Ogłoszenie kandydata PiS na premiera miało na celu — bardziej niż przygotowanie do wyborów w 2027 r., czy wskazanie alternatywy dla Tuska — uspokojenie wewnętrznego konfliktu w partii. Miało być komunikatem: stawiamy na tę osobę i cała partia idzie teraz w wyznaczanym przez nią kierunku, koniec jałowych sporów. Wbrew nadziejom prezesa Kaczyńskiego Przemysław Czarnek jak dotąd słabo sprawdza się w tej roli.
— Straciliśmy charakter partii konserwatywnej i prounijnej. Zamiast tego coraz częściej skupiamy się na działaniach taktycznych, próbując odzyskać wyborców. To nie jest właściwa droga — tak politykę PiS skomentował na antenie Radia RMF FM wybrany z jej poparciem senator Jacek Włosowicz.
Wcześniej w wywiadzie dla TVN 24 polityk stwierdził, że PiS stał się „partią nacjonalistyczną”, skrytykował też stanowisko, jakie partia zajęła w sprawie SAFE. Na relacje PiS nie trzeba było długo czekać, niepokorny senator został natychmiast wykluczony z senackiego klubu tej partii.
Oczywiście, Włosowicz nie jest politykiem pierwszego garnituru PiS, zanim publicznie wszedł konflikt z partią, poza jego okręgiem, obejmującym kilka powiatów województwa świętokrzyskiego, mało kto o nim słyszał. W normalnych warunkach PiS mógłby szybko zapomnieć o konflikcie z niezadowolonym senatorem. Problem jednak w tym, że awantura wokół Włosowicza przypada na okres, gdy PiS od długiego czasu znajduje się w kryzysie, umacniając w opinii publicznej przekonanie o postępującej dekompozycji obozu skupionego wokół Nowogrodzkiej.
Czarnek na razie nie spiął partii
PiS co najmniej od końca ubiegłego roku dzieli bowiem spór „maślarzy” i „harcerzy”, radykałów doradzających zdecydowany kurs w prawo po wyborców obu Konfederacji oraz skupionej wokół Mateusza Morawieckiego bardziej umiarkowanej frakcji pragnącej PiS zakotwiczonego w centrum. W pewnym momencie przybrał on taką temperaturę, że Jarosław Kaczyński zagroził w poście opublikowanym na portalu X konsekwencjami dyscyplinarnymi politykom angażującym się publicznie w konflikt.
Owszem, „maślarze” są chwilowo górą, „harcerze” na jakiś czas przestali ostrzeliwać maślarskie pozycje, ale nie widać, by partia jakoś szczególnie zintegrowała się wokół nowego kandydata i ruszyła z nim do przodu.
Czarnek jak dotąd głównie tłumaczy się z paneli słonecznych, które w czasach, gdy podejście PiS do energetyki odnawialnej potrafiło być jeszcze odrobinę bardziej skomplikowane niż „żadne OZE-sroze!”, zamontował sobie nieopatrznie na dachu. Na jego nominację bardzo politycznie sprawnie odpowiedziała też Konfederacja.
Jak z kolei pokazał sondaż IBRiS dla Polsat News, wyborcy zdecydowanie negatywnie ocenili też Czarnka jako kandydata na premiera — aż 66 proc. jest na nie. Nawet wśród wyborców PiS Czarnka popiera tylko 78 proc., a już zupełnie tragicznie poparcie wygląda w elektoracie Konfederacji, gdzie tę kandydaturę poparło tylko 6,6 proc. badanych. Nawet biorąc pod uwagę, że w sondażu o standardowej próbie próbka wyborców Konfederacji może być na tyle mała, by patrzeć na takie wyniki z pewnym dystansem, to fatalna wiadomość dla kandydata, który miał przyciągnąć uciekający na prawo elektorat PiS.
Ostatnia nadzieja prawicowych normalsów
Mateusz Morawiecki pytany w jednym z wywiadów o to, czy chciałby być ministrem gospodarki w rządzie Czarnka odpowiedział, że niekoniecznie. Morawiecki nie atakuje bezpośrednio kandydatury Czarnka, nie rzuca partyjną legitymacją, ale jednocześnie nie zwalnia aktywności i ciągle zachowuje się tak, jakby budował się jako kandydat przyszłego prawicowego bloku na premiera.
Odkąd Czarnek został kandydatem na szefa rządu, Morawiecki zdążył spotkać się z mieszkańcami Sieradza i Andrychowa oraz ze studentami Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu. Złożył też wizytę w Pradze, gdzie z czeskim premierem Andrejem Babišem miał rozmawiać o „koniecznych reformach UE i pogłębieniu współpracy gospodarczej”.
Przekaz Morawieckiego częściowo pokrywa się z przekazem Czarnka — np. w krytyce systemu ETS — znacząca jest jednak różnica formy. Morawiecki formułuje argumenty odwołujące się do danych i liczb, Czarnek głównie krzyczy, mobilizując emocje najtwardszego elektoratu PiS. Obserwatorowi z zewnątrz, pozbawionemu wiedzy o tym na kogo aktualnie stawia Kaczyński, to Morawiecki — rozmawiający z szefami sąsiednich rządów, prezentujący raporty i propozycje konkretnych polityk publicznych — wydawałby się zdecydowanie bardziej „premierowską” figurą niż Czarnek z jego wiecową manierą.
Mimo popularności byłego ministra edukacji w elektoracie PiS, część wyborców tej partii będzie to postrzegać podobnie, traktując Czarnka jako kandydata przejściowego, który po tym, gdy skonsoliduje wierny elektorat, zostanie wymieniony na polityka zdolnego zawalczyć o centrum — Morawieckiego albo kogoś do niego podobnego. Były premier, nie zwalniając aktywności, ustawia się w roli „ostatniej nadziei prawicowych normalsów w PiS”, ostatniej kotwicy uniemożliwiającej odpływ PiS-owskiego okrętu na konfederackie wody.
Co, jednak jeśli Czarnek tak mocno szarpnie w prawo, że łańcuch, do którego przytwierdzona jest ta kotwica, nie wytrzyma? Wewnętrzny konflikt w PiS może wtedy odżyć z jeszcze większą siłą. Jego efektem może być nawet wyjście Morawieckiego i jego ludzi z partii, co już zupełnie skomplikowałoby wyborcze perspektywy PiS i mogłoby ostatecznie uniemożliwić powrót tej partii do władzy.
Historia nakazuje ostrożność
Jednocześnie historia nakazuje ostrożność w ogłaszaniu końców PiS. Partia Kaczyńskiego wielokrotnie była już składana do politycznego grobu, przetrwała też wiele wewnętrznych konfliktów, frond i rozłamów. Odchodzili z niej politycy tak fundamentalni dla sukcesów PiS, jak „trzeci bliźniak” Ludwik Dorn, jeden z autorów zwycięskich kampanii w 2005 r. Michał Kamiński, typowany przez długi czas na delfina Kaczyńskiego Zbigniew Ziobro.
Próby zbudowania nowej prawicy poza PiS kończyły się jednak zawsze porażką; buntownicy musieli albo, jak Ziobro, przepraszać się z Kaczyńskim, albo szukać sobie miejsca po drugiej stronie politycznego podziału. Niewykluczone, że ten sam los czekałby formację Morawieckiego.
Jednocześnie, inaczej niż w 2011 r., gdy powstała Solidarna Polska Ziobry, PiS ma dziś konkurencję po prawej stronie, z którą nie może sobie poradzić. Kaczyński już przestał być niekwestionowanym imperatorem polskiej prawicy. Prezes PiS kończy też w tym roku 77 lat, a jego wiek prędzej czy później może okazać się istotnym politycznie czynnikiem, więc choć konflikt wokół senatora Włosowicza sam w sobie okaże się pewnie bez większego znaczenia, to może być symptomem głębszych, trawiących partię problemów.

