— Cały czas mamy w Holandii łatkę imigranta, tego obcego. I niestety wciąż panuje tu przekonanie, że odbieramy Holendrom pracę — opowiada Łukasz Kulik, który w Holandii spędził 10 lat. A planował wyjechać tylko na kilka miesięcy.
NEWSWEEK: Po dziesięciu latach w Holandii postanowił pan wrócić do Polski. Dlaczego?
Łukasz Kulik: Bo życie tutaj niekiedy przypominało wegetację. Rano pobudka, śniadanie, zakupy i do pracy. A tam mobbing, brak szacunku, ignorowanie praw pracowniczych.
A dlaczego wyjechał pan z kraju?
— Studiowałem filologię rosyjską na Uniwersytecie Adama Mickiewicza w Poznaniu i po wyrwaniu się z rodzinnego miasta niestety wpadłem w wir imprez, a przy okazji też w spiralę zadłużenia, bo brałem szybkie kredyty i chwilówki. Niestety rodzina nie była w stanie pomóc mi w spłacie tych długów, mimo że próbowała. Za namową siostry udałem się więc do biura pośrednictwa pracy oferującego zatrudnienie za granicą. Tam miałem pierwszą weryfikację: testy językowe. Przeszedłem je, zabrałem ulotki, powiedziałem siostrze, że zrobiłem, jak chciała, ale na pewno się nie dostanę.
Łukasz Kulik w Muzeum Madame Tussauds w Amsterdamie. W tle figury holenderskiej pary królewskiej
Foto: Łukasz Kulik / Newsweek
A jednak do pana zadzwonili?
— Dostałem telefon w środę, pani powiedziała, że ma dwie informacje: jedna jest dobra, a druga być może gorsza. Dobra była taka, że zakwalifikowałem się do pracy, a gorsza, że wyjazd był w najbliższą sobotę. Nie miałem nic do stracenia, pojechałem do mamy, opowiedziałem, jak wygląda sytuacja, ale nie mieliśmy zbyt dużo czasu na zastanawianie się, co zrobić. Wyjechałem do Holandii, miałem wtedy 28 lat. Planowałem tutaj zostać parę miesięcy, a minęło już 10 lat.
Słyszałam, że wielu Polaków przyjeżdża do Holandii, uciekając przed czymś z Polski. Pan też chciał zostawić problemy za sobą i zacząć nowe życie?
— Ja jestem gejem, a to były początki rządów Prawa i Sprawiedliwości, politycy tej partii mieli zakusy, żeby nas totalnie zepchnąć na margines. I to był kolejny powód, żeby z Polski wyjechać.
Pamięta pan pierwsze dni w Holandii?
— Tak. Jeszcze podczas tej pierwszej rozmowy w agencji pracy pokazywano mi zdjęcia z hotelu pracowniczego, do którego miałem trafić. Wszystko było ładnie, ale okazało się, że zostałem zakwaterowany w bardzo popularnych w Holandii bungalowach — blaszanych domkach, na ogół w lesie. W moim był maleńki pokój, materac na podłodze. Nie było dostępu do internetu. Nie znałem języka, nie miałem, jak skontaktować się z siostrą. Mieszkałem z ludźmi w różnym wieku, którzy nie budzili zaufania.
Nawiązał pan jakieś znajomości z rodakami?
— Starałem się unikać głębszych relacji. Owszem, miałem kontakty na zasadzie: cześć, co u ciebie słychać, jak tam? Ale świadomie nie chciałem niczego więcej. Bardzo wiele osób chwaliło się tym, że pali marihuanę, zażywa jakieś inne substancje. Wiadomo, mieszkamy w kraju, w którym jest to w określonych granicach prawa legalne. Ja jednak nie chciałem. Nie ukrywam, że byłem wtedy przytłoczony jeszcze tymi długami, stąd moje wycofanie. Po dwóch tygodniach udało mi się przenieść do hotelu pracowniczego, tam było już w porządku.
A ta pierwsza praca?
— Na magazynie, w chłodni, polegała na kompletowaniu zamówień, czyli zbieraniu produktów do centrów dystrybucji. Oczywiście, obowiązywała tzw. norma — byliśmy rozliczani z tego, ile produktów na godzinę zebraliśmy. Wtedy pierwszy raz zetknąłem się z pracą pod presją czasu.
Jak pan dawał sobie radę?
— Moja pierwsza myśl była taka, że sobie nie poradzę, chyba jednak się nie nadaję, nie odnajdę się wśród tych ludzi. Nikogo tu nie znam i jestem sam. Dodatkową trudnością było to, że do magazynu dojeżdżaliśmy busem, który zapewniała agencja pracy. Jeżeli ktoś się spóźnił nawet o minutę, bus nie czekał. A kiedy dojeżdżaliśmy na miejsce, trzeba było od razu brać się do pracy. Nawet gdy zmokliśmy, bo akurat padał deszcz, trzeba było iść do chłodni. Nie było czasu, żeby się wysuszyć.
Jak długo pan wytrzymał w tej chłodni?
— Siedem miesięcy. Kolejna praca to również był magazyn i centrum dystrybucyjne, gdzie zresztą też pracowało wielu Polaków. Ale wtedy miałem już większą świadomość tego, jakie mam prawa, co mogę, a czego nie, co może mój pracodawca. Pojawiały się pierwsze sygnały, może nie naruszeń praw pracowniczych, ale zachowań polskich liderów, które mi się bardzo nie podobały. Zacząłem walczyć.
Jak?
— Mówiłem wprost: nie podoba mi się to, jak nas traktujecie. Byłem członkiem związków zawodowych, chociaż w mikroskopijnej skali próbowałem coś zmienić. Zaangażowałem się w pomoc rodakom, pomagał mi poseł Robert Biedroń. I mimo że wygrywałem konkursy na najlepszego pracownika pod względem wyrabiania normy, po czterech latach pracy nie przedłużono mi umowy. Tylko dlatego, że działałem w związkach zawodowych. Po raz pierwszy skorzystałem wtedy z zasiłku dla bezrobotnych i to było dla mnie trudne. Zasiłek był dość niski, poza tym musiałem płacić za pokój, za ubezpieczenie. Zawsze byłem osobą pracowitą, a teraz musiałem skorzystać z pomocy państwa i to mnie upokarzało. Nie wiedziałem, co będzie dalej. Stwierdziłem, że może to jest czas, żeby wrócić do Polski. I wróciłem, miałem zamiar zostać.
Wytrzymał pan w kraju kilka miesięcy, potem znowu pojechał pan do Holandii. I znalazł następną pracę.
— Tak. To był również magazyn, ale już zupełnie inny komfort i kultura pracy, bo pierwszy raz zostałem zatrudniony przez holenderskie biuro pośrednictwa. Praca była spokojna, blisko domu. Ale zaczęły się u mnie pojawiać pierwsze symptomy depresji. Czułem samotność, pustkę, tęsknotę za Polską. Byłem zmęczony i niewyspany. Przeżywałem rozterki związane z brakiem wiary w siebie, z poczuciem tego, że jestem od innych gorszy. Byłem tym wszystkim przytłoczony. Ale przez to, że znalazłem się pod ścianą, poszukałem sobie psychologa. Okazało się, że nawet tu na miejscu są polscy psychologowie, którzy w ramach ubezpieczenia mogą świadczyć usługi terapii. To był krok, który mnie uratował, sprawił, że łatwiej było mi zrozumieć pewne mechanizmy swojego zachowania.
A co było najtrudniejsze w byciu emigrantem? Pracował pan poniżej kwalifikacji, z dala od domu, pod presją czasu. Czy to był powód kryzysu psychicznego?
— Na pewno doskwierała mi pustka, samotność i tęsknota za mamą, za rodziną i przyjaciółmi. Mimo że mógłbym pozwolić sobie na zagraniczne wakacje z biura podróży, wszystkie urlopy spędzałem w Polsce. I od wielu, wielu lat rozważałem powrót, ale zawsze był jakiś argument przeciwko.
Utrecht
Foto: iStock
Chodziło o zarobki?
— Powiem szczerze, że nie. W moim przypadku to było raczej zasiedzenie, obawa przed zmianą. To, że w siebie nie wierzyłem, że bałem się podjęcia nowej pracy. Największym problemem, z którym borykają się tutaj wszyscy, jest dramatyczna sytuacja mieszkaniowa. W regionie Utrechtu, gdzie spędziłem większość czasu, kolejka do uzyskania od miasta tak zwanego mieszkania socjalnego trwała 13 do 15 lat. Nawet gdyby była możliwość wynajęcia za pośrednictwem maklera studia, czyli kawalerki z kuchnią i łazienką za 1000 euro plus opłaty, to żeby ubiegać się o takie mieszkanie, trzeba było zarabiać minimum trzy i pół razy tyle, co cena wynajmu. Dodatkowo trzeba było mieć 3,5 proc. wartości czynszu jako kaucję. Ja wynajmowałem pokoje, które kosztowały nawet 700 euro za miesiąc.
Nauczył się pan języka niderlandzkiego?
— Tak. Myślę, że osiągnąłem poziom B1, czyli sprawnie się komunikuję z Holendrami.
Jak pana traktują? Jest już pan dla nich swój?
— To bardzo dobre pytanie, bo według mnie cały czas mamy łatkę imigranta, tego obcego. I niestety wśród Holendrów wciąż panuje przekonanie, że odbieramy im pracę. Ale też funkcjonują, niestety, utarte stereotypy o Polakach: że spożywamy dużo alkoholu, że jesteśmy głośni i skorzy do tego, żeby się bić. Kiedy mówiłem Holendrom, że mam wyższe wykształcenie, wszyscy byli zdziwieni, pytali: a co ty tutaj robisz?
I co pan odpowiadał?
— Pokrótce opowiadałem moją historię i spotykałem się z dużym zrozumieniem.
A jakie są dobre strony pracy w Holandii?
— Duży plus to środowisko międzynarodowe, w którym można rozwijać umiejętności językowe — czy to w zakresie angielskiego, czy holenderskiego. Ale przede wszystkim to, że Holandia jest piękna, zielona. I na pewno nie można się tutaj nudzić. W weekendy bardzo często podróżowałem. Pierwszym miejscem, które odwiedziłem, było Rijksmuseum w Amsterdamie. Wybrałem je, bo od wielu lat piszę wiersze, moją największą inspiracją jest Wisława Szymborska. I przypomniał mi się reportaż redaktor Katarzyny Kolendy-Zaleskiej „Chwilami życie bywa znośne”. Była w nim scena w tym muzeum, gdy Szymborska oglądała słynny obraz „Mleczarka” Vermeera i zażartowała, że zaraz go wytnie z ram, gazety będą miały o czym pisać. Dlatego tam pojechałem.
Ciężko będzie się pożegnać z Holandią po dziesięciu latach?
— Decyzja jest podjęta, zdecydowała logistyka. Pracodawca zmienił grafik i musiałem do pracy dojeżdżać autobusami. Nie mam prawa jazdy, więc zajmowało mi to ponad półtorej godziny w jedną stronę. Poza tym zaproponowano mi taki rodzaj umowy, że zaczynałbym znowu od zera. Uznałem, że nie chcę, wykorzystam ten moment na spróbowanie nowego życia w Polsce. Planuję zrobić prawo jazdy, chcę też zapisać się na podyplomowe studia z zarządzania migracją na UAM w Poznaniu. Oczywiście mam ogromne obawy, nie wiem, jak będzie w Polsce. To jednak było 10 lat za granicą, spora część mojego życia. Na szczęście mam ogromne wsparcie bliskich, którzy rozumieją, że praca za granicą nie zawsze jest łatwa, przyjemna i pełna kokosów.
A gdyby teraz jakiś młody mężczyzna poprosił pana o radę, czy jechać do Holandii, to co by mu pan powiedział?
— Przede wszystkim poradziłbym mu, żeby wnikliwie zapoznał się z informacjami o agencji pracy, która go rekrutuje. Myślę też, że wiele osób przyjeżdżających do Holandii ma problemy, bo nie wie, co tutaj wolno, a czego nie. Przyjeżdżają, nie znając panujących tutaj zasad. Na pewno też takiej nowej osobie powiedziałbym, żeby zażądała od pracodawcy dokumentu, który nazywa się CAO, to taki mini kodeks pracy, zbiór praw i obowiązków pracownika. Każdy pracodawca musi taki dokument przedstawić, jest on też dostępny na stronach rządowych i przetłumaczony na polski. Na pewno może pomóc podjąć świadomą decyzję o przyjeździe. A i tak trzeba się przygotować na duże rozczarowanie, bo to, co zostało obiecane podczas rozmowy z biurem pracy, niekoniecznie będzie prawdą.
A jaki największy błąd można popełnić jadąc do pracy w Holandii?
— Nie znać swoich praw. Kiedy pracodawca na śmieciowej początkowej umowie stwierdzi, że „jednak panu dziękujemy” i spróbuje wyrzucić z pracowniczej lokacji, nie wolno dać się eksmitować na bruk. Nieświadomość Polaków polega na tym, że gdy ktoś przychodzi i mówi: słuchajcie, do godz. 15 musicie się stąd wyprowadzić, wypełniają polecenie. A w tym dokumencie CAO, o którym wspomniałem, jest informacja, że pracownik może pozostać w takiej lokacji do czterech tygodni. Oczywiście musi za to płacić, ale do czasu, aż znajdzie nową pracę, nie grozi mu bezdomność. A to, niestety, bardzo często się zdarza. Parę lat temu poseł Robert Biedroń złożył interpelację w Parlamencie Europejskim dotyczącą sytuacji Polaków w Holandii. Zwracał uwagę, że umowa, która jest zawierana na początku zatrudnienia, nie chroni pracownika. Jeśli już pojawia się jakaś gwarancja godzin, jest to na przykład 10 godz. w miesiącu. A potem ludzie czekają na wezwanie do pracy po trzy, cztery dni. Nie wyrabiają normy i biuro stwierdza: już was nie potrzebujemy. Do końca tygodnia musicie się wyprowadzić z naszej lokalizacji.
Czy kiedykolwiek żałował pan wyjazdu do Holandii?
— Nie żałowałem, ale mój stosunek do tego kraju jest raczej obojętny. Nie był to ani czas zmarnowany, ani specjalnie owocny. Myślę, że tych 10 lat zahartowało mnie. Nauczyło, że nie warto za wszelką cenę dążyć do realizacji wyników. I że praca jest tylko pracą, a my jesteśmy ludźmi, mamy prawo być zmęczeni, mamy prawo okazywać emocje. Pobyt tutaj nauczył mnie również tego, że najważniejsze jest, by budzić się każdego dnia i cieszyć się z tego, że można wstać, iść do pracy. Chociaż ostatnimi czasy pojawiały się myśli w stylu: co ja tutaj robię? Ale to wynikało przede wszystkim z tęsknoty za mamą i za rodziną.
I kiedy pan wraca?
— Z końcem maja. Czuję ekscytację, mam bardzo dużo planów, ale staram się zachować zdrowy rozsądek. Wiem, że nie mogę na początku oczekiwać kokosów, w Polsce trudno jest znaleźć pracę. Mogą pojawić się pewne trudności, ale najważniejszą rzeczą, która popycha mnie do powrotu, jest to, że w Polsce nikt nie powie „słuchaj, jednak wypowiadam ci umowę” albo „nie możesz już u mnie dłużej mieszkać, szukaj sobie czegoś innego”. A takie sytuacje bardzo często zdarzały się zarówno mnie, jak i innym ludziom. W moim wieku poczucie stabilizacji jest bardzo ważne. Kiedy wrócę do rodzinnej miejscowości, nikt mnie nie wyrzuci z mojego mieszkania.
Udało się spłacić te długi, które pan zaciągnął w Polsce?
— Tak, kiedy siostra brała kredyt na mieszkanie, wzięła więcej i pomogła mi wszystko spłacić, a ja jej potem oddawałem pieniądze. Udało mi się wyjść z długów także dzięki temu, że w Polsce dostałem wsparcie rzecznika finansowego i miejskiego rzecznika konsumentów. Po latach wygrałem w sądzie sprawy, które były już zamknięte. Mogę zaczynać od nowa.

