— To głównie kobiety. Ruszają prawie pod linię zero, do piekła. Ewakuują głównie psy i koty, puszczone, porzucone przez ludzi, którzy uciekli przed wojną lub zostali zabici. To stąpanie po cienkim lodzie bezpieczeństwa, ale trzeba to robić — mówi w podcaście „Rachunek sumienia” o bohaterach swojej nowej książki reporter Wojciech Tochman.
„Delfiny i belzebub” to opowieść o ludziach, którzy z narażeniem życia ratują zwierzęta podczas wojny. Autor sam regularnie jeździ do Ukrainy i ewakuuje z frontu porzucone psy i koty. Książka Tochmana to, jak pisze wydawca, dokument mówiący o żałobie, cierpieniu i ekobójstwie, ale także o odwadze, o miłości do życia, o więzi człowieka i zwierzęcia.
Zaczęło się od tego, że jesienią 2023 r. Tochman pojechał do kijowskiego schroniska dla zwierząt. Okazało się, że jest to jedno z największych schronisk, jeśli nie największe w Europie. — Ponad 3 tys. zwierząt żyło tam w dosyć strasznych warunkach, choć były zaopiekowane, najedzone, zaszczepione — wspomina dziennikarz.
Po tej wizycie sam zaczął pomagać. Minęły dwa miesiące i wrócił do schroniska dumny z siebie — przywiózł pięć ton karmy. — Taki bus duży. Potem się okazało, że te pięć ton wystarcza na pięć dni w zimie — opowiada Tochman.
Od tamtego czasu pomoc się rozszerzyła (zbiórka wciąż trwa) i dziś razem z innymi ludźmi pomaga dwóm organizacjom, które jeżdżą na front ewakuować zwierzęta. — Prawie pod linię zero. Do piekła. I ewakuują stamtąd głównie psy i koty, które są opuszczone, porzucone przez ludzi, którzy uciekli przed wojną lub zostali zabici — mówi dziennikarz.
Strach przychodzi później
Akcja ewakuacyjna trwa nawet 20 godzin. — Bałem się, że nie wytrzymam tego fizycznie. Tam trzeba biegać, dźwigać, pies waży czasem 50 kg, trzeba go przenieść kilkadziesiąt metrów do samochodu. Ale dałem radę fizycznie. A psychicznie — to są ogromne emocje. To jest ogromny wyrzut adrenaliny. To jest fantastyczne uczucie, dopalacz. Pozwala ci działać szybciej. Być mocniejszym, szerzej widzieć, jaskrawiej. Ale też uzależnia. Strach przychodzi później, jak masz zjazd po tym haju. I sobie myślisz: Boże, gdzie ja byłem, co ja robiłem? Ale mija dzień, dwa i ktoś cię pyta: „Jedziesz z nami na ewakuację?”. A ja mówię: „Oczywiście. Jestem gotowy w tej chwili”.
Tochman mówi, że los ratowniczek i ratowników po wojnie będzie bardzo trudny. — Co oni zrobią ze swoim życiem? Teraz dokonują wspaniałych rzeczy, ratują setki zwierząt. To jest pierwszy raz w historii, w której zwierzęta tak bardzo się liczą. Ktoś wreszcie zauważył, że one też są ofiarami wojny. Okaleczone, chore, głodne, umierają z mrozu. To jest cały łańcuch ludzi — ratowniczki to głównie kobiety. Potem jest drugi szereg — ludzie, którzy prowadzą schroniska, domy tymczasowe, lekarze pracujący za półdarmo, ponad siły. I potem jest kolejna grupa ludzi, takich jak my, którzy mogą przyjąć te zwierzęta i je adaptować.
Wspierana przez Tochmana organizacja Animal Rescue Charków wywozi z Ukrainy do Europy Zachodniej ok. 200 psów i kotów miesięcznie. Wszystkie są sprawdzone przez weterynarzy, wykastrowane i zaszczepione. — Czasem zwierzę jest pięć dni w klinice w Charkowie, a czasem kilka miesięcy. Klinika jest pod ziemią, żeby zwierzęta, kiedy wyją alarmy, nie były dodatkowo traumatyzowane. Dzieją się tam w tych strasznych czasach tak wspaniałe rzeczy, że stwierdziłem, że nie mogę, będąc reporterem, tego nie zapisać — tłumaczy Tochman.
Wojna na własnych zasadach
Jedna z bohaterek Tochmana mówi, że 20 proc. populacji to ludzie, którzy w trudnych momentach mają w sobie empatię. — Reszta, to ja już sobie dopowiadam, to ludzie, na których nie ma co liczyć, bo instynkt każe im myśleć o sobie — mówi Rigamonti.
— Trudne będzie dla wielu ludzi pojęcie, że życie psa i kota jest dla niektórych warte tyle, ile życie ludzkie — przyznaje Tochman i opowiada dalej: — Ratowniczki dokonały wyboru: wiedzą, że jadąc na ewakuację, mogą zginąć. Pchają się pod te drony, odłamki, pod linię zero. Niektórym będzie wydawało się to szaleństwem, głupotą — no jak można ratować cudzego psa? Oni robią te szalone rzeczy, ja sobie to tak tłumaczę, żeby nie oszaleć. Żeby przeżyć tę wojnę na własnych warunkach, żeby przeżyć tę wojnę z wysoko podniesioną głową. Ratując zwierzęta, pokazujemy coś nie tylko sobie, ale też agresorowi. Pokazujemy, że my jesteśmy moralni, a wy nie.My ratujemy zwierzęta, a wy zjadacie czasem psy, bo jesteście głodni, bo wam Putin nie dał wystarczająco dużo jedzenia.Pokazujemy, że nie jesteśmy bezradni, że jesteśmy sprawczy. Nie możemy uratować swojego kraju, ale ratując zwierzęta, nadajemy sens każdemu życiu.
Tochman mówi, że kiedy nie jest w Ukrainie, codziennie martwi się o poznanych na wojnie ratowników. I pisze do nich, żeby upewnić się, że nic im nie jest. — Jedna z nich, Lala, odpisała: „tak, znowu wszyscy przeżyliśmy, hura!”. To stąpanie po cienkim lodzie bezpieczeństwa, ale trzeba to robić.
Rigamonti pyta reportera, czy nie chciał skończyć z pisaniem i zająć się życiem w swoim domu na greckiej wyspie, na którą przeniósł się kilka lat temu, sprzedając mieszkanie w Warszawie. — Miałeś tłoczyć oliwę, konserwować figi, wieść dobre życie. Wojna zaczęła się 22 lutego 2022 r. i powiedziałeś, że tam nie jedziesz — przypomina Tochmanowi Rigamonti.
A on tłumaczy, że nie skończył z pisaniem kategorycznie, ale czekał na temat, który by go zaangażował na tyle, żeby poświęcić mu czas. — Ale miała nie być to wojna, zabijania mam już dość — przyznaje Tochman, który w poprzednich książkach opisywał m.in. ludobójstwa w Rwandzie czy na Bałkanach. — Ale tam pojechałem i wpadłem jak śliwa w kompot (…) Te psy są wystraszone. Wychudzone. Ranne, głównie od odłamków. Odłamkiem może być wszystko. Może być kawałek szklanki, kawałek drewna, futryny. Klamka. Śrubka. Ale po wybuchu ma taką energię kinetyczną, że lata jak muchy.
Czym jest „Rachunek sumienia”?
Kościół — dla jednych skompromitowana instytucja, cynicznie wykorzystująca religię jako narzędzie do zarabiania pieniędzy. Dla drugich opoka oraz źródło wszelkiego dobra i miłości. „Rachunek sumienia” to nie jest podcast tylko o Kościele. To podcast o ludziach, na których kariery, a czasem i całe życie, wpływ miała (lub nadal ma) instytucja, jaką jest Kościół katolicki. Jeśli nie macie w sobie uczuć religijnych, koniecznie posłuchajcie. Jeśli je w sobie macie — posłuchajcie tym bardziej.

