Całe szczęście, że nie musieliście przeżyć czasów powstania w getcie i powstania warszawskiego. Bierzcie te żonkile i 19 kwietnia z uśmiechem na twarzy przypinajcie je przechodniom.
Moja historia wydarzyła się właśnie tutaj: w Warszawie, na Muranowie. Nazywam się Andrzej Szwan, jestem polskim Żydem, jestem Lulla La Polaca”. Na filmie ambasadorki akcji Żonkile, organizowanej co roku przez Muzeum POLIN w rocznicę wybuchu powstania w getcie, najtrudniej chyba dostrzec sam żonkil. Blednie przy fantazyjnej peruce (podarunek od perukarki z wrocławskiego Teatru Muzycznego Capitol) i koronkowej sukience (dzieło Gosi Baczyńskiej). Ale kiedy bohaterką filmu jest najstarsza polska drag queen, trzeba się liczyć z przekraczaniem konwencji. „Bo taka jest Lulla i taki jest drag” – opowiada Andrzej Szwan w wydanym niedawno wywiadzie rzece.
Na konferencji zorganizowanej tydzień przed początkiem akcji Żonkile pojawił się w męskim garniturze (ale jakże fantazyjnie kolorowym!), lecz kiedy zaczął mówić, wzruszenie ścisnęło gardło nie tylko jemu, ale i wszystkim słuchającym: „W tym roku 19 kwietnia będziemy obchodzić 81. rocznicę wybuchu powstania. Ja mam lat 86 i jestem tu tylko dlatego, że jako czterolatka ktoś jakoś przemycił mnie z getta, może przerzucił przez mur, nie wiem. Noszę prawdziwe nazwisko po swoich rodzicach biologicznych, ale to rodzona siostra mojego ojca i jej mąż – Janina i Apolinary Stawscy – się mną zaopiekowali przez resztę wojny, w powstaniu warszawskim i po wojnie. To byli rodzice przez duże R” – wspomina łamiącym się głosem. Opisał też spotkanie po wojnie z ojcem, Stefanem Szwanem: „Musiałem pojechać do Góry Kalwarii, gdzie zobaczyłem ślepca, któremu Niemcy wyłupili oczy. Dla dziewięciolatka to był obraz potworny”.
Każdy mógłby pozazdrościć Andrzejowi Szwanowi kondycji i pokładów optymizmu, zwłaszcza po tym, co przeszedł. „Rodzice oddali mi kawałek swojego serca, a moje dzieciństwo było cudowne, o ile można tak powiedzieć o dzieciństwie, którego tłem jest II wojna światowa” – wspomina w swojej książce. A na konferencji w POLIN mówił do wolontariuszy żonkilowej akcji: „Całe szczęście, że nie musieliście przeżyć czasów powstania w getcie i powstania warszawskiego. Bierzcie te żonkile do ręki i 19 kwietnia z uśmiechem na twarzy przypinajcie je przechodniom. Bądźcie pewni, że kiedyś przyniesie wam to satysfakcję i pełną świadomość tego, co się tutaj na terenie getta wydarzyło. Nie wolno nam o tym zapominać”. Symbolem tej pamięci są papierowe żonkile, których od 2013 r. rozdano już prawie 2 mln, nie tylko w Warszawie.
Metamorfoza przerzucanego przez mur getta czteroletniego Andrzejka w kolorową Lulla La Polaca to dowód siły charakteru. „Ja jestem jak Edith Piaf – niczego nie żałuję” – wspomina w książce. Choć na konferencji wyznał: „Marzy mi się odnalezienie śladu po biologicznej matce, która trafiła do Auschwitz. Parę lat temu dowiedziałem się, że Niemcy likwidując obóz, spalili część ksiąg. W istniejących dokumentach nie ma nazwiska mojej matki, Feliksy Szwan z domu Czuksanow”. Kiedy po człowieku nie zostanie nawet wpis w metodycznie prowadzonej buchalterii śmierci, pozostaje tylko nasza pamięć.


