W Polsce lokalnej mamy dziś do czynienia nie z jednym, ale z dwoma populizmami. Ten prawicowy jest dość oczywisty i wielokrotnie był już opisywany. Ale jest też drugi. Zaobserwowała to grupa badaczy, która udała się do miejsca, które dzięki środkom z UE stało się jednym z sadowych zagłębi Europy.
Co sprawia, że wyborcy zwracają się ku populistom i radykałom? Co nakręca polaryzację dzielącą coraz więcej demokratycznych społeczeństw? Na całym świecie socjolodzy, politolodzy czy dziennikarze szukają odpowiedzi na te pytania.
W Polsce w poszukiwaniu odpowiedzi grupa badaczy kierowana przez prof. Przemysława Sadurę z Uniwersytetu Warszawskiego oraz Instytutu Krytyki Politycznej udała się do miasta położonego na Wareckim Szlaku Jabłkowym. Wybrali miejsce, które dzięki środkom z Unii Europejskiej i dostępowi do wspólnego rynku stało się jednym z sadowych zagłębi Europy. Znajdujące się niedaleko progresywnej Warszawy miasteczko, w którym w drugiej turze ostatnich wyborów prezydenckich z wynikiem ponad 60 proc. wygrał Karol Nawrocki, a w pierwszej wyższe niż średnie poparcie zdobył Sławomir Mentzen.
Badacze i badaczki rozmawiali z kilkudziesięcioma osobami, zarówno z lokalnych elit, jak i klasy ludowej. Ze zwolennikami koalicji rządzącej i prawicowej opozycji. Wnioski z tych rozmów znajdują się w wydanym właśnie nakładem Instytutu KP raporcie „Ludzie bezwstydni”. Jakie są jednego najważniejsze ustalenia?
Nie jeden, a dwa populizmy
Z badań wyszło, że w Polsce lokalnej mamy dziś do czynienia nie z jednym, ale z dwoma populizmami. Pierwszy, prawicowy jest dość oczywisty i wielokrotnie był już opisywany w literaturze. Nowy raport Instytutu KP potwierdza ustalenia zeszłorocznego, przygotowanego po wyborach prezydenckich raportu Przemysława Sadury i Sławomira Sierakowskiego zatytułowanego „Nowy duopol obali ten system”.
Wskazywał on, że za zwycięstwem Nawrockiego w drugiej turze stała konsolidacja całego elektoratu prawicy wokół takich wartości jak radykalizm, akceptacja autorytaryzmu, suwerenizm i antysystemowość. Tym postawom towarzyszy cały szereg uprzedzeń i wrogich postaw wobec takich grup, jak migranci czy społeczność LGBT+.
Te same wartości integrują elektorat prawicowy w badanym miasteczku z Wareckiego Szlaku Jabłkowego. I to mimo że często wchodzą one w konflikty z realnymi doświadczeniami i interesami zamieszkujących go wyborców prawicy. Suwerenizm z jego co najmniej nieufnością do Unii Europejskiej oraz do migrantów powinien mieć teoretycznie ograniczone pole oddziaływania w miejscowości, która zawdzięcza swój rozwój integracji Polski z UE. Miejscowości, której ekonomiczny model zależy od tego, czy co roku uda się zatrudnić dość ludzi koniecznych do zebrania owoców w sadach — a w praktyce do takich prac trzeba zatrudniać migrantów, bo Polacy nie chcą ich wykonywać za stawki, jakie gotowi są płacić sadownicy.
Obok populizmu prawicowego autorzy raportu identyfikują jednak drugi, liberalny. Co go charakteryzuje? Po pierwsze, zapiekła niechęć, by nie powiedzieć — nienawiść do liderów drugiego obozu. W przytaczanych wypowiedziach z wywiadów szczególnie dostaje się prezydentowi Nawrockiemu. Ta niechęć do liderów przekłada się na negatywne uczucia do całego prawicowego elektoratu. „Populizm liberalny” ma skłonność do postrzegania wyborców prawicy jako ludzi nieracjonalnych, zacofanych, pozbawionych elementarnej wiedzy, przynoszących wstyd polskiej wspólnocie. Jest też niechętny wszelkim wydatkom socjalnym — nazywanym zresztą „rozdawnictwem” — służącym grupom głosującym na PiS i okolice.
Zwolennicy tej postawy, choć podkreślają swoje przywiązanie do liberalnej demokracji, to jednocześnie byliby skłonni zaakceptować radykalne rozwiązania w rozliczeniach z PiS. Deklarują też zmęczenie polską polaryzacją, obwiniając za nią jednak wyłącznie drugą stronę — podobne podejście daje się zresztą zaobserwować także wśród zwolenników populizmu prawicowego.
Emocje, nie interesy
Co napędza oba te populizmu i polaryzację między nimi? Raport stawia mocną tezę: to raczej emocje, a nie sprzeczności twardych, np. ekonomicznych interesów. Jakie konkretnie emocje? Głównie krucha duma z własnych sukcesów, lęk przed utratą statusu, związany z tym wstyd, w obu wypadkach przenoszony na innych — tzn. polska liberalna wstydzi się za tę pisowską i odwrotnie.
Autorzy raportu podkreślają, że mieszkańcy badanej przez nich okolicy są dumni z postępu, jaki uczynił ten region. Ta duma jest jednocześnie krucha i podszyta licznymi lękami. Prawicowi populiści nawet jeśli mają świadomość, jak wiele zawdzięczają UE, to europejskie instytucje postrzegają jako zewnętrzną siłę, nadmiernie wtrącającą się w polskie sprawy i próbującą narzucać Polakom niekorzystne regulacje.
Przemiany kulturowe, domaganie się widoczności i szacunku przez takie grupy, jak społeczności LGBT+ czy migranci sprawiają, że prawicowi populiści czują się „obcy we własnym kraju”. W cytowanych w raporcie fragmentach wywiadów powracają skargi, że osoby LGBT+ za bardzo „się afiszują” z orientacją, a Ukraińcy przyjmowani są bez kolejki do lekarza. Motyw „obcego”, który bez kolejki zyskuje dostęp do rzadkiego dobra — np. wizyty u lekarza specjalisty na NFZ — przypomina to, co amerykańskiej antropolożce Arlie Russell Hohschild mówili bohaterowie jej książki „Obcy we własnym kraju” przedstawiciele amerykańskiej klasy ludowej z Luizjany. Tłumaczyli oni, że mają dość sytuacji, gdy do kolejki po „amerykański sen”, w której oni cierpliwie czekali na swoją kolej, ciężko pracując całe życie, wpychają się kolejne grupy, zwłaszcza mniejszości rasowe i seksualne. A ponieważ postrzegali Partię Demokratyczną jako sprzyjającą tym mniejszościom, to głosowali na republikanów — nawet jeśli polityka republikańskich administracji uderzała w ich ekonomiczne interesy.
Z kolei przedstawiciele liberalnego populizmu w niewielkim miasteczku głosującym na prawicę mają poczucie życia w oblężonej twierdzy. Czują się jak ostatni legion desperacko broniący imperialnego fortu obleganego przez siły barbarzyńców niosące wyłącznie zniszczenie i destrukcję — co sprzyja ich radykalizacji.
Utracona siła zawstydzania
Wielu przedstawicieli „liberalnego populizmu”, z którymi rozmawiają autorzy wywiadów, przez całe życie wykonywało inteligenckie zawody — nauczycieli, bibliotekarzy, urzędników — pozwalające myśleć im o sobie jako o postaciach opiniotwórczych, liderach swojej społeczności. Jak jednak pokazuje raport, zarówno ci lokalni liderzy, jak i cała, ogólnopolska, widoczna w mediach liberalna elita utraciły siłę do zawstydzania prawicowej klasy ludowej. Najlepiej pokazały to zeszłoroczne wybory prezydenckie, podczas których wszystkie mechanizmy zawstydzania, jakie próbowano uruchomić wobec Nawrockiego i jego wyborców, nie zadziałały.
Raport kończy zapuszczająca się raczej w rejony publicystycznej spekulacji konkluzja, że liberalna elita nie tylko nie potrafi zrozumieć, że jej próby zawstydzania już nie działają, ale wydaje się wręcz uzależniona od przyjmowania pouczająco-zawstydzających postaw. Jako przykład autorzy podają reakcje na pierwszy telewizyjny wywiad Marty Nawrockiej. Nawet zgadzając się z tą diagnozą można by zapytać, czy po drugiej stronie nie ma konserwatywnych mechanizmów zawstydzania — prawicowa elita ciągle próbuje przecież zawstydzić liberałów, zarzucając im „ojkofobię” albo „pogardę dla zwykłych Polaków”.
Ciekawsza jest jednak inna kwestia: jak wyjść z emocjonalnej pułapki, którą trafnie diagnozuje raport, z błędnego koła kruchej dumy, wstydu i polaryzacji, którą potępiają, jednocześnie coraz głębiej się w nią angażując obie strony? Jaka siła polityczna mogłaby wskazać wyjście? Raport „Ludzie bezwstydni” na razie tylko pokazuje, jak kluczowe jest postawienie tego pytania — na odpowiedź na nie możemy, niestety, sporo poczekać.