Wydarzenia na Wołyniu i w Galicji Wschodniej wstrząsnęły całą społecznością kresową, a opowieści o zbrodniach UPA rozniosły się po całej Polsce. Ale zaraz po przejęciu władzy przez komunistów temat stał się tabu — mówi Grzegorz Motyka, członek Kolegium IPN, dyrektor Wojskowego Biura Historycznego i wybitny historyk zajmujący się stosunkami polsko-ukraińskimi.
Andrzej Brzeziecki: W latach 90. XX w. problemem w relacjach polsko-ukraińskich wydawał się przede wszystkim Cmentarz Orląt, jeśli zaś idzie o UPA, to, wychowani na „Łunach w Bieszczadach”, raczej kojarzyliśmy ją z tym regionem. W którym momencie uświadomiłeś sobie, że to Wołyń stanie się centralnym punktem sporów?
Grzegorz Motyka: Na początku lat 90. XX w. panowały pewien chaos i deficyt wiedzy na temat zbrodni wołyńskiej. Wszyscy pytali, ile w tych opowieściach o zbrodniach UPA jest prawdy. Sam się nad tym wtedy zastanawiałem. Wiedza o kłamstwach propagandy komunistycznej dawała nadzieję, że może było mniej strasznie, że może za największe zbrodnie odpowiada ktoś trzeci: Niemcy albo Sowieci.
Jednak kolejne odkrywane dokumenty odzierały ze złudzeń.
Niezwykle ważne były ekshumacje dokonane przez Leona Popka jeszcze w 1992 r. Były to działania prowadzone właściwie po partyzancku, bez zgody strony ukraińskiej. I, niestety, prowadzone także bez pieniędzy i odpowiedniego sprzętu. A jednak pokazały w sposób naukowy, że kilkaset osób zabito tępym narzędziem. Tak jak przedstawiali to nieliczni ocalali świadkowie. Od tamtej pory nie można już było mówić, że mordy na Wołyniu to wytwór wyobraźni albo legenda kresowa podsycana przez Moskwę.
Gdy z kolei w 1995 r. po raz pierwszy prowadziłem kwerendę w Kijowie, dotarłem do szeregu dokumentów OUN-B i UPA, które jednoznacznie wskazywały, że banderowcy przeprowadzili zorganizowaną operację etnicznego czyszczenia terenu. I że wszelkie opowieści, iż mogło być inaczej, opierają się w najlepszym razie na pobożnych życzeniach.
Mówimy o zbrodni wołyńsko-galicyjskiej, czyli antypolskiej akcji, która trwała od 9 lutego 1943 r. do 18 maja 1945 r., kiedy to kierownictwo banderowskie postanowiło usunąć polską ludność z kilku województw. W II RP te tereny zamieszkiwało około półtora miliona Polaków. Dużą część, bo około ośmiuset tysięcy, wywieziono w głąb ZSRS, ale reszta padła ofiarą ukraińskich ataków. Ponad trzysta tysięcy osób uciekło, a około stu tysięcy zostało zamordowanych — najwięcej na Wołyniu, bo sześćdziesiąt tysięcy. Mówimy więc o zbrodni z kategorii wielkich ludobójstw XX w. Tymczasem przez dziesięciolecia nasza wiedza o niej była znikoma. Dlaczego?
— Wydarzenia na Wołyniu i w Galicji Wschodniej wstrząsnęły całą społecznością kresową, a opowieści o zbrodniach UPA rozniosły się po całej Polsce. Ale zaraz po przejęciu władzy przez komunistów temat stał się tabu. Przez kilkadziesiąt lat nie mogło być żadnych wzmianek o ofiarach, nie wolno było publikować nawet list zamordowanych. Wszelkie wzmianki uznawano za wrogie ZSRS, bo podważały wschodnią granicę PRL. A władze były na to czułe. Dopiero pod koniec lat osiemdziesiątych XX wieku temat został poniekąd wyjęty z zamrażarki. Pierwsze listy strat zaczęto tworzyć już w 1985 r. Strona ukraińska była tym tematem zaskoczona. Większość Ukraińców naprawdę nic nie wiedziała, a jeśli ktoś miał pojęcie o tym, co się stało na Wołyniu, zaprzeczał i nie chciał podejmować rozmowy. To był czas na długo przed internetem. Książki na temat historii Ukrainy, jeśli w ogóle się ukazywały, to w nakładzie dwustu czy trzystu egzemplarzy, a koledzy historycy wymieniali się nimi we własnym gronie. W Polsce ukraińskie wydania były niemal niedostępne, z kolei polskie książki dla ukraińskich badaczy po prostu za drogie. Krótko mówiąc, panowało totalne wzajemne niezrozumienie.
Na Ukrainie naprawdę nie wiedziano o Wołyniu?
— W 1946 r. będący na emigracji Mykoła Łebe przyznał, że doszło do zorganizowanej operacji, której celem było wygnanie pod groźbą śmierci Polaków z Wołynia, Polesia i Galicji Wschodniej. Ale zaraz potem Petro Mirczuk w swej pracy o UPA wszystkiemu zaprzeczył, pisząc, że upowcy walczyli z Niemcami i przy okazji polikwidowali trochę „polskich placówek”. O Wołyniu wspominał także w swych tekstach o UPA Łew Szankowski. Te trzy emigracyjne głosy nie były dobrze słyszalne we Lwowie czy w Kijowie do 1991 r.
A ludzie z pokolenia szestydesatników, jednego z najważniejszych środowisk niezależnej myśli na komunistycznej Ukrainie, nie opowiadali się za prawdą?
— Prawdą dla nich było to, że Ukraińcy w XX w. doznali niewyobrażalnych cierpień, choćby w czasie wielkiego głodu, i nawet nie mogą o tym opowiedzieć, bo temat jest zakazany. Na polskie cierpienia zwyczajnie brakowało miejsca. W dodatku po wojnie Sowieci na gigantyczną skalę stosowali przy zwalczaniu UPA wysyłane w teren grupy agentów, którzy dokonywali rabunków i gwałtów na ludności cywilnej, podszywając się pod partyzantów. Popularna stała się więc wersja, że także polską ludność zabijali sowieccy agenci, a nie ukraińscy patrioci. Tylko że te łżebojówki UPA powstały później, już po zakończeniu antypolskich czystek. Jeden z szestydesatników, Jewhen Swerstiuk, pochodzący zresztą z Wołynia, na pewnej konferencji już w XXI w. opowiedział o swoich doświadczeniach z czasów wojny. Ku mojemu zdumieniu przedstawił obraz jak z polskich opowieści kresowych. Wspominał, że w jego wsi niemal do wojny panowała sielanka, a Polacy i Ukraińcy żyli zgodnie obok siebie. Czasem się kłócili, choć nie było zapiekłej wrogości. Oczywiście władze II RP uważano za zło, ale władza to władza, a po sąsiedzku wszystko się układało. Gdy w okolicznych wsiach zaczęły się mordy, Ukraińcy długo nie mogli uwierzyć, że to UPA zabija Polaków. No bo po jakie licho zabijać sąsiadów?
Przez lata z tematem Wołynia kojarzeni byli głównie Władysław Siemaszko, weteran 27. Dywizji Piechoty AK, oraz jego córka Ewa. Jak oceniasz ich publikacje?
— Władysław i Ewa Siemaszkowie zajęli się pracą u podstaw, czyli liczeniem zamordowanych Polaków. W 1984 r. Jerzy Tomaszewski w piśmie „Nurt” oskarżył 27. Dywizję Piechoty AK o zbrodnie na ludności cywilnej. Zagalopował się, a w odpowiedzi Władysław Siemaszko zaczął zbierać relacje żyjących świadków zajść na Wołyniu. Była to prawidłowa reakcja. Siemaszko wraz z Józefem Turowskim, także byłym żołnierzem 27. Dywizji Piechoty AK, opublikowali pracę „Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich dokonane na ludności polskiej na Wołyniu 1939–1945”, która była pierwszym takim opracowaniem. Oczywiście, z powodu ówczesnego stanu wiedzy, zawierała sporo błędów i zebrała krytyczne recenzje, ale Siemaszko uwzględnił je i jedenaście lat później, już z córką Ewą, wydał znacznie lepszą książkę, zresztą przy wsparciu finansowym Kancelarii Prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego. Do dziś jest to fundamentalny zasób wiedzy, bez którego nie sposób zajmować się Wołyniem. Opracowanie to dostarczyło wiedzy o faktach i zarysowało geografię historyczną.
Sam recenzowałeś tę książkę w „Zeszytach Historycznych” w 2001 r. Pisałeś, że Siemaszkowie o polskich akcjach piszą w sposób „spiżowy”. O co chodziło?
— Części tej pracy opisujące losy polskiej ludności są faktograficznie bardzo rzetelne, ale opisy polskich akcji wobec ukraińskiej ludności cywilnej wypadły słabiej — zarówno pod względem opisu faktów, jak i warstwy interpretacyjnej, która była czarno-biała. Według Siemaszków akcje odwetowe ze strony polskiej samoobrony należały do wyjątków i były organizowane przez desperatów. Jeśli zdarzył się jakiś mord na cywilach, to zaraz, według autorów, potępiała go większość Polaków. Generalnie polskie oddziały partyzanckie zabijały tylko upowców, a jeśli rekwirowały żywność Ukraińcom, to musiało chodzić o odbieranie zagrabionego wcześniej mienia.
Wrogość Ukraińców do Polaków tłumaczy się często polityką II RP. Ewa Siemaszko jest jednak zdania, że tezy o dyskryminacji ukraińskiej mniejszości w czasach II RP są przesadzone, bo Polska dawała wtedy Ukraińcom możliwość rozwoju, dotując ich organizacje.
— Rzeczywiście, Siemaszkowie próbowali pomniejszać znaczenie polityki dyskryminacji i nie docenili wpływu, jaki ta polityka miała na społeczność ukraińską w II RP. W tym duchu przytoczyli na przykład relację mieszkańca Wołynia, który narzekał na faworyzowanie Ukraińców, bo na polskie dzieci przypadało tam „jedynie” 40 proc. wszystkich dotacji na edukację. Rzecz w tym, że Polacy na tych ziemiach stanowili tylko szesnaście procent mieszkańców. Więc nawet jeśli przyjąć wyliczenia ze świadectwa podanego przez Siemaszków, okaże się, że polskie dzieci dostawały de facto znacznie większe środki niż dzieci innych narodowości.
Ewa Siemaszko nieraz z tobą polemizowała.
— Niejednokrotnie zarzucała mi, że jestem zbyt proukraiński. W 1995 r. zostałem wysłany na konferencję do Łucka. Wygłosiłem tam referat „Konflikt polsko-ukraiński na Wołyniu w czasie II wojny światowej w świetle polskiej historiografii”. Wystąpienie było czysto opisowe i poszło gładko, ale ponieważ mówiłem po polsku, chyba nikt mnie nie zrozumiał, bo pytania dotyczyły wyłącznie powstania warszawskiego… Zaraz po powrocie do Polski przeczytałem zaś w artykule opublikowanym przez Ewę Siemaszko, że już sam tytuł mojego referatu wskazuje na relatywizowanie zbrodni UPA. Żeby było śmieszniej, w banderowskim tygodniku „Szlach Peremohy” stwierdzono, że ten sam referat był wystąpieniem „typowego niedouczonego polskiego szowinisty”. (Parę lat później inny autor fantazjował w „Naszym Słowie”, że w trakcie mojego wystąpienia ukraińscy studenci opuścili salę na znak protestu). Na początku była to więc szorstka wymiana zdań, ale z czasem niezgoda między nami przybrała — przynajmniej moim zdaniem, nie wiem, czy Ewa Siemaszko by się z tym zgodziła — charakter właściwy akademickiej dyskusji. Często różnimy się bardziej w kwestii interpretacji niż samych faktów. Podam przykład: na jednej z konferencji Ewa Siemaszko wygłosiła ciekawy referat o losach mieszanych małżeństw polsko‑ukraińskich, w których doszło do zabójstw współmałżonków. Teza tego referatu była taka, że OUN i UPA zmuszały ukraińskich współmałżonków do zabijania polskich żon lub mężów i niemal zawsze kończyło się to triumfem zbrodni. Zarazem z danych, jakie badaczka mozolnie zebrała i przytoczyła, wynikało według mnie coś odwrotnego — że to miłość triumfowała. W jednej trzeciej przypadków rzeczywiście któreś ze współmałżonków zabijało to drugie, często pod wpływem szantażu. Ale w kolejnej jednej trzeciej przypadków małżonkowie ginęli razem, bo nie chcieli przelać krwi ukochanej osoby, w pozostałej części przypadków zaś małżeństwa uciekały razem, by przetrwać jako rodzina. Widać, że kochający się ludzie potrafili wiele dla siebie zrobić. Moje polemiki z Ewą Siemaszko łączą się jednak z dużym szacunkiem dla benedyktyńskiej pracy, którą wykonała. Przy wszystkich zgłaszanych uwagach staram się zawsze podkreślać, że w żaden sposób nie można negować efektów pracy jej i jej ojca.
Publikujemy fragment książki „Gry pamięcią. O polityce historycznej, Polsce, Ukrainie i Rosji”, która ukaże się 8 lipca.
Foto: Wydawnictwo Literackie

