PiS raz mówiący głosem Czarnka, raz Morawieckiego brzmi jak formacja bez programu i bez tożsamości, jak propozycja coraz bardziej dla nikogo. Wystawienie Czarnka, można to już dziś powiedzieć, okazało się błędem. Ale nawet postawienie na Morawieckiego nie jest dziś sposobem na łatwą korektę tego błędu.
Gdy na początku marca Jarosław Kaczyński ogłaszał w Krakowie, że to Przemysław Czarnek jest kandydatem tej partii na premiera, ten ruch miał zrealizować dwa cele. Po pierwsze, zatrzymać odpływ elektoratu PiS do dwóch prawicowych alternatyw, głównie Konfederacji Korony Polskiej Grzegorza Brauna. Po drugie, opanować frakcyjny spór PiS, wzmacniając jedną z frakcji, mniej centrowych „maślarzy”, środowisko, którego Czarnek jest jednym z filarów.
Cztery miesiące później w kolejnych sondażach, mimo wyjątkowych problemów rządu spowodowanych aferą szpitalną, notowania PiS nie rosną, a nawet lekko spadają, w górę idą za to te obydwu Konfederacji. W ostatnim sondażu IBRiS dla Wirtualnej Polski dwie Konfederacje mają około jednej czwartej głosów — więcej niż PiS. Nie udało się także zatrzymać sporów frakcyjnych w PiS — Jarosław Kaczyński postawił właśnie kolejne ultimatum Mateuszowi Morawieckiemu, domagając się rozwiązania wszystkich stowarzyszeń wewnątrz PiS, a Morawiecki, jak wszystko wskazuje po raz drugi je odrzucił. Co o tyle dobre dla Czarnka, że wewnętrzny spór w PiS odsuwa uwagę opinii publicznej od jego skandalicznej i politycznie samobójczej wypowiedzi o wstrzymaniu pomocy Ukrainie.
Czy biorąc to wszystko pod uwagę można powiedzieć, że projekt Czarnek okazał się pomyłką prezesa?
Jak Czarnek wrzucił partię na minę
To pytanie pojawiło się nie tylko przy okazji kolejnych, niekorzystnych dla PiS sondaży czy nowej awantury wokół Stowarzyszenia Rozwój Plus Morawieckiego, ale także wypowiedzi Czarnka na temat Ukrainy. Czarnek powiedział bowiem, że trzeba „zmusić UE do zaprzestania na ten moment finansowania zbrojeń na Ukrainie i odbudowy Ukrainy, dopóki Ukraina nie wejdzie na ścieżkę wartości proludzkich”.
Kandydat PiS na premiera odciął się w ten sposób radykalnie nie tylko od polityki rządu własnej partii z lat 2022-23, ale też całego dziedzictwa polityki wschodniej tej partii, kojarzonego najczęściej z nazwiskiem Lecha Kaczyńskiego. Słowa kandydata na premiera zostały fatalnie przyjęte nie tylko przez obóz liberalno-lewicowy, ale także część środowisk bliskich PiS. Opiniotwórczy na prawicy komentatorzy pisali wręcz na portalu X, że „obóz niepodległościowy” popełnia w ten sposób „polityczne samobójstwo”.
Na słowa Czarnka ostatecznie zareagował Jarosław Kaczyński, z którego konta na X opublikowany został wpis, w którym przypomniał, że „Prawo i Sprawiedliwość stoi i zawsze stało na stanowisku, iż pomoc militarna, realizowana także przez UE na rzecz Ukrainy, jest bezwzględnie potrzebna. To kluczowa sprawa z punktu widzenia polskiej racji stanu i naszego bezpieczeństwa”. Zapowiedział też, że wypowiedź Czarnka zostanie „wyjaśniona przez władze partii”.
Cała ta awantura nasuwa dwie interpretacje. Albo PiS wystawił jako kandydata na premiera polityka o poglądach bliższych Konfederacji Korony Polskiej niż dziedzictwu Lecha Kaczyńskiego albo totalnego oportunistę, gotowego powiedzieć cokolwiek, co, jak wierzy, jest w stanie napędzić partii głosów. Żadna z tych interpretacji nie stawia PiS w korzystnym świetle.
Tym bardziej, że niezależnie od tego, czy Czarnek mówi to, co mówi, z przekonania czy z politycznego oportunizmu, nie przysparza to PiS poparcia. Czarnek nie jest po prostu wiarygodny dla coraz bardziej radykalizującego się odpływającego do Brauna elektoratu, który w dodatku ostatnich dniach zobaczył, że kandydat PiS na premiera nie jest też realnie w niczym decyzyjny i że w razie czego cugle ściągnie mu Kaczyński. Od razu wypomniał to zresztą Czarnkowi Sławomir Mentzen, który po publicznej reprymendzie dla Czarnka napisał na portalu X: „Czarnek nie ma żadnej decyzyjności, nie jest samodzielnym politykiem. Nie może być premierem. Ustalać to z nim można najwyżej to, czy wino białe czy czerwone”.
Podsumowując, jedną wypowiedzią Czarnek wywołał konflikt we własnym obozie, wizerunkowy pożar wymagający interwencji szefa partii i nic nie ugrał na prawej flance. Wskoczył na minę, ciągnąc za sobą partię. Polityk, który ma grać o najważniejszy polityczny urząd w kraju, nie może popełniać takich błędów.
Czy Czarnek cokolwiek dowiózł?
Można się w ogóle zastanawia, czy w ciągu czterech miesięcy pełnienia funkcji kandydata na premiera Czarnek cokolwiek dowiózł, czy odniósł choć jeden wyraźny polityczny czy wizerunkowy sukces. Niestety dla byłego ministra edukacji trudno wskazać choć jeden taki moment, gdy Nowogrodzka mogłaby powiedzieć: tak, Czarnek to był dobry pomysł.
Czarnek w imieniu partii przedstawiał różne inicjatywy — ostatnio podniesienia drugiego progu podatkowego do 180 tys. zł — żadna z nich nie była jednak w stanie zdominować debaty publicznej. Rząd wchodził w najbardziej publiczne zwarcia nie z Czarnkiem, ale z prezydentem Nawrockim i jego ludźmi. Polaryzacja sejmowa większość-Pałac Prezydencki nawet nie tyle przesłoniła tę Czarnek-Tusk, co w ogóle nie pozwoliła jej zaistnieć.
Czarnek w żaden sposób nie powinien też skapitalizować kryzysu szpitalnego. Nic dziwnego, kandydat PiS na premiera nie tylko nie kojarzy się w żaden sposób z kompetencją w obszarze ochrony zdrowia, ale w ogóle z polityką rozumianą jako rozwiązywanie konkretnych problemów — sam wyspecjalizował się w polityce jako wojnie kulturowej.
Czarnek to tylko symptom
W mediach krążą spekulacje, że władze PiS rozważają koniec „operacji Czarnek” i wystawienie jesienią nowego kandydata na premiera. Wszystko jest dziś możliwe — łącznie z tym, że jesienią na prawicy będziemy mieli nie trzy a cztery partie – ale problemy PiS nie wynikają z osobistych niedostatków Czarnka jako polityka, ale mają strukturalny charakter.
Od pożarcia przystawek w 2007 r. PiS latami miał pozycję całkowitego hegemona po prawej stronie. Kaczyński był w stanie marginalizować konkurencję i grać skrzydłami, obsługiwać zarówno skrajnie prawicowy, jak i bardziej centrowy elektorat. Po 2020 roku ta formuła zaczyna jednak coraz bardziej trzeszczeć. Wojna w Ukrainie, pandemia, wreszcie odchodzenie starszych, konserwatywnych światopoglądowo i solidarystycznych społecznie roczników wyborców stworzyły nowe pole gry na prawicy, w którym PiS coraz trudniej zagospodarować cały elektorat.
Kaczyński próbował odpowiedzieć na to, wystawiając Czarnka, licząc, że przynajmniej zahamuje to krwawienie na prawej flance, ale to nie tylko nie powstrzymało strat po prawej stronie, ale wywołało też bunt bardziej umiarkowanej frakcji w partii. Kiedyś PiS być może byłby w stanie grać „rozwojowym” skrzydłem Morawieckiego i tym czarnkowym — dziś jednak partia raz mówiąca głosem Czarnka, raz Morawieckiego brzmi jak formacja bez programu i bez tożsamości, jak propozycja coraz bardziej dla nikogo. Wystawienie Czarnka, można to już dziś powiedzieć, okazało się błędem. Ale nawet postawienie na Morawieckiego nie jest dziś sposobem na łatwą korektę tego błędu — bo elektorat, do którego przemawia Czarnek, ma dokąd pójść na prawo. Koniec eksperymentu z Czarnkiem nie zakończy problemów PiS — i w środku kryzysu szpitalnego to jest jakieś światełko w tunelu dla Donalda Tuska.

