Nocami śnili mi się pacjenci. Wytykali mnie palcami i mówili: to on, doktor narkoman. Opowieści uzależnionych lekarzy.
Był kiedyś taki gość, on już nie żyje, co przychodził na spotkania Anonimowych Narkomanów i mówił, że nałogowiec to jest mistrz planowania. Musiał mieć ze 60 lat, przestał ćpać w młodości, ale do śmierci chodził na mityngi, żeby sobie przypominać, co to robi z ludźmi. I żeby powiedzieć młodym (narkomani są prawie zawsze młodzi, bo szybko umierają), żeby nie tracili nadziei. Skoro mnie się udało, to i tobie się uda, kwiatuszku — mówił.
Bartosz myśli o tym, patrząc na zegarek. Ostatnia dzienna apteka, w której sprzedają ampułki z morfiną, zamyka się za 15 minut. Miał wszystko zaplanowane co do minuty, ale Magda później wróciła od rodziców i teraz trzeba improwizować. I nie pokazać po sobie, że ma się gorączkę i dreszcze.
— To ja wezmę Bunia na spacer — mówi. A potem lecą z jamnikiem Buniem do samochodu i do jedynej całodobowej apteki, w której mają, co trzeba (morfinę mają też na Banacha, ale to przy szpitalu).
— Pan tak po nocy, doktorze? — pyta aptekarka.
— Pacjentka cierpiąca.
— Pan to jest dobry doktor.
Pięć minut później Bartosz robi sobie zastrzyk. Używanym zestawem insulinowym i bez dezynfekcji. Na studiach uczą, że od tego się dostaje sepsy. Nieprawda. Jezusie, nareszcie ulga.
Kliknij, by przeczytać więcej.
Foto: Newsweek
1.
Piotrek jest psychiatrą. Z wykształcenia, z zawodu już tylko trochę. Pracuje w klinice leczącej medyczną marihuaną.
— Musisz coś pozmieniać — powiedział kiedyś kolega ratownik medyczny, kiedy mu po znajomości robił detoks na kroplówkach. — Mało to żywych trupów widujesz na wizytach?
Trochę się na nich Piotrek napatrzył, to fakt. Zapisują się na terapię i kombinują. „Źle się czuję, doktorze: mam kłopoty w domu, w pracy, w związku, z dziećmi, z żoną, matką. Mam lęki, mam depresję, mam ataki paniki”. Na każde z tych nieszczęść chcą lek. Jaki? A, kolega kiedyś brał, taki na „x” chyba. Xanax? O to, to.
— Od razu widziałem, że przyszli po receptę na benzodiazepiny. Starali się wyjść na niewiniątka, nie wiedzieli, że jestem jednym z nich. A jestem tak samo uzależniony jak oni. Tylko że ja miałem dostęp, a oni nie.
W szczytowym okresie Piotr brał osiem miligramów Xanaxu dziennie. Normalny człowiek jak weźmie pół, to się robi senny. A on jak wziął pół, to go nawet nie przestawało telepać.
— Dlaczego ludzie się uzależniają? Nie ma jednej odpowiedzi. Ja przez całe życie zapiep******, od podstawówki. Zawsze był cel. Dostać się do najlepszego liceum, potem na medycynę, zaliczać na pięć, potem specjalizacja, szpital, własna praktyka. Zapisać się na karate. Zdobyć pas. Wziąć kredyt na mieszkanie, spłacić. Sprzedać. Kupić segment. Zmienić samochód. Wziąć rodzinę na wakacje.
Co jeszcze, co jeszcze? — pytał nieustannie głos w głowie Piotrka. Jaki nowy cel sobie stawiamy?
— Kiedyś mnie te rzeczy cieszyły, ale szybko przestawały. Piłem dużo alkoholu, ale alkohol zmienia twarz, a ja chciałem wyglądać młodo. No i alkohol czuć, zawsze się bałem, że w klinice wyczują.
Piotrek pamięta takie poniedziałki. Pierwszy pacjent na trzynastą, on po dwóch prysznicach, wypachniony, twarz wysmarowana kremem, ale w głowie szumi, oczy podkrążone, w ustach posmak wódki. — Miałem lęki, że wszyscy to widzą, wiedzą, że jestem pijakiem, słyszą po głosie. Pacjenci chcą lekarzowi zaufać, w głowie im się nie mieści, że ten lekarz chla i ćpa. Zacząłem brać benzodiazepiny. Najpierw doraźnie, jak miałem gorszy czas. A potem już poszło.
2.
Lekarz, który jest pod wpływem benzodiazepin czy opiatów, może być zwyczajnie niebezpieczny dla pacjenta — mówi dr Bohdan Woronowicz, psychiatra, psychoterapeuta i specjalista leczenia uzależnień. — Tak samo, jakby był pijany. Zależy, jaką przyjął dawkę, jaką ma tolerancję. Ale każda ilość każdej substancji psychoaktywnej zmienia nasze reagowanie, myślenie. Łatwiej wtedy popełnić błąd. To dlatego nałogi lekarzy są szczególnie niebezpieczne. Bo to nie tylko lekarz upada. Ale ilu pacjentom on może zrujnować zdrowie?
— Jeśli lekarz jest uzależniony, to musi wziąć substancję, żeby jakkolwiek funkcjonować.
— No tak, tylko że dziś już naprawdę wiemy, jak to leczyć. Znam tysiące osób, które sobie poradziły z tym problemem. Tylko wielu z nich trzeba do tego najpierw przymusić. Ja bym powiedział takiemu doktorowi: albo się idziesz leczyć, albo idź pan do ogarniania śniegu. Wybieraj. Nie może być zgody, żeby ktoś pod wpływem substancji psychoaktywnych wykonywał zawód lekarza. Skala problemu jest naprawdę potężna. Załóżmy — bardzo konserwatywnie — że 10 proc. lekarzy ma problem z przyjmowaniem substancji. Mówimy o 20 tys. osób. Oni wymagają pomocy specjalistów, ludzi, którzy będą wiedzieli, jak z nimi rozmawiać i jak ich słuchać.
— A może nie każdy od razu ma problem? Nie zna pan chirurgów, co mówią, że przed operacją warto wypić lufę, żeby dłonie nie drżały?
— Każda ilość alkoholu opóźnia czas reakcji. Każda zmienia to, jak myślimy, jak reagujemy. Skoro kierowcom zabrania się jazdy pod wpływem, to jakim cudem lekarzom miałoby się pozwalać iść do pracy po przyjęciu jakiejkolwiek substancji? Tu nie chodzi o to, żeby lekarzy karać, ale by im pomóc. Dać wybór: albo idziesz się leczyć, albo zabieramy ci prawo do wykonywania zawodu. Od lat 90. do nastych ponad połowa przypadków odebrania lekarzom prawa do wykonywania zawodu to była kwestia uzależnień. Nieraz podpadłem środowisku, mówiąc takie rzeczy, ale tu nie ma miejsca na zabawę. Druga szansa? Jak najbardziej. Ale pod warunkiem, że się pójdziesz leczyć.
— Ale żeby się pójść leczyć, to się trzeba przyznać. Przed sobą, przed światem. A to trochę wstyd.
— Rzeczywiście uważa się, że uzależnienie jest powodem do wstydu. To dlatego ludzie się ukrywają, nie tylko z obawy przed utratą prawa do wykonywania zawodu, ale właśnie — kto wie czy nie bardziej — ze wstydu. Często koledzy się wzajemnie kryją. Powinny istnieć komisje, które by stawiały diagnozę. Jeśli taka komisja stwierdziłaby, że ta osoba jest uzależniona, to znaczy, że jest chora. A jak chora, to wymaga leczenia. Jeśli lekarz jest pod wpływem w pracy, to znaczy, że nie mógł się powstrzymać. A jak się nie mógł powstrzymać, to najprawdopodobniej ma problem. Ja nie chcę walczyć z lekarzami, przeciwnie: uważam, że należy ich wesprzeć. Ludzie się uzależniają niezależnie od pochodzenia i wykonywanego zawodu.
3.
Człowiek uzależniony ma inny rytm biologiczny od osoby zdrowej — opowiada Piotrek. — Zdrowy człowiek musi zjeść, napić się wody, pójść spać. Potrzebuje trochę świeżego powietrza, trochę ruchu i towarzystwa. A uzależniony co kilka godzin musi przyjąć substancję. To jest tak, jakby się działało na baterie.
Zaczyna się od głowy. Im częściej się przyjmuje substancję, tym gorzej się bez niej funkcjonuje. Przykład: trudny dzień w pracy. Normalny człowiek wróci do domu, pogada z partnerką czy partnerem albo z kumplem. Przemyśli wszystko. Niech się nawet napije. Następnego dnia idzie do roboty, wyjaśnia co trzeba, odrobi lekcję, czego nie robić, do jakich sytuacji nie doprowadzać. A jak to nie była jego wina, tylko po prostu coś się stało, to machnie ręką i życie toczy się dalej. Uzależniony człowiek na wszystko reaguje tak: trzeba przyjąć. Zły dzień w pracy? Kłótnia w domu? Tragedia w rodzinie? Przyjmij. I od razu jest lepiej.
— Niestety z czasem, bardzo szybko, zmniejsza się tolerancja na trudne wydarzenia. Najmniejszy kłopot jest pretekstem do tego, żeby się nawalić. Substancja staje się protezą, bez której nie potrafisz funkcjonować. Aż w końcu przychodzi faza ostateczna. Musisz ćpać, żeby żyć. Rzeczywistość wydaje się wroga i koszmarna, nie do przyjęcia na trzeźwo. A ty przecież ludzi leczysz! Niestety empatia spada ci niemal do zera. Słuchasz, co mówią, że mają depresję, że coś im się strasznego przytrafiło.
Wypisujesz receptę i czekasz, aż pójdą. Wkurzasz się, że jęczą, czemu nie pójdą jęczeć gdzie indziej. Powoli przestajesz być człowiekiem. Przez cały ten czas musisz zagłuszać w głowie głos, który ci przypomina, że jesteś złą osobą. Zawiodłeś, Piotruś. A jeśli się ktoś dowie, odbiorą ci wszystko, na co tak ciężko pracowałeś.
4.
Najgorszy jest strach, że się ludzie dowiedzą. Narkotyki to jest ta jedna, jedyna rzecz, której lekarzowi absolutnie nie wolno robić, bo jest po człowieku.
— Jeden stary doktor powtarzał, że cokolwiek robisz, niech ci się ręka nie omsknie, żebyś nie spróbował opioidów, bo wtedy jest koniec, z człowieka zostaje wiór — opowiada Bartosz. — Dziś są inne czasy. Młodsi lekarze nie piją w pracy. Kiedyś każdy każdego krył. Znałem chirurgów, co nie podchodzili do pacjenta, jak nie wypili szota wódki. Wszyscy o tym wiedzieli: inni lekarze, pielęgniarki. Pamiętam dyżur w dużym szpitalu, ze 20 lat temu: przychodzi koleżanka i mówi, że na neurologii mają trudny przypadek, potrzebują kogoś do trudnej pacjentki. No to ja lecę, taki się czuję doktor House, jak to młody lekarz. A tam stoi taka mała babunia z wnukiem. W całej sali śmierdzi wódką. Lekarz mówi: pani powtórzy doktorowi, co się u pani wydarzyło. A babunia: — Ble, ble, ble — w nieistniejącym języku. „No! Doktorze, to na co pan stawia? Ja na wylew”. A potem wstaje, chwiejnym krokiem idzie do drzwi, na odchodne rzuca do tego chłopaczka: „Pani zostaje, a pan do domu. Mamy zagrożenie życia!”. I łup drzwiami. To był świetny lekarz, mówili, że wybitny. Żartowało się, że badań nie trzeba robić, bo on po prostu widzi, co komu dolega. Pracował do starości, a jak poszedł na emeryturę, to zaraz umarł.
Ale Bartek spróbował. Za pierwszym razem to było jak próbowanie trawki na licealnej imprezie. Trochę strach, trochę wstyd. Wiedział dokładnie, jaką dawkę powinien przyjąć, żeby poczuć narkotyczne działanie morfiny. Potem przez kilka dni nie potrafił przestać o tym myśleć. Jakie to było piękne.
— Ludzie myślą, że po opiatach są nie wiadomo jakie fazy, ale nie ma żadnych. Jest tylko całkowita i absolutna błogość. Wydaje mi się, że w sensie psychicznym uzależniłem się już po tym pierwszym razie. Czułem, jakbym przeszedł na drugą stronę. Miałem sekret.
Co oni wiedzą, ci inni lekarze! — myślał czasem. Postanowił podejść do sprawy odpowiedzialnie (bo od początku było wiadomo, że na tym jednym razie się nie skończy). Raz na dwa tygodnie, nigdy częściej. Wkłucia w różne miejsca na ciele, żeby Magda nie zauważyła.
Za pierwszym razem odczekał równe dwa tygodnie. Ale za drugim już nie. — Zacząłem brać po kilka razy w tygodniu. Potem codziennie. Po kilkunastu dniach codziennego przyjmowania miałem pierwszy głód. Wystrzeliłem do apteki z samego rana, chodziłem wokół budynku, czekając, aż otworzą. Potem się dogadywałem z kolegą. Przepisywaliśmy leki na pacjentów, najlepiej staruszków. Potem przeszedłem na Dolargan, znacznie mocniejszy lek, którego już się w Polsce nie stosuje. Wszędzie miałem to pochowane. Musiałem się ukrywać przed Magdą, przed rodziną, przed znajomymi. Ale najbardziej w pracy. Na oddziałach nie ma miejsca na lekarzy narkomanów. Jak mnie pierwszy raz złapali na podbieraniu leków, poszedłem do szefa na dywanik. Stary doktor, wszystko w życiu widział. Zapytał, czy ma mnie wywalić z pracy, napisać raport, czy idę się leczyć. Wybrałem trzecią opcję. Trzy lata byłem czysty. A potem to wróciło. Nie wiem, jak wytrzymałem te trzy lata w szpitalu. Wszędzie leki, ampułki, strzykawki.
Kolejny ciąg trwał pół roku. Znowu wpadka. I znów Bartek przysięgał, że pójdzie do ośrodka, tylko niech mu nie zabierają jego ukochanego zawodu. Bo on ten zawód naprawdę kochał.
— Dopiero w trakcie trzeciej terapii zrozumiałem, że już nigdy nie będę mógł pracować w szpitalu. Nocami śnili mi się pacjenci. Wytykali mnie palcami i mówili: to on, doktor narkoman. Przenieśliśmy się z rodziną do małej miejscowości, poszedłem do pracy w przychodni. W końcu całkiem zrezygnowałem z zawodu. Całe życie marzyłem, żeby być lekarzem. Byłem dumny. Z tego, że pomagałem ludziom, ale też — wstyd przyznać — że miałem taką wiedzę o ludzkim ciele i taką nad nim władzę. Ludzie ostatnio lubią narzekać na lekarzy. Nie wiedzą, że przeciętny lekarz kocha ten zawód bardziej niż cokolwiek na świecie. Że cierpi, jak pacjent choruje, jak mu się nie da pomóc. Nikt nam nie mówi, co robić ze stresem. Nikt nie mówi, co robić z rozpaczą rodzin pacjentów, kiedy się im odbiera nadzieję. Bardzo trudny zawód, a mimo to na samą myśl, że mógłbyś go stracić, wpadasz w panikę. Kim jestem? Jestem lekarzem. To jest podstawowy element twojego człowieczeństwa. Czy kiedykolwiek popełniłem błąd w pracy przez narkotyki? Mam nadzieję, że nie. Ale byłem jak kierowca, który jeździ na podwójnym gazie. Kiedyś bym w końcu komuś zrobił krzywdę.
Tekst publikujemy w ramach cyklu „Pod presją. Psychiczne koszty kariery”, poświęconego zdrowiu osób aktywnych zawodowo. Opowiadamy w nim o kryzysach, przeciążeniu, depresji i innych problemach, które często pozostają niewidoczne, choć dotykają milionów pracujących Polaków.
***
Jeśli mierzysz się z kryzysem psychicznym, nie jesteś sam/sama. W tych miejscach znajdziesz pomoc:
- Dorośli w kryzysie psychicznym: Zadzwoń pod numer: 800 70 22 22 (Centrum Wsparcia) lub 116 123 (Ogólnopolska Poradnia Telefoniczna).
- Funkcjonariusze i pracownicy służb mundurowych, ratownictwa medycznego i ich rodziny: 800 702 430
- Dzieci i młodzież: 116 111 (Telefon Zaufania dla Dzieci i Młodzieży).

