Poruszanie się po strefie Schengen nie było dla Zbigniewa Ziobry problemem. Jednak wylot do Ameryki powinien być już o wiele bardziej skomplikowany. — Jeśli ktoś w partii o tym wiedział, to najwyżej trzy-cztery osoby. Prezes pewnie wiedział, ale też raczej bez szczegółów — słyszę w PiS.

Zamknięte posiedzenie klubu parlamentarnego Prawa i Sprawiedliwości poza Warszawą. Prezes Kaczyński grzmi, że partia ma bronić Zbigniewa Ziobry do końca. Jak niepodległości, za wszelką cenę. Narracja ma być ta co zwykle — reżim Tuska prześladuje byłego ministra, jest on na celowniku Żurka i nie ma szans na uczciwy proces. Każdy, kto w PiS mówi inaczej, podnosi rękę nie tylko na Zbyszka, ale też na partię, której Ziobro jest wiceprezesem, a wręcz na demokratyczne państwo prawa.

Ale to już nie jest wszechmocny Jarosław Kaczyński. Ust krytykom Ziobry nie zamknął.

— Problem polega na tym, że władza faktycznie chce go wsadzić, ale ta ucieczka jest absurdalna. Każdy przytomny widzi, że nawet jeśli przeciwko „naszym” toczą się sprawy przed prokuraturą czy sądem, to się ślimaczą i co rusz potykają. Matecki nie ma immunitetu, od października jest akt oskarżenia, ale wciąż siedzi w Sejmie i wali w Tuska; Szczucki ma zarzuty; Morawiecki, Dworczyk, Obajtek, Kamiński — tak samo, ale chodzą na wolności i gadają, co chcą. A tylko Ziobro ucieka po całym świecie — wyliczają rozmówcy z PiS i dodają, że nawet obrona Częstochowy była łatwiejszym zadaniem niż świecenie oczami za „szeryfa”.

Według różnych sondaży większość Polaków negatywnie ocenia ucieczkę Ziobry i uważa, że postawa byłego ministra może zaszkodzić PiS w wyborach.

Rocznik 1970. Skończył prawo, zrobił aplikację prokuratorską, ale jako prawnik nie błysnął. W prokuraturze nie przepracował nawet jednego dnia. Poszedł w politykę. Trafił pod skrzydła Lecha Kaczyńskiego w Ministerstwie Sprawiedliwości. Przyszły prezydent nie cenił go nadmiernie, ale Ziobro doskonale wiedział, że legenda bliskiego współpracownika „brata prezesa”, a po katastrofie smoleńskiej legenda jednego z jego politycznych spadkobierców otworzy mu wszystkie drzwi w PiS.

Miał też zwyczajny fart. Został gwiazdą komisji śledczej badającej sprawę Rywina i to jego raport przyjął Sejm. Odpowiedzialnością za mataczenie przy ustawie medialnej obarczył wprost Leszka Millera (premiera), wiceminister kultury Aleksandrę Jakubowską, szefa TVP Roberta Kwiatkowskiego i szefa Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji Włodzimierza Czarzastego. Jednak kiedy dosłownie pół roku później Ziobro został po raz pierwszy ministrem sprawiedliwości, żadna z tych osób nie usłyszała zarzutów. Bo z Ziobrą tak jest, że więcej w jego zachowaniach teatru niż trzymania się faktów, procedur i prawa.

Słynnego kardiochirurga doktora Mirosława G. oskarżał słowami: „nikt więcej przez tego pana życia pozbawiony nie będzie”. Na konferencji prasowej machał dyktafonem, mówiąc, że to „gwóźdź do politycznej trumny Andrzeja Leppera”. Miał też już zaplanowany medialny występ z zapowiedzią bezpardonowej walki „z układem”, ale spektakl popsuła była minister Barbara Blida, która popełniła samobójstwo podczas zatrzymania przez służby.

Wniosek o postawienie go przed Trybunałem Stanu za nadużycie władzy przepadł dziewięcioma głosami, z czego pięć należało do nieobecnych polityków PO, w tym ówczesnej premier Ewy Kopacz. Teraz Ziobro ma stanąć przed sądem oskarżony o łącznie 26 przestępstw, m.in. założenie grupy przestępczej i kierowanie nią, przekroczenie uprawnień i niedopełnienie obowiązków w sprawach związanych z Funduszem Sprawiedliwości oraz bezprawnym nabyciem systemu Pegasus.

Ziobro myli tropy polskiego wymiaru sprawiedliwości, ale też własnej partii. W PiS naprawdę niewiele osób wiedziało, jakie były minister ma plany, i wciąż nie wie, co zamierza on dalej.

Jego ostatnia ucieczka przypomina scenariusz filmu gangsterskiego klasy B. Zbigniew Ziobro i Marcin Romanowski doskonale wiedzieli, że ich czas na Węgrzech się kończy. Wyborcza klęska Orbána i zapowiedzi nowej władzy, że nie mają co liczyć na dalszy azyl w Budapeszcie, nie zostawiały wątpliwości, że trzeba się ewakuować. Nieudolność polskiej prokuratury też kiedyś się skończy i Ziobrę obejmie wreszcie europejski nakaz aresztowania.

Spiritus movens całej akcji była żona byłego ministra Patrycja Kotecka. — „Pati Koti” zawsze sobie poradzi — mówią z uznaniem w PiS. — To ona jest w tym związku bardziej ogarnięta.

Patrycja Kotecka-Ziobro zanim dołożyła do nazwiska drugi człon, była barmanką w klubie, gdzie lubiła się spotykać warszawska mafia, a także modelką i stażystką w TVP. Potem pisała dla „Super Expressu” i „Życia Warszawy”. Poznała Zbigniewa Ziobrę w czasie, kiedy opisywała pracę komisji badającej aferę Rywina. Szybko związali się ze sobą, ale Zbigniew Ziobro wciąż był nieufny. Kiedy został ministrem, poprosił Bogdana Święczkowskiego o sprawdzenie narzeczonej, bo i do niego dotarły plotki o jej kontaktach z półświatkiem.

Za pierwszego PiS Kotecka zrobiła karierę w TVP. Najpierw jako dziennikarka śledcza, potem wiceszefowa Agencji Informacji. W „Wiadomościach” krążyły legendy o tym, jak przychodzi nie tylko sprawdzić, ale wręcz napisać teksty za dziennikarzy. Zwłaszcza wówczas kiedy miały one dotyczyć Ziobry. Z TVP odeszła dopiero w 2009 r. i poszła do PR. Po powrocie PiS do władzy dostała posadę w Link4, które jest częścią grupy PZU. Przez siedem lat zarobiła tam w sumie ponad 4,5 mln zł.

— Nie jest tradycyjną żoną konserwatywnego polityka, która siedzi w domu i zajmuje się dziećmi. W małżeństwie Ziobrów to ona jest dyrektorem. Zbyszek jest mamałygą i wszystko z nią konsultuje — mówili w rozmowach z „Newsweekiem” politycy PiS.

Także teraz to Kotecka zarabia na rodzinę. PiS nie dało im zrobić krzywdy i żona szeryfa została asystentką aż trzech europosłów: Daniela Obajtka, Patryka Jakiego i Jacka Ozdoby. Można z tego wyciągnąć maksymalnie 16,5 tys. euro miesięcznie (po 5,5 tys. za każdą posadę). Parlament Europejski nie odpowiada na pytania o zarobki, zasłaniając się RODO, ale nasi informatorzy oceniają asystowanie żony Ziobry na 10-12 tys. Taka pensja wystarczy na przyzwoite życie nawet w Brukseli. Ziobrowie wynajmują mieszkanie w porządnej, ale nie luksusowej okolicy.

— Nawet pani nie wie, jaką minę miał Szczerba, kiedy dwa tygodnie temu zobaczył Zbyszka w siedzibie parlamentu w Brukseli. Szok, jakby tuskowcy naprawdę myśleli, że on siedzi cały czas w tym Budapeszcie zamiast w domu w Brukseli — śmieje się europoseł PiS.

Bo poruszanie się po strefie Schengen nie było dla byłego ministra sprawiedliwości problemem. Nawet odebranie mu paszportu niczego nie zmieniło, bo unijne granice mógł przekraczać z dowodem osobistym.

Jednak wylot do Ameryki powinien być już o wiele bardziej skomplikowany. — Jeśli ktoś w partii o tym wiedział, to najwyżej trzy-cztery osoby. Prezes pewnie wiedział, ale też raczej bez szczegółów — słyszę w PiS.

Kaczyński zapewne był wtajemniczony, bo w akcji ewakuacji „szeryfa” przeplatają się dwa nazwiska — Adam Bielan i Jacek Kurski. Obaj niemal od zawsze są w otoczeniu prezesa i chociaż za sobą nie przepadają (to mało powiedziane) i obecnie są w różnych partyjnych frakcjach, to wiedzą, że pewnych rzeczy bez prezesa się nie robi. Nikt nie podałby Ziobrze ręki bez przekonania, że prezes mu tej ręki nie odetnie.

Bielan jest człowiekiem z kontaktami w środowisku trumpistów, to on miał lobbować za pomocą dla Ziobry z pominięciem ambasady w Warszawie. Już kilka tygodni temu do Toma Rose’a przyjechała Patrycja Kotecka, ale okazało się, że ambasador nie jest entuzjastą wyjazdu Ziobry do USA, w dodatku zapewnił Radosława Sikorskiego, że banita miejsca za oceanem nie znajdzie. Przeciwnikiem udzielenia schronienia Ziobrze miał być sam sekretarz stanu Marco Rubio.

— To jest wyraźny wpływ Sikorskiego, który często rozmawia z Rubio — mówi mi polityk koalicji rządzącej.

Trzeba było więc zapukać do ludzi z otoczenia Donalda Trumpa, chociaż jak twierdzą nasi informatorzy, tutaj również sprawa Ziobry nie budzi zachwytu.

Od miesięcy pomagają też byłemu ministrowi eksperci z powołanego przez niego w 2021 r. Centrum Cyberbezpieczeństwa Ministerstwa Sprawiedliwości, nazywanego przez ludzi Ziobry Twierdzą Szyfrów. Centrum zostało zlikwidowane w ubiegłym roku, jednak nasi informatorzy twierdzą, że część jego byłych pracowników dostarczyła Ziobrze „know how”, jak ma korzystać z technologii umożliwiających bezpieczne kontakty. Po działalności Twierdzy Szyfrów zostały zarzuty za nieprawidłowe wydanie ponad 26 mln zł.

Kluczową sprawą było też wywiezienie Ziobry ze strefy Schengen tak, żeby nie zauważyły tego europejskie systemy graniczne. Jak słyszę ze źródeł zbliżonych do koalicji rządzącej, najbardziej prawdopodobne jest, że otrzymał pomoc od służb węgierskich, zanim jeszcze Péter Magyar został zaprzysiężony na nowego szefa rządu. Droga do Ameryki prowadziła przez Serbię, a granicę miał przekroczyć w samochodzie oznaczonym jako rządowy, co sprawiło, że nie został odnotowany na granicy. Wylot z Belgradu w dowolnym kierunku był już znacznie prostszy.

Zdjęcie, które dotarło do polskich mediów, było wykonane na lotnisku Newark w New Jersey. Nasi informatorzy twierdzili jednak, że Ziobro poleciał dalej. Jednym z powodów miało być to, że Letitia James — prokurator generalna stanu Nowy York — wie, kim jest Zbigniew Ziobro, i chętnie współpracowałaby z polskim wymiarem sprawiedliwości w sprawie jego ekstradycji czy nawet zatrzymania. To James oskarżała Donalda Trumpa w sprawach gospodarczych. Dlatego Ziobro miał nie ryzykować i z Newark odleciał do Waszyngtonu.

Gdzie się tam zatrzymał? W PiS krąży informacja, że swojego byłego szefa przygarnął Jacek Kurski. Ma dom pod Waszyngtonem, którego miał się dorobić, gdy na chwilę został przedstawicielem Polski w Banku Światowym (jako szef TVP też nie zarabiał drobnych).

„Zbigniew Ziobro nie mieszka u nas w domu. Proszę podać dalej, bo sam nie mogę, gdyż moje konto na X zostało zhakowane kilka tygodni temu” — odpisał na moje pytania o Ziobrę Jacek Kurski.

Kurski i Ziobro po secesji z PiS razem tworzyli Solidarną Polskę, ale współpraca zakończyła się z hukiem po przegranych wyborach do PE w 2014 r. Ziobro wywalił Kurskiego z partii, a Kurski odpowiedział mu tak: „[…] delfin okazał się leszczem, jeśli nie leszczykiem, który pozbawiony jest wizji, pomysłu, wyposażony w charyzmę trzęsącej się galarety. I na dodatek co chwilę trzeba mu zmieniać pieluchę”.

Ale ostatnio zaczęli znowu się akceptować. Zwłaszcza że Patrycja Kotecka współpracuje z Kurskim w Parlamencie Europejskim. Oboje uważają się za specjalistów od PR i tworzenia medialnych narracji i wciąż próbują mieć wpływ na partyjne strategie.

Czy były delfin PiS, minister i „szeryf” zacznie układać sobie życie w Stanach? Patrycja Kotecka jest na urlopie, ale ponoć rozważa odejście z pracy w Parlamencie Europejskim i przeniesienie się do USA od nowego roku szkolnego.

Ziobro powinien dość łatwo znaleźć pracę, bo konserwatywne środowiska polonijne albo ludzie z MAGA raczej nie zostawią go w potrzebie. Moi rozmówcy wskazują na Institute of World Politics w Waszyngtonie. To na tej uczelni — bardzo niewielkiej, ale bardzo konserwatywnej i związanej z trumpistami, również polskiego pochodzenia — zatrudniony był przez chwilę drugi polski uciekinier Marcin Romanowski. Szef Centrum Studiów Międzymorza działającego w ramach uczelni to publicysta prawicowych gazet „Sieci”, „Najwyższy Czas!” czy „Tygodnik Solidarność”. Ziobro ma też przygotowywać analizy i komentarze dla Telewizji Republika.

Wiceminister spraw zagranicznych Marcin Bosacki jest „praktycznie pewny”, że Ziobro wjechał do USA na podstawie wizy dziennikarskiej. I zwraca uwagę, że jeśli były minister deklaruje działalność polityczną w USA, to pojawia się pytanie, czy nie narusza warunków przyznania tej wizy. Ale to chyba nie jest problem pod rządami Donalda Trumpa.

— On jest tchórzem — mówi bez ogródek Janusz Kaczmarek, prokurator krajowy w czasie, kiedy Ziobro po raz pierwszy kierował resortem sprawiedliwości. — To wynika z jego natury, a nie z obecnej sytuacji. Ziobro, owszem, szybko się uczy; jak jest dobrze wyuczony, świetnie wypada w mediach. Ale w momentach kryzysowych, stresogennych ma tendencję do obrzucania innych swoimi winami: „to nie ja, to współpracownicy są winni”. Mówię to na podstawie jego wywiadów związanych z nieprawidłowościami przy Funduszu Sprawiedliwości. To oni są odpowiedzialni za wszystko, on natomiast o pewnych rzeczach nie miał najmniejszego pojęcia. Taką samą postawę wykazywał, będąc przesłuchiwanym chociażby w sprawie podsłuchów w tzw. aferze gruntowej z 2007 r., kiedy odpowiedzialnością obarczał Mariusza Kamińskiego.

To samo można usłyszeć od polityków PiS. Z jednej strony mówią, że „Zbyszek ma powody, żeby się bać, ale odwagi za wiele to w tym wszystkim nie ma”. Słowo „szeryf” pada teraz z wyraźną kpiną.

Polityczni przeciwnicy też się nie hamują.

— Uciekł jak szczur z Polski przed wymiarem sprawiedliwości. Ciążą na nim zarzuty kryminalne, a nie polityczne, zarzuty o zbudowanie całego systemu, którego celem była kradzież publicznych pieniędzy, i za to w końcu odpowie — mówi mi rzecznik rządu Adam Szłapka.

Nie bardzo jednak wiadomo, kiedy odpowie, bo Stany Zjednoczone wybrał nieprzypadkowo. Wie bowiem doskonale, jak trudny i długotrwały byłby proces ekstradycyjny. Sam został przecież zmiażdżony przez amerykański sąd, kiedy starał się o ekstradycję biznesmena Edwarda Mazura podejrzewanego o zlecenie zabójstwa szefa policji Marka Papały. Sędzia uznał wtedy firmowany przez Ziobrę polski wniosek za wyjątkowo niespójny i „niewydarzony”. Ziobro najwyraźniej liczy na to, że i tym razem polscy prokuratorzy się nie popiszą.

Ma do tego podstawy, bo dotychczas przed polskimi sądami prokuratorzy w jego sprawie nie radzili sobie najlepiej. Wniosek o zabezpieczenie na jego majątku został odrzucony, wniosek o tymczasowe aresztowanie będzie rozpatrzony dopiero we wrześniu (to akurat nie wina śledczych), czyli niemal rok po jego wyjeździe na Węgry. I dopiero wtedy — o ile sąd zdecyduje, że Ziobrę należy aresztować — będzie powód, żeby wystąpić z wnioskiem o ekstradycję, bo na razie były minister sprawiedliwości w rozumieniu prawa międzynarodowego nie jest osobą ściganą. Minister Waldemar Żurek twierdzi, że wniosek ekstradycyjny jest już gotowy i tylko czeka na wysłanie go do amerykańskiego sądu.

Amerykański sen Ziobry nie będzie jednak błogi. Niezależnie bowiem od tego, jak dalej potoczą się jego losy, czy minister Żurek ściągnie go przed polski sąd — nie odzyska już pozycji delfina na prawicy.

— Nawet jeśli prezes wciąż miałby pomysł, żeby po raz trzeci wejść ze Zbyszkiem do tej samej rzeki, to rzeczywistości nie zmieni. Najpierw przez chorobę, a teraz przez tę historię Ziobry już nie ma w dużej polityce — twierdzą nasi rozmówcy z PiS.

Nikt już nie pamięta, że kiedyś miał ambicję, żeby rzucić rękawicę samemu Kaczyńskiemu. W walce frakcji PiS kompletnie się nie liczy. Dla partyjnych kolegów, ale też dla tysięcy wyborców będzie już tylko tym, który po prostu uciekł, kiedy zaczęło się wokół niego palić. A ktoś taki może być tylko „leszczem”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version