Tematy związane z niewolnictwem i rasizmem coraz częściej powracają w światowej literaturze i kulturze. W trend ten wpisuje się również Ildefonso Falcones, autor „Katedry w Barcelonie”, który powraca po latach z powieścią „Niewolnica wolności”.

Ildefonso Falcones: — Bo to temat, który nigdy nie przestał być aktualny. Hiszpania była ostatnim krajem zachodnim, który zniósł niewolnictwo w koloniach. Miało to miejsce dopiero pod koniec XIX w. Moi dziadkowie żyli w tamtych czasach. To nie jest odległa przeszłość. Często myślimy o niewolnictwie jako o czymś dawno zakończonym, ale ono wciąż rezonuje – w strukturach, w mentalności, w majątku wielkich rodzin i firm. Pisanie o tym było dla mnie powrotem do rzeczywistości i do samego siebie.

– Myślę, że literatura może uświadamiać, inspirować, ale nie ma realnej siły sprawczej. My już wiemy, kto się wzbogacił na niewolnictwie – są analizy, nazwiska, dokumenty. I są organizacje, które domagają się reparacji. Niektóre banki już się do tego przyznały. Ale nacisk ze strony literatury? Nie sądzę. Kiedy jednak książka jest uczciwa, opowiada prawdę, a nie ucieka w stereotypy, wtedy może poruszyć sumienia. A to nie jest mało.

– Dla mnie prawda historyczna to fundament. Fikcja może istnieć tylko w jej ramach. Gdy opisuję warunki pracy na plantacjach, rytuały czy posiłki niewolników, chcę, żeby czytelnik wiedział, że to wszystko opiera się na źródłach. Kiedy kończy lekturę, nie powinien mieć potrzeby sprawdzania faktów. Jeśli popełniam błędy, to nieświadomie – ale nigdy nie tworzę „własnej” historii. Jest jedna rzeczywistość, którą trzeba uszanować. Fikcja może się w nią wpasować, ale nie może jej fałszować.

– Tak, to było najtrudniejsze. Religie afrykańskie faktycznie nie mają kanonicznych tekstów. To duchowość przekazywana ustnie – i niestety często sprowadzona dziś do folkloru czy turystycznej atrakcji. Starałem się patrzeć na nią bez wyższości – traktować ją z takim samym szacunkiem, jakim obdarzamy chrześcijaństwo czy judaizm. Są trzy, może cztery naprawdę wartościowe prace – w tym „El Monte”, książka Lydii Cabrery, kubańskiej pisarki i etnografki. Dzięki nim mogłem pokazać duchowość jako jedyny obszar, w którym zniewoleni zachowali wolność.

– Jestem wierzącym katolikiem. Dla mnie religia to nie rytuał, ale sposób istnienia. I choć piszę o duchowości innych kultur, staram się to robić z autentycznym szacunkiem. Te religie nie są mniej „prawdziwe”. Po prostu ich bogowie są inni – kapryśni, złożeni, przypominający ludzi. Dlatego są tak interesujący literacko.

– Zdecydowanie. Kobiety w literaturze mają tę niezwykłą zdolność do łączenia racjonalności z intuicją, odporności z emocjonalnością. A w „Niewolnicy wolności” to właśnie kobiety musiały opowiedzieć tę historię – bo to one doświadczały niewolnictwa w podwójnym wymiarze. Pracowały tak samo ciężko jak mężczyźni, były tak samo bite, głodzone, wycieńczone. Ale jednocześnie traktowano je jako narzędzie „hodowlane” – rodziły dzieci, które z góry były skazane na niewolę. To potworne, ale prawdziwe. Ich ciała były polem walki – o godność, o przetrwanie, o zachowanie resztek duchowej wolności.

– Orisze – bóstwa afrykańskie – są nie tylko mitem, lecz także sposobem istnienia. Jemaja nie jest tylko symbolem – ona jest częścią ich tożsamości. W momencie, gdy wszystko zostało im odebrane, to właśnie w religii odnajdywały autonomię. I to była dla mnie najgłębsza motywacja – oddać kobietom głos. Pokazać, że nawet w systemie, który chciał je zniszczyć, one były w stanie tworzyć – więzi, opór, sens.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version