Liberałowie zawsze znajdowali powód, by nie uchwalić ustawy o związkach partnerskich. Albo się bali Kościoła katolickiego, albo że przegrają wybory. Za tchórzostwo płacą teraz cenę.

Kiedy słyszę, jak szef gabinetu prezydenta zapowiada, że „nie ma i nie będzie zgody prezydenta na legalizację związków partnerskich”, mogę tylko ciężko westchnąć. Nie spodziewałam się niczego innego. I nawet nie jestem w stanie policzyć, ile razy słyszałam takie stanowcze oświadczenia w ciągu ostatnich dwudziestu kilku lat. Bo właśnie tak długo polska polityka zajmuje się kolejnymi projektami ustaw o związkach partnerskich. Pojawiają się, wywołują gwałtowne dyskusje, a potem wszystko wraca do punktu wyjścia. Ustawy wciąż w Polsce nie ma.

Pierwsza próba jej wprowadzenia to początek lat dwutysięcznych. Projekt senator Marii Szyszkowskiej zakładał możliwość rejestrowania związków partnerskich, także jednopłciowych, i dawał partnerom podstawowe prawa majątkowe oraz spadkowe. Przeszedł przez Senat, ale przepadł w Sejmie.

Temat powrócił za rządów PO-PSL, gdy liberalna część Platformy zaczęła mówić o konieczności „cywilizacyjnego nadrobienia zaległości wobec Europy”. W latach 2011–2013 powstały trzy projekty ustaw i przez chwilę wydawało się, że uchwalenie przynajmniej ograniczonej wersji ustawy jest realne. Nic z tego. W 2013 roku Sejm odrzucił wszystkie projekty już w pierwszym czytaniu. Decydujące okazały się głosy konserwatywnych posłów Platformy, którzy głosowali przeciwko własnemu projektowi.

Od tamtej pory związki partnerskie stały się nieodłącznym elementem polskiej wojny kulturowej. Prawica przedstawia je jako „atak na rodzinę” i pierwszy krok do małżeństw jednopłciowych oraz adopcji dzieci przez takie pary. Z kolei środowiska liberalne i lewicowe mówią o podstawowych prawach obywatelskich: dziedziczeniu, dostępie do informacji medycznej czy możliwości wspólnego rozliczania majątku.

Trwa także spór o artykuł 18 konstytucji, mówiący, że „małżeństwo jako związek kobiety i mężczyzny znajduje się pod ochroną RP”. Prawica niezmiennie, także dziś, interpretuje to jako blokadę dla formalnego uznania związków jednopłciowych. Wielu konstytucjonalistów uważa jednak, że przepis chroni małżeństwo, ale nie zakazuje tworzenia innych form prawnego związku. Problem w tym, że żaden rząd nie chciał ryzykować starcia z konserwatywnym Trybunałem Konstytucyjnym i prezydenckim wetem.

Projekt ustawy przygotowany przez obecną minister ds. równości Katarzynę Kotulę miał regulować kwestie dziedziczenia, wspólności majątkowej czy prawa do informacji medycznej. Szybko okazało się jednak, że nowa koalicja nie mówi jednym głosem. PSL nie zgadzał się na żadne rozwiązania przypominające małżeństwo, a politycy KO obawiali się politycznych kosztów przed wyborami prezydenckimi. Zwyciężył, jak zwykle, lęk przed utratą konserwatywnych wyborców oraz przekonanie części politycznych elit, że temat bardziej dzieli, niż przynosi polityczne korzyści.

To właśnie dlatego Paweł Szefernaker może dziś spokojnie opowiadać te same bałamutne bzdury, jakie wygłaszali przez ostatnie ćwierć wieku różni prawicowi i nie tylko populiści.

Nadarzyła się akurat okazja: drugie czytanie projektu ustawy o statusie osoby najbliższej w związku i umowie o wspólnym pożyciu. Zakłada on, że dwie osoby pełnoletnie, także tej samej płci, będą mogły zawrzeć umowę u notariusza. Umowa rejestrowana w USC umożliwiałaby im m.in. wybór ustroju majątkowego, ustanowienie obowiązku alimentacyjnego, uzyskanie prawa do korzystania ze wspólnego mieszkania oraz nadanie drugiej osobie uprawnień do dostępu do informacji medycznych i działania jako pełnomocnik w sprawach codziennego życia.

Szefernaker jest w swoim żywiole. Twierdzi na przykład, że procedowana obecnie w Sejmie ustawa wprowadzająca instytucję związku partnerskiego zrównuje te związki z małżeństwem. I „wprowadza szereg rozwiązań, które są tożsame dla związków partnerskich z tymi, które dziś są dedykowane jedynie dla małżeństw, choćby możliwość wspólnego rozliczania się”.

– Pierwszym krokiem jest wprowadzenie związków partnerskich, drugim krokiem jest transkrypcja tego, co w innych państwach jest małżeństwem jednopłciowym, a następnie prowadzi to do kolejnych kroków – taka polityka małych kroków – do przysposobienia, do adopcji dzieci. Pan prezydent, idąc po prezydenturę, mówił o tym, że nie będzie jego zgody na takie rozwiązania – straszy Szefernaker.

I przytacza kolejne argumenty: to próba siłowego wprowadzenia do polskiego prawa „niekonstytucyjnych transkrypcji związków partnerskich, które de facto za granicą nazywane są małżeństwami jednopłciowymi”. – Dziś zgodnie z polskim prawem, zgodnie z konstytucją, zgodnie z ustawą o aktach stanu cywilnego, nie ma możliwości realizacji takich transkrypcji – ocenia.

Pytany, czy prezydent Karol Nawrocki zawetuje ustawę, Szefernaker odpowiedział, że ostateczna decyzja zapadnie po tym, jak ustawa wpłynie do prezydenta po całym procesie legislacyjnym. – Jeżeli nie będzie zmian w tej ustawie, jeżeli nie będzie zmiany filozofii myślenia, czyli dalej będzie filozofia myślenia o związkach partnerskich, o quasimałżeństwach (…), to wtedy będziemy informować o kolejnych działaniach – zapowiedział.

To o czym zapomina Szefernaker, ale także jego szef i wszyscy ci, którym nie podobają się projekty ustaw o związkach partnerskich, jest fakt, że Polacy od dawna wybierają ten model życia. O ile jeszcze kilkanaście lat temu związki nieformalne były stosunkowo rzadkie, dziś są jednym z najpopularniejszych modeli życia rodzinnego. Tak, rodzinnego, bo chyba nikt nie ma wątpliwości, że dwie osoby mieszkające razem, wspólnie prowadzące gospodarstwo domowe, a często także wychowujące dzieci to przecież rodzina.

Skalę zmiany pokazują dane Głównego Urzędu Statystycznego. Według Narodowego Spisu Powszechnego z 2021 roku w Polsce było około 895 tys. par pozostających w związkach nieformalnych. To niemal trzykrotnie więcej niż dekadę wcześniej, gdy w spisie z 2011 roku odnotowano około 316 tys. takich par. A ponieważ GUS liczy pary, a nie pojedyncze osoby, oznacza to, że bez ślubu żyje w Polsce już około 1,8 mln osób.

Jeszcze w 2011 roku związki nieformalne stanowiły około 3 proc. wszystkich rodzin. Dziesięć lat później było to już 8,4 proc. i to jest trend rosnący. I nie dotyczy tylko młodych mieszkańców dużych miast. Liczba par żyjących bez ślubu szybko rośnie także w mniejszych miejscowościach i wsiach. Co więcej, badania opinii publicznej prowadzone przez CBOS od lat pokazują rosnącą akceptację dla wspólnego życia bez ślubu.

Prawicowi politycy nie przyjmują jednak tego do wiadomości. Udają, że chodzi im tylko o związki osób tej samej płci, bo to wygodna wymówka, ale tak naprawdę działają wbrew interesom wszystkich obywateli, którzy nie chcą zawierać małżeństwa, ale potrzebują i oczekują wsparcia państwa w codziennym życiu.

Im wszystkim Karol Nawrocki mówi (ustami swoich doradców): nie ma na to mojej zgody i nie będzie. Wprost przyznała to jego doradczyni Barbara Socha, która oświadczyła, że łatwo sobie wyobrazić sytuację, w której dwie osoby podpisują taką umowę tylko po to, żeby skorzystać na przykład z przywilejów podatkowych.

Rzeczywiście, byłby to straszliwy skandal i nadużycie, gdyby dwie żyjące razem osoby mogły się wspólnie opodatkować. I dlatego wcale mnie nie przekonują pokrętne zapewnienia, że prezydent jest otwarty na rozwiązania, które ułatwią Polakom funkcjonowanie w życiu codziennym, natomiast musi to być konstrukcja „nieingerująca w ustrój państwa”. Socha wyjaśniła, że chodzi m.in. o dostęp do informacji medycznej, możliwość odwiedzania się w podmiotach leczniczych czy uprawnienia dotyczące organizacji pochówku.

Oczywiście cała ta dyskusja najbardziej uderza w pary jednopłciowe, które właśnie dostały prawo do polskiej transkrypcji aktów małżeństwa zawartych za granicą, a ZUS już zapowiedział, że będą mogły liczyć na zasiłek rodzinny, zasiłek pogrzebowy czy świadczenia socjalne. Tyle że wciąż nie doczekały się ustawy, która kompleksowo będzie regulowała ich prawa i obowiązki.

A przecież one też są polskimi obywatelami, żyją wspólnie i wychowują razem dzieci. Dla prezydenta i jego politycznych sojuszników to tylko poręczny argument, że gdyby dostali ustawę o związkach partnerskich, zaraz chcieliby więcej. Najpierw małżeństwa, potem adopcji dzieci i nie wiadomo czego jeszcze. Tak być nie może, grzmi Paweł Szefernaker. I po raz kolejny podkreśla, że prezydent Nawrocki jest otwarty na dyskusję o uregulowaniu prawnego statusu osoby bliskiej w celu ułatwienia wspólnego funkcjonowania bez tworzenia „quasimałżeństw”.

Mogę tylko ciężko wzdychać, słuchając tych bałamutnych argumentów. Także dlatego, że z biegiem lat stają się one coraz bardziej absurdalne. Ale za każdym razem, kiedy jakiś prawicowy polityk znowu je powtarza, mam pretensje nie tylko do niego. Przypominam sobie te lata zaniedbań ze strony liberałów, którzy zawsze znajdowali jakiś powód, by nie uchwalić ustawy o związkach partnerskich. Albo się bali Kościoła katolickiego, albo im się wydawało, że przegrają wybory. Albo, jak ostatnio, tłumaczyli, że przecież prezydent z PiS i tak zawetuje. Brzmi niby rozsądnie, ale jest zwykłym lenistwem i tchórzostwem.

I kiedy teraz Szefernaker butnie oświadcza, że zgody na związki partnerskie nie ma i nie będzie, płacą za to lenistwo i tchórzostwo cenę. Po raz kolejny zawiedli swoich obywateli.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version