Choć wydaje nam się, że w sypialni jesteśmy „sobą”, to często towarzyszy nam w niej tabun niewidzialnych gości w postaci dziadków, rodziców, reżyserów filmowych czy nawet autorów poradników i podcastów. Za ich sprawą powstaje szereg naszych przekonań o seksie, tylko czy na pewno dobrze nam one służą?

W socjologii i psychologii posługujemy się terminem skryptów seksualnych — niepisanych scenariuszy, które mówią nam, kto, kiedy, gdzie i w jaki sposób powinien inicjować bliskość. Zgodnie z badaniami nad wpływem mediów (m.in. Wright, 2011) filmy — od komedii romantycznych po pornografię — kreują niestety w większości przypadków szkodliwe wzorce. Na przykład przekonanie, że seks jest dobry tylko wtedy, gdy wybucha nagle, bez rozmowy, jak grom z jasnego nieba i o niebywałej sile. A w rzeczywistości badania (m.in. Metz i McCarthy, 2007) wskazują, że dla długofalowej satysfakcji kluczowe są planowana intymność i komunikacja werbalna.

Takich skryptów dotyczących seksualności dzierżymy mnóstwo — patrz choćby: skrypt, który narzuca mężczyznom rolę „zdobywców” i ekspertów (co oczywiście rodzi lęk przed porażką) czy ten uczący kobiety „bycia pożądaną”, a nie „pożądającą”.

Nasze przekonania o seksualności to nie tylko „nasze” przemyślenia — to raczej wielowarstwowe osady geologiczne, które gromadziły się w nas na długo przed pierwszym pocałunkiem. Psychologia ewolucyjna i rozwojowa pokazują, że dziedziczymy te wzorce na dwóch kluczowych poziomach: kulturowo-rodzinnym oraz biologiczno-emocjonalnym.

Zanim dowiemy się czegokolwiek o fizjologii, nasi rodzice i opiekunowie przekazują nam emocjonalną mapę ciała. Jeśli w naszym domu seksualność była tematem tabu, ciało traktowano jako „brudne” lub wymagające ukrycia, nasz mózg dokonuje czegoś, co nazywamy warunkowaniem klasycznym.

Mózg dziecka jest jak gąbka — jeśli na słowo „seks” lub widok nagości opiekunowie reagowali napięciem, złością czy wstydem, ciało migdałowate (centrum strachu w mózgu) koduje te bodźce jako sygnał alarmowy. W dorosłości, mimo że logicznie chcemy bliskości, nasz pierwotny układ nerwowy może krzyczeć: „Zagrożenie!”. I to nie jest kwestia naszej woli, to wręcz fizjologiczny zapis lęku, który uruchamia się poza świadomością.

Teoria przywiązania psychiatry Johna Bowlby’ego czy psycholożki Mary Ainsworth daje fundamenty pod naszą seksualność. Pokazuje ona, że to, jak reagowali na nas matka czy ojciec w chwilach stresu, projektuje naszą dzisiejszą zdolność do zdjęcia ubrań — nie tylko tych z materiału, ale i tych emocjonalnych.

Ci z nas, u których wykształcił się lękowo-ambiwalentny styl przywiązania, w dorosłości mogą używać seksu jako narzędzia do potwierdzania własnej wartości lub uspokajania lęku przed porzuceniem. Seks staje się u nich testem: „Czy ona/on mnie jeszcze kocha?”.

Z kolei osoby z unikającym stylem przywiązania traktują seks instrumentalnie lub technicznie. Bliskość fizyczna bez zaangażowania emocjonalnego jest dla nich bezpiecznym „pancerzem”. Ich ciało jest w łóżku, ale ich „Ja” stoi obok, pilnując, by nikt nie podszedł zbyt blisko serca.

Wyobraźmy sobie naszą seksualność jako luksusowy samochód sportowy. Większość z nas skupia się na tym, by auto miało jak najmocniejszy silnik (gaz — bodźce, które nas podniecają). Jednak nauka mówi wyraźnie: nie pojedziesz szybko, jeśli masz zaciągnięty hamulec ręczny. Dziedziczone przekonania to właśnie ten hamulec. Występuje on w dwóch odsłonach: jako lęk przed porażką („Muszę stanąć na wysokości zadania”) oraz jako wstyd i moralność („To, co robię, jest niewłaściwe/dziwne”).

Większość z nas rodzi się z całkiem sprawnym „gazem”, ale wychowanie w kulturze restrykcyjnej montuje nam w głowie system ABS, który blokuje koła przy każdej próbie przyspieszenia. Zdrowy nawyk nie polega więc na szukaniu nowych, mocniejszych bodźców, kolejnych partnerów, ale na powolnym zwalnianiu hamulca — odkręcaniu tych wszystkich „nie wolno”, „nie wypada” i „co oni pomyślą”.

Nawyki dziedziczone przez pokolenia (np. milczenie o potrzebach) były mechanizmami przetrwania w bardziej konserwatywnych czasach. Dziś są jak przestarzałe oprogramowanie na nowoczesnym komputerze — spowalniają system i generują błędy. Dobrym nawykiem jest ich „aktualizacja”: przejście od automatycznego wstydu do świadomej zgody i ciekawości.

Biorąc pod uwagę te dwa mechanizmy — styl przywiązania i system hamowania — co wydaje się nam bardziej wpływać na dzisiejsze relacje: lęk przed tym, że „nie będziemy wystarczająco dobrzy”, czy obawa przed prawdziwym emocjonalnym obnażeniem?

Kiedy wchodzimy do sypialni, rzadko jesteśmy tam sami. Towarzyszy nam cały komitet doradczy: od surowej prababci z jej przekonaniem o „małżeńskim obowiązku”, przez reżyserów filmów dla dorosłych z ich akrobatyczną fizyką, aż po instagramowych guru, którzy każą nam osiągać oświecenie przy każdym dotyku. Ta niewidzialna presja to normatywny nacisk seksualny — zjawisko, w którym nasze ciało próbuje zadowolić nie partnera, ale statystyczną średnią z artykułów w kolorowych pismach i na portalach. mit „mocniej, szybciej, wyżej”

Większość z nas cierpi na coś, co w gronie badaczy nazywamy lękiem przed wykonaniem. Zamiast skupiać się na receptorach czuciowych, włączamy w głowie listę do odhaczenia.

Z perspektywy neurobiologicznej, kiedy myślimy: „Czy moja twarz wygląda teraz korzystnie?” albo „Czy to już trwa wystarczająco długo?”, nasz mózg aktywuje układ współczulny. To ten sam system, który dawniej odpowiadał za ucieczkę przed tygrysem szablozębnym. Problem w tym, że krew odpływa wtedy z narządów płciowych do nóg (byśmy mogli uciekać) i do ramion (byśmy mogli walczyć). Rezultat? Nasza erekcja lub nawilżenie dosłownie ewakuują się z miejsca zdarzenia w imię przetrwania gatunku. Cóż, seks to nie bieg na 100 metrów, a my nie jesteśmy sędzią z gwizdkiem.

W naszej kulturze uprawiamy seks teleologiczny — czyli taki, który ma jasno określony cel. Brak orgazmu (zwłaszcza u kobiet) często interpretowany jest jako awaria systemu lub, co gorsza, brak miłości.

Dr Debby Herbenick (edukatorka seksualna) mówi jasno: orgazm to tylko jeden z możliwych produktów ubocznych intymności, a nie jej jedyny certyfikat jakości. Przekonanie, że „musimy” skończyć jednocześnie, to czysta fantazja literacka. W rzeczywistości fiksacja na punkcie finału prowadzi do zjawiska spectatoringu — stajemy się widzem własnego stosunku, oceniającym postępy, zamiast być jego uczestnikiem.

Jednym z najbardziej szkodliwych „powinnościowych” wzorców jest kult spontaniczności. Wierzymy, że jeśli musimy o seksie pogadać albo (o zgrozo!) go zaplanować, to znaczy, że nasza relacja umiera. Tymczasem dr Emily Nagoski w swoich badaniach nad mechanizmem hamowania i pobudzenia dowodzi, że dla wielu osób (ok. 30 proc. kobiet i sporej części mężczyzn) jedynym sposobem na pożądanie jest tzw. pożądanie reaktywne. Oznacza to, że ochota nie pojawia się „nagle” przy zmywaniu naczyń, ale dopiero w odpowiedzi na stymulację. Czekanie na spontaniczny błysk jest jak czekanie, aż prąd sam popłynie w kablu, którego nie podłączyliśmy do gniazdka.

Socjologia wskazuje, że wciąż dźwigamy bagaż archetypów. Kobiety często czują, że „powinny” być powściągliwe (by nie zostać ocenione), a jednocześnie hiperresponsywne (by zadowolić partnera). Mężczyźni z kolei dziedziczą skrypt „seksualnego eksperta”, który zawsze jest gotowy i wie, co robić.

Z naukowego punktu widzenia to doskonały przepis na frustrację. Badania nad elastycznością ról płciowych pokazują, że najszczęśliwsze pary to te, które potrafią się tymi rolami mądrze wymieniać. Przyznanie się do niewiedzy, zapytanie „co lubisz?” albo powiedzenie „dzisiaj nie mam siły być zdobywcą” jest zbliżające i więziotwórcze.

Zdrowe wzorce to takie, które zdejmują z nas ciężar bycia „perfekcyjnymi kochankami” na rzecz autentycznego przeżywania przyjemności.

Model wystarczająco dobry seks (GES), opracowany przez Metz i McCarthy’ego (2007), rewolucjonizuje podejście do seksu. Zamiast dążyć do idealnego zbliżenia (niczym z filmu), uznaje on, że seks nie zawsze musi być „niesamowity” — może być po prostu miły, relaksujący, a czasem wręcz nieudany, co jest naturalne. Akceptacja niedoskonałości zaś paradoksalnie obniża lęk, co sprzyja lepszej erekcji i łatwiejszemu osiąganiu orgazmu.

Inne badania (m.in. Sandnabba i Ahlberg, 1999) zwracają uwagę na elastyczność ról i dowodzą, że osoby, które nie trzymają się sztywno tradycyjnych ról płciowych (np. mężczyzna zawsze inicjuje, kobieta tylko przyjmuje), deklarują wyższą satysfakcję. Zdrowy wzorzec to taki, w którym inicjatywa jest współdzielona, a role w sypialni wynikają z nastroju, a nie z narzuconego kulturowo skryptu.

Równie istotna w tworzeniu zdrowych wzorców jest komunikacja „radykalnej szczerości”.

Większość z nas uczy się, że o seksie się nie mówi, tylko „to się czuje”. Nauka i doświadczenie gabinetowe dowodzą zgoła czegoś innego. Badania nad komunikacją seksualną (Reissing i inni, 2003) wykazują silną korelację między komunikacją werbalną a przeżywaną satysfakcją. Zamiast atakować lub zgadywać, czego chce partner, zachęca się do używania komunikatów typu: „Czuję się wspaniale, kiedy robisz X”, zamiast: „Nigdy nie robisz Y”.

Ostatnia podpowiedź dla dobrych wzorców to trening uważności (mindfulness). Dr Lori Brotto, pionierka w dziedzinie uważności seksualnej, udowodniła, że trening mindfulness znacząco pomaga kobietom z zaburzeniami pożądania. Zamiast planować w głowie listę zakupów podczas seksu (tzw. spectatoring — obserwowanie siebie z boku), uczymy się skupiania na doznaniach sensorycznych tu i teraz. To wycisza „hamulce” w mózgu.

Uświadomienie sobie, że głosy w naszej głowie dotyczące seksualności to nie nasze prawdy, a jedynie „echa starych filmów”, to pierwszy krok do tego, by w sypialni wreszcie poczuć się… u siebie i z sobą.

Bianca-Beata Kotoro — przyjmuje m.in. w Instytucie BEATA VITA w Warszawie. Psycholog i psychoterapeuta ze specjalizacją: seksuologiczną, onkologiczną i neurologiczną oraz superwizor ECE, wykładowca, edukator. Z pierwszego wykształcenia magister sztuki, artysta grafik, fotografik i projektant wnętrz. Autorka i współautorka kilkunastu książek edukacyjnych dla dzieci i młodzieży (m.in. „100 proc. mnie” czy popularny cykl „Trudne tematy”). Redaktor naczelna magazynu „Po Prostu Żyj”. Wieloletni ekspert radiowy i telewizyjny. Laureatka kilku prestiżowych nagród. Jako jedna z pierwszych osób wprowadziła w Polsce program opieki psychologiczno-seksuologicznej dla pacjentów z wyłonioną stomią. Wspiera dzieci i młodzież oraz kadrę terapeutyczno-psychologicznie w wielu miejscach typu placówki wychowawcze czy rodzinne domy dziecka

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version