Starsze pokolenia mają wpojone to, że praca jest podstawą, dla nich nie do pomyślenia było, że mogą przestać pracować. W pokoleniu dzisiejszych 30 latków jest trochę inaczej: często nie znajdują w pracy sensu. Dążą do wolności finansowej, bo marzą o podróżowaniu albo o „braku spiny w pracy” — mówi Mateusz Samołyk, autor bloga o inwestowaniu, który planuje przejść na emeryturę w wieku 40 lat.
„Newsweek”: 40 lat — i już emerytura?!
Mateusz Samołyk*: Rozumiem pani zdziwienie, bo wiek 40 lat to jest ekstremalnie wcześnie, jeżeli chodzi o naszą produktywność, możliwość spełnienia się, czy sprawność mózgu. Ale w dążeniu do wolności finansowej kluczem jest to, żeby móc, ale nie musieć.
Weźmy osobę, która zarabia 8 tys. zł a wydaje 7,5 tys. zł. Gdy nagle straci pracę i znajdzie taką za 6 tys. czy 5 tys. zł., nie będzie mogła pozwolić sobie żyć na dotychczasowym poziomie. Natomiast ktoś, kto jest wolny finansowo, w takiej sytuacji bez problemu będzie mógł przyjąć mniej płatną posadę. Mało tego, jeśli się wypali, znudzi, to będzie mógł na jakiś czas — albo nawet na stałe — zrezygnować z pracy. Chodzi o możliwości.
Myślałam, że emerytura zaraz po 40. roku życia to opcja głównie dla przedsiębiorców, którzy mają intratny biznes. Mogą przestać pracować, bo firma radzi sobie bez ich udziału. Czy wcześniejsza emerytura jest też w zasięgu tych, którzy pracują na etacie?
Jak najbardziej. O emeryturze w wieku 40 lat mówiłbym jednak ostrożnie, bo ta zarezerwowana jest dla osób o bardzo wysokich zarobkach lub dla tych, którzy żyją bardzo oszczędnie. Powinniśmy przesunąć tę granicę na 45 lub 50 lat.
Zbierając materiał do nowej książki, na moim blogu zrobiłem ankietę wśród ok. 1800 osób. Oczywiście, to jest pewna bańka, bo bloga czytają ci, którzy chcą oszczędzać i inwestować, ale około 100 ankietowanych osiągnęło już wolność finansową. Co ciekawe, większość z nich to etatowcy.
Magazyn Premium
Foto: Newsweek
Czym się zajmują?
To głównie inżynierowie, pracownicy branży IT, lekarze, prawnicy.
Natomiast przedsiębiorcy rzadziej chcą przestawać pracować, bo jak osiągną sukces, to są głodni kolejnych wyzwań. Niektórzy zostawiają firmy, wytrzymują rok czy dwa i popadają w taki dołek psychiczny, że muszą wrócić do biznesu, który jest ich głównym sensem życia. Nie ma w tym oczywiście nic złego.
Od jakiej kwoty możemy mówić o „wolności finansowej”?
Wiele zależy od tego, ile wydajemy i jakie mamy potrzeby. Ludzie o niewielkich potrzebach wydatkowych, którzy utrzymują się za kilka tysięcy złotych miesięcznie, powinni mieć ok. 2-2,5 mln zł zainwestowanych na giełdzie. Oczywiście chodzi o to, żeby pieniądze były zainwestowane cały czas, bo z tego wypłacamy sobie wynagrodzenie i nie chcemy, by ta kwota kurczyła się z czasem. Górny przedział to około 10 milionów złotych, aby tyle uzbierać, należy przez lata zarabiać i oszczędzać bardzo dużo, więc w tej grupie będą głównie przedsiębiorcy, którzy osiągnęli niemałe sukcesy. Takie środki pozwolą na wcześniejszą emeryturę przy wyższych wydatkach: rzędu kilkunastu a nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych miesięcznie. Tacy ludzie często mają dzieci w prywatnych szkołach, dwa auta w leasingu, kosztowny w utrzymaniu dom, dużo podróżują. Ta kwota do uzbierania dla wielu jest niewyobrażalna, ale i wydatki mocno odbiegają od wydatków przeciętnego Kowalskiego.
Jakie strategie obierają ludzie, którzy mogą pozwolić sobie na wcześniejszą emeryturę?
Strategie są różne, ale klucz zawsze ten sam: wysokie zarobki i duże oszczędności. Bez wysokich dochodów dojście do wolności finansowej będzie bardzo trudne, jeśli nie niemożliwe. Jeżeli stawiamy tylko na inwestowanie, to musimy mieć dużo szczęścia i dyscypliny, a i tak nie mamy gwarancji, że wynik będzie wystarczająco dobry.
Według mnie najlepsza droga to zwiększanie zarobków i oszczędzanie od 30 do 50 proc. każdej wypłaty. Dzięki temu możemy przestać pracować od 5 do 20 lat wcześniej niż zakłada wiek emerytalny, w zależności od tego ile zarabiamy i kiedy zaczęliśmy oszczędzanie.
Załóżmy, że odkładamy już 30-50 proc. pensji każdego miesiąca. Co najlepiej zrobić z tymi pieniędzmi?
Inwestujemy w te instrumenty, które historycznie wygrywały z inflacją. Musimy zapomnieć więc o lokatach, o walutach obcych. Absolutne minimum to obligacje skarbowe, najlepiej indeksowane inflacją. Mimo podatku Belki i tak w długim terminie obligacje skarbowe indeksowane inflacją, np. 10-letnie EDO, historycznie pozwalały pobić polską inflację. Trzeba jednak pamiętać: jeżeli wszystko trzymamy w papierach notowanych w jednej walucie i w obligacjach jednego emitenta, to również ryzykujemy. Ponadto jeśli ktoś wybiera same obligacje skarbowe, to do wolności finansowej dojdzie bardzo powoli.
Najlepszym rozwiązaniem dla laika w dążeniu do wolności finansowej jest połączenie polskich obligacji skarbowych indeksowanych inflacją z tanimi funduszami indeksowymi.
W jakie ETF-y inwestować?
ETF, np. na indeks globalny MSCI ACWI, rynki rozwinięte MSCI World lub same Stany Zjednoczone S&P 500 (czyli najpopularniejsze ETF-y – przyp. red.). Kupujemy wtedy cały duży zbiór akcji, np. na największe spółki notowane w danym kraju, regionie lub na całym świecie.
Radziłbym nie kombinować i wybrać ETF na globalne akcje. Jeśli w przyszłości gospodarka światowa będzie rosła — a historycznie, mimo różnych trudnych okresów, zazwyczaj się podnosiła — to inwestując w szeroki indeks — w końcu na tym zarobimy. Wiele osób nie chce inwestować pasywnie, bo ma wrażenie, że to rozwiązanie „dla leniwych” albo dla tych, którzy się nie znają. Tymczasem stosunek tego, ile czasu i nauki trzeba poświęcić, by inwestować w indeksowe ETF-y, do tego, co można uzyskać — jest naprawdę korzystny.
Ile możemy zyskać?
Jeżeli spojrzymy nominalnie na akcje z rynków rozwiniętych to ciągu ostatnich 50 lat było to średnio ok. 7-8 proc. rocznie Po uwzględnieniu inflacji, to ok. 3-4 punkty procentowe rocznie ponad tempo utraty wartości nabywczej pieniądza.
Dlaczego wizja wczesnej emerytury i tzw. ruch FIRE (Financial Independence, Retire Early), czyli niezależność finansowa i wczesna emerytura, tak silnie kusi dziś młodych, choć w pokoleniu naszych rodziców była czymś nie do pomyślenia?
Wśród 100 osób, o których wcześniej wspominałem, które już osiągnęły wolność finansową, średnia wieku to około 47–50 lat. Ci ludzie na ogół nie myśleli o wolności finansowej, zbierali pieniądze, inwestowali i w pewnym momencie — np. gdy byli wypaleni pracą — okazało się, że mają wystarczająco dużo środków, by móc utrzymać się bez niej. Starsze pokolenia mają wpojone to, że praca jest podstawą, nie do pomyślenia było, że mogą przestać pracować i robić coś innego. W pokoleniu dzisiejszych 30 latków jest trochę inaczej: często nie znajdują w pracy sensu. Dążą do wolności finansowej, bo marzą o podróżowaniu albo o „braku spiny w pracy”.
Chcą wypisać się z wyścigu szczurów?
Tak, bo początek kariery jest niezwykle trudny, mamy niskie dochody i brak jakiejkolwiek gwarancji, że będziemy awansować. To duży stres, młodzi zaczynają myśleć o tym, jak pozbyć się tej presji. Kiedy mają solidną poduszkę finansową inaczej wyglądają negocjacje z szefem o awans czy podwyżkę, nie mówiąc o tym, że już nie boją się o swój etat.
Co robią ludzie, którzy osiągnęli już wolność finansową?
W praktyce ich życie nie zmienia się aż tak bardzo, jak mogłoby się wydawać. To często osoby, które już wcześniej miały wiele zainteresowań i bogate życie poza pracą — ogród, książki, filmy, podróże czy relacje towarzyskie. Te osoby nie zwariują, bo i tak mają 40 pomysłów na to, co robić każdego dnia.
Część z nich wraca do pracy, ale na innych zasadach — zgodnej z pasją, mniej stresującej, lub na pół etatu. Takie zjawisko ma nawet swoje określenie „barista FIRE”.
Przestają liczyć się pieniądze i stanowiska, bo zainwestowane oszczędności pozwalają im zająć się pasją?
Zgadza się. Będąc wolnym finansowo, każdy musi odpowiedzieć sobie na pytanie: gdzie znaleźć sens. Ktoś poszedł pracować do muzeum, bo zawsze o tym marzył. Inna osoba realizuje się w pracy przewodnika wycieczek albo zajmuje działalnością charytatywną.
A czy w pana przypadku to już moment, w którym można przestać pracować?
Prawdopodobnie bym mógł, tylko różne symulacje pokazują, że jeśli potencjalnie mam przed sobą nawet 45-50 lat życia, środki mogłyby się wyczerpać. Dodatkowo, pracując stosunkowo krótko i nie wpłacając na emeryturę łącznie dużych środków, nie mogę liczyć na wysokie świadczenia z polskiego systemu emerytalnego. Dlatego jestem bardzo blisko tego momentu, ale wolę jeszcze trochę zwiększyć margines bezpieczeństwa. Natomiast do czterdziestki z pewnością się uda.
Co dalej? Czy warto planować życie po osiągnięciu wolności finansowej?
Są trzy podejścia. Najgorsze to po prostu przestać pracować z dnia na dzień. Bez planu łatwo się pogubić — znajomi pracują, dni tracą strukturę, a nawet pasje mogą się szybko znudzić. W efekcie wiele osób wraca do pracy. Drugie podejście to planowanie. Wypisanie na kartce jak chcemy wypełnić dni i czy rzeczywiście mamy na to pomysł.
Trzecią, moim zdaniem najlepszą metodą, jest stopniowe sprawdzanie takiego stylu życia, np. poprzez dłuższe, trwające od 3 do 12 miesięcy, przerwy od pracy tzw. sabbatical. Sam korzystałem z takiego rozwiązania — to pozwala przekonać się w praktyce, jak wygląda życie bez codziennych obowiązków zawodowych.
Czy zna pan przypadki osób, którym udało się osiągnąć wolność finansową w młodym wieku?
Tak, znam takie historie osób pracujących w IT. Szybko zarobili duże pieniądze i dzięki temu doszli do wolności finansowej.
Zajmują się dalej IT czy odpuszczają?
Bardzo ciężko sobie odpuścić, bo to ich pasja, ale podchodzą do tego trochę inaczej. Jeden z nich pisze książkę o programowaniu, inny prowadzi kursy non-profit. Podtrzymują pasję, ale chyba żaden z nich nie pracuje już osiem godzin dziennie.
Co się sprawdza? Jakie nawyki warto wdrożyć, dążąc do wolności finansowej?
Dla tych, którzy dopiero zaczynają, łatwą do wdrożenia zasadą jest próba oszczędzenia choć 5 proc. wypłaty. Druga moja rada dotyczy dużych wydatków. Kiedy w 2013 r. dostałem pierwszą pracę postanowiłem, że nigdy nie wydam na nic więcej niż 10 proc. moich dotychczasowych oszczędności. W praktyce wygląda to tak: jeżeli oszczędziłeś pierwsze 20 tys. zł, to nie kupuj Iphone’a za 8 tys. zł. Nie jestem zwolennikiem nagradzania siebie dużymi zakupami i podejścia typu „skoro przez lata oszczędzałem, to teraz mogę pozwolić sobie na super samochód”. Zamiast tego bliższe jest mi podejście polegające na regularnym nagradzaniu się. Jeśli coś lubimy, warto to po prostu włączyć w swoje wydatki. Naszą pasją jest siłownia — inwestujmy w karnet. Jeździmy na rowerze — kupmy dobry rower, ale niekoniecznie najdroższy. Chodzi o to, by nie rezygnować z pasji i drobnych przyjemności tylko dlatego, że chcemy zwiększyć stopę oszczędności z 45 proc. do 50 proc.
Domyślam się, że w dążeniu do FIRE za wszelką cenę łatwo można się też zatracić.
Największym błędem jest przesada i odkładanie życia na później, bo naczytaliśmy się w internecie, że ktoś o dużych zarobkach oszczędza na przykład 70 proc. każdej wypłaty.
Jeżeli zatracimy się w pracy, może być tak, że wypalimy się po kilku latach i wcale nie dojdziemy do pożądanego efektu. Albo dojdziemy do wolności finansowej po 15 latach, ale przez wypalenie nie będzie nas już nic cieszyć.
W społeczności FIRE, niestety, często widzę ekstremalne podejście: „nie muszę spotykać się z ludźmi, nie chodzę na imprezy, bo oszczędzam w ten sposób 400 zł miesięcznie”. Powinniśmy pozwolić sobie wyjść na miasto, zjeść w restauracji, spotkać ze znajomymi. Ludzie, którzy każdy gorsz liczą dwa razy, zapominają, że z życia powinniśmy mieć przede wszystkim przyjemność.
*Założyciel bloga o inwestowaniu i oszczędzaniu Inwestomat.eu, menedżer w branży IT, autor książki „Inwestowanie dla każdego”. Promuje ruch FIRE: Financial Independence, Retire Early, czyli niezależność finansowa, wczesna emerytura. Ma 37 lat i w ciągu trzech lat planuje przejść na emeryturę.




