułem, że skoro nie byłem w stanie rozwiązać tej zagadki za pomocą metod, jakich użyłem, to może po prostu jest ona nie do rozwiązania? Co nie znaczy, że nigdy nie poznamy tożsamości Satoshiego, ale niekoniecznie za sprawą dziennikarza, detektywa czy badacza hobbysty.

— Nawet przy największych zagadkach zawsze ktoś taki się znajdzie. Weźmy „Unabombera”. Przykład może nie najszczęśliwszy, bo przecież Satoshi Nakamoto nie był terrorystą ani mordercą, ale nawet w tym przypadku znalazł się ktoś, kto znał sekret poza samym Tedem Kaczynskim. „Unabomber” nie zwierzał się psychoterapeucie, nie miał przyjaciół, mieszkał w chacie w Montanie i właściwie z nikim nie rozmawiał. Ale miał brata, a jego żona w opublikowanym manifeście „Unabombera” rozpoznała dziwne pomysły i język swojego pokręconego szwagra. Więc choć nikt poza Satoshim nie wie, kim jest Satoshi Nakamoto, to gdzieś w jego kręgu jest być może przyjaciel, brat, siostra, dziecko czy rodzic, ktoś, kto w kluczowych latach między 2008 a 2011 r. nie mógł się do niego dodzwonić albo zauważył, że facet wciąż opowiadał o pomyśle alternatywnego pieniądza.

— Owszem, nie ja jeden zajmowałem się tymi poszukiwaniami.

— Znaczna część książki to analiza poprzednich prób zdemaskowania Satoshiego. Poszukiwacze muszą się liczyć z ryzykiem zawodowym: niektórzy łączą kropki, których nie ma, i za bardzo wierzą we własne teorie. Przytaczam wiele takich przykładów, np. Sahila Gupty, byłego pracownika SpaceX, który obsesyjnie wierzy, że Satoshi to Elon Musk, choć moim zdaniem nie ma to sensu. Przez cały czas pilnowałem się, by nie wpaść w pułapkę, że muszę wskazać Satoshiego, nawet nie mając wystarczających dowodów. To dopiero byłaby teoria spiskowa! Właściwie to jeden z ważniejszych wątków książki: opowieść o ludzkiej skłonności do wiary w teorie spiskowe, do zbyt łatwego rozpoznawania wzorców i łączenia kropek.

— Z połączenia libertarian i specjalistów od komputerów, bo tacy ludzie tworzyli środowisko, w którym narodził się bitcoin, raczej rzadko powstają ciepłe i milusie postaci. Kiedy więc trafia się na wyjątek od tej reguły, łatwo kogoś polubić. W całej tej historii na najbardziej sympatycznego wyrósł Hal Finney, który przez pewien czas był jednym z czołowych kandydatów na Satoshiego Nakamoto: libertarianin, choć nie skrajny, komputerowiec, bardzo utalentowany programista. Niestety, w 2014 r., pięć lat po uruchomieniu bitcoina, zmarł na stwardnienie zanikowe boczne.

Wielu z tych ludzi znało się jedynie z grupy dyskusyjnej o kryptowalutach. Wypowiedzi Finneya na tym forum dowodzą, że był miłym, rozważnym człowiekiem. W 2011 r. udało mi się nawet z nim porozmawiać. Już był chory, aby odpowiedzieć na moje pytania, musiał posługiwać się programem do śledzenia ruchu gałek ocznych. Nie musiał tego robić, ale podjął dla mnie ten wysiłek. Taki po prostu był.

— James Donald, całkowicie aspołeczny typ. Przekonywał na przykład, że za pomocą wyższej matematyki da się zniszczyć państwo. Co więcej, w trakcie swoich poszukiwań odkryłem, że pod pseudonimem Jim prowadził bloga, na którym obrzucał hejtem praktycznie każdą grupę pod słońcem. Zupełne przeciwieństwo Finneya.

— Leciałem tam czterema różnymi samolotami, a na koniec jechałem godzinę samochodem. James Donald był ciekawym przypadkiem, bo nigdy wcześniej nie widziano w nim kandydata na Satoshiego. Ale to właśnie on jako jedyny sprawił, że przez kilka dni byłem przekonany, że w końcu trafiłem na prawdziwego Satoshiego Nakamoto. I to było naprawdę dojmujące uczucie. Już widziałem się w roli zwycięzcy. Potem z pewnych powodów uznałem, że to jednak nie on, ale pamiętałem też, że w czasie narodzin bitcoina jako jedyny z bliskiego kręgu twórcy tej waluty otwarcie mówił, że wie, kim jest Satoshi. Uznałem, że muszę mu zadać to pytanie, patrząc mu w twarz. Po krótkiej wymianie maili przestał się odzywać. Wynająłem więc prywatnych detektywów, żeby wytropić go w Australii i upewnić się, że tam jest. Leciałem ponad 36 godzin, a potem dotelepałem się do małej mieściny nad brzegiem morza tylko po to, żeby w drzwiach wejściowych zamienić z nim kilka zdań.

Nie liczyłem, że dzięki tej rozmowie rozwiążę zagadkę, ale byłem to winien moim czytelnikom, żeby nie wkurzali się, że nie chciało mi się wysilić, żeby domknąć ten wątek.

— Satoshi Nakamoto pod koniec 2008 r. opublikował w sieci projekt bitcoina, a w styczniu 2009 r. ruszył cały system. Opisałem to w 2011 r. w „Wired” i potem miałem oko na tę historię, ale pracę nad książką zacząłem na dobre dopiero w 2022 r. W międzyczasie wiele osób próbowało rozgryźć tajemnicę Satoshiego, ale mocno błądziło: Leah Goodman z „Newsweeka” wynalazła absurdalnego kandydata, niejakiego Doriana Nakamoto z Los Angeles, pojawił się też australijski oszust podający się za Satoshiego itd.

Wiedziałem, że jeśli mam coś osiągnąć, muszę spróbować nowych metod i wziąć pod uwagę większą grupę kandydatów, a nie tych samych pięciu czy dziesięciu, których mielono do tej pory. Aby tego dokonać, potrzeba było umiejętności programowania. Wynajęcie specjalisty kosztowałoby mnie zbyt dużo, więc sam zabrałem się do nauki Pythona i C++. W końcu udało mi się sklecić narzędzia do ściągnięcia tych potężnych archiwów i przeszukiwania ich pod kątem pewnych wzorców.

— …anglistą, więc nauka była żmudna. Moje kodowanie to był wstęp, potrzebowałem jeszcze specjalistów od stylometrii, czyli statystycznej analizy wzorców językowych, a potem jeszcze specjalistów od stylometrii kodu komputerowego. Ci pierwsi analizowali dla mnie przykłady wpisów na grupie dyskusyjnej, ci drudzy — pewne próbki kodu, pisane przez różnych kandydatów na Satoshiego. Dziś dzięki sztucznej inteligencji zaoszczędziłbym mnóstwo czasu, ale wtedy nie było ChatGPT.

— Tak, w Londynie odbyło się nawet specjalne spotkanie, podczas którego Wright miał udowodnić Andresenowi, że to on jest twórcą bitcoina.

— Jeszcze przed spotkaniem w Londynie Andresen prosił o jakieś materiały, których Wright nie dostarczył. W takich historiach nawet tak doświadczeni ludzie jak Andresen kupują czasami absurdalne wytłumaczenia, w rodzaju „ktoś mi zhakował tamto konto, nie mam do niego dostępu”.

— Nie wiem, czy Calvin Ayre — bo tak się nazywał ów miliarder — uwierzył, że Wright to Nakamoto. Nie znał się przesadnie na technologii i być może uwiodło go paplanie Wrighta o bitcoinie. Za to był sprytnym biznesmenem i wyczuł, że patenty związane z bitcoinem mogą być warte fortunę. Opisywałem w swojej karierze wielu oszustów i wiem, że dobry oszust potrafi omotać nawet bardzo sprytnych ludzi. Wright zdołał przekonać wielu ludzi, ale wyroki co najmniej kilku sądów potwierdzają, że był oszustem.

— Kiedy pisałem o nim po raz pierwszy, nie miałem pojęcia, co to takiego. Mówiło się wtedy o bitcoinie głównie w kontekście Silk Road, czyli internetowego czarnego rynku, więc początkowo zafascynował mnie nowy rodzaj pieniądza, którego nie kontrolują banki ani rządy. To była pociągająca zagadka. Dziś bitcoin to jedno z największych aktywów na świecie, w historii technologii nie było anonimowego wynalazku, który tak bardzo zmieniłby świat. Owszem, nie wiemy, kto wynalazł koło, ale to przecież prehistoria, a tu mówimy o współczesnej technologii. To było najciekawsze w tej historii.

Niestety, redakcja „Wired” zatytułowała tekst „Wzlot i upadek bitcoina”, bo wtedy akurat kurs mocno się wahał. Dla prawdziwych wyznawców bitcoina takie sztampowe nagłówki były obraźliwe. Jest nawet strona BitcoinDeaths.com, która śledzi nagłówki wieszczące upadek bitcoina.

Doliczono się ich już 450. Kiedy pisałem ten tekst, kupiłem bitcoiny za 200 dol., żeby zrozumieć, jak się w to inwestuje, jak się przechowuje. W 2014 r. chciałem je sprzedać, bo bitcoin przez chwilę wart był ponad 1000 dol., a potem spadł poniżej 500. Kiedy zainwestowałem w bitcoina, kurs wynosił 17 dol., więc i tak był to ogromny zysk. Okazało się jednak, że przechowywałem bitcoiny na giełdzie, która zbankrutowała, więc nici z zarobku. Gdy ktoś mnie pyta, czy inwestować w kryptowaluty, zawsze odpowiadam, że tylko wtedy, jeśli nie chce zmrużyć oka, bo przez noc może się okazać, że kurs bitcoina spadł o 40 proc.

— Da się znaleźć inne kryptowaluty, które nie mają takiego nacechowania politycznego, np. ethereum wydaje mi się nieco bardziej lewicowe. Ale libertarianie stojący za bitcoinem mają skłonności do prawicowych poglądów. No i jest Donald Trump, który całym sobą zaangażował się w kryptowaluty, choć jeszcze kilka lat temu mówił, że to oszustwo. Nie zamierza regulować tego rynku, choć niewątpliwie jakieś zdroworozsądkowe regulacje by mu się przydały.

Jednak otwarcie korupcyjne zaangażowanie Trumpa w ten rynek bitcoinowi wcale nie pomaga. Wzmaga tylko najgorsze mity, jakie pokutują w odniesieniu do kryptowalut.

— Racja. Jest zależny od technologii, od internetu. Wspomniałem nawet o tym w książce, że eksperymentowano nawet z siecią bitcoinową, w której informacje przekazywane są drogą radiową, tak jak w krótkofalarstwie. Technologicznie to możliwe. Ale nadal potrzebny jest prąd, czyli sieć energetyczna.

— Nawet tak przełomowy wynalazek ma swoje plusy i minusy.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version