Polacy odczują skutki programu CPN ogłoszonego przez Donalda Tuska w momencie, gdy będą rozjeżdżać się po całej Polsce, by spotkać się z rodziną przy świątecznym stole.

W czwartek premier Donald Tusk ogłosił program CPN — ceny paliwa niżej. Już w piątek przyjął go Sejm, być może tego samego dnia znajdzie się na biurku prezydenta. Program zakłada obniżkę VAT i akcyzy na paliwo oraz wprowadzenie maksymalnej ceny sprzedaży detalicznej paliwa — aby firmy paliwowe nie zmieniły niższych podatków w swoje zyski, z których nic nie będą mieli zwykli konsumenci. Ceny mają być w efekcie niższe nawet 1,2 zł na litrze.

To prosty, oczywisty ruch rodem z politycznego elementarza, po jaki w sytuacji zawirowań na rynku energetycznym spowodowanych przez wojnę Donalda Trumpa na Bliskim Wschodzie sięga i będzie sięgać wiele rządów. Czasem jednak proste narzędzia działają najlepiej — przynajmniej krótkoterminowo.

Tak też może być z tuskowym CPN. Premier ogłaszając taki program, ustawia się w roli, w jakiej czuje się najlepiej — polityka, który nie oderwał się od życia zwykłych obywateli, rozumie problemy ludzi przerażonych kwotami, jakie płacą na stacjach benzynowych, i jako premier chce i potrafi im pomóc. Robi to w trybie nagłej interwencji, nie zostawiającej wiele miejsca na niepotrzebne dywagacje i dyskusje. Większość mediów — poza TV Republika, która pewnie wymyśli narrację pokazującą, że Tusk obniża ceny paliwa tylko pozornie albo po to, by napełnić kieszenie Niemców — będzie teraz z uznaniem przedstawiać, jak szybko rządowa większość przeprowadza odpowiednie ustawy przez Sejm i Senat.

Timing w ogóle jest tu kluczową sprawą — rząd interweniuje na rynku paliw tuż przed świętami Wielkanocy. Polacy odczują więc skutki programu Tuska w momencie, gdy będą rozjeżdżać się po całej Polsce, by spotkać się na święta z rodziną. I można się spodziewać, że kwestia cen paliwa oraz tego, jak reaguje na nie rząd, będzie jednym z tematów rozmów przy wielkonocnych śniadaniach Polaków z chrzanem, szynką i jajeczkiem ze święconki.

Wiadomo, że akcja CPN nie sprawi, że wyborcy fundamentalnie wrodzy „koalicji 13 grudnia”, a do samego Tuska przejawiający często po prostu nienawiść nagle odczują wdzięczność dla rządu. Dla koalicji rządowej kluczowe jest jednak co innego — by niewkręceni na co dzień w polityczną polaryzację „normalsi” nie spędzili świąt, narzekając na wysokie ceny paliw i na to, że rząd z tym „nic nie robi”.

Oczywiście, z propozycją obniżenia VAT na paliwo już trzy tygodnie temu wystąpił Przemysław Czarnek. Na szczęście dla rządu PiS i jego kandydat na premiera położyli tę sprawę komunikacyjnie. Zamiast bowiem w każdym wystąpieniu i w każdym wywiadzie upominać się o obniżenie podatków na paliwo Czarnek musiał tłumaczyć się z kwestii paneli społecznych na dachu swojego domu i wyjaśniać, czy i kiedy zamierza je demontować.

Także cała partia stojąca za Czarnkiem nie była w stanie utrzymać spójnego przekazu komunikacyjnego w sprawie cen paliwa. Temat ten przesłonił spór o SAFE, sędziów Trybunału Konstytucyjnego, wewnętrzny konflikt w partii, spekulacje, co zrobią „harcerze Nawrockiego”. Nie pomogło też starcie prezydenta z dziennikarzem TVN, jego wizyta na Węgrzech i temat relacji szerokiego obozu PiS z Viktorem Orbánem — głównym sojusznikiem Władimira Putina w Unii Europejskiej.

Temat cen paliwa, teoretycznie bardzo kłopotliwy dla rządu, który opozycja powinna maksymalnie cisnąć, otwierając sobie też w ten sposób kanały dotarcia do „normalsów”, zginął w generowanym przez PiS i inne partie opozycji szumie. Z powodu zawirowań na rynkach energetycznych Tusk nie miał więc nawet połowy kłopotów, jakie mógłby mieć, gdyby PiS działał bardziej kompetentnie jako opozycja.

Jednocześnie polityka amortyzująca skutki kryzysu energetycznego przez obniżkę podatków na paliwo ma swoje naturalne ograniczenia. Chroni konsumentów przed wzrostami cen surowców energetycznych na rynkach światowych i ma antyinflacyjne działanie, ale nie jest w stanie rozwiązać problemów związanych z przerwanymi łańcuchami dostaw i fizycznym brakiem takich surowców.

A jeśli wojna na Bliskim Wschodzie będzie się ciągnąć długie miesiące, to możemy stanąć przed takim właśnie problemem. Warto pamiętać, że nie chodzi tu tylko o ropę i benzynę, ale też skroplony gaz ziemny, którym UE zastąpiła dostawy nieskroplonego gazu z Rosji. Europa sprowadza ten surowiec głównie z dwóch regionów: Zatoki Perskiej, gdzie dziś wojna paraliżuje fizycznie możliwości eksportu i produkcji, oraz USA, gdzie mamy nieprzewidywalnego partnera w postaci Donalda Trumpa.

Jeśli wojna będzie się przeciągać, to rządy europejskie, w tym polski, mogą znaleźć się w sytuacji, w której oprócz faktycznego dotowania konsumpcji surowców energetycznych — przez cięcia podatkowe, za które trzeba będzie przecież jakoś zapłacić — konieczne będą działania ograniczające konsumpcję. Albo poprzez zachęty do korzystania z transportu publicznego, albo wręcz przez jakieś formy racjonowania nośników energii. Nietrudno wyobrazić sobie, jakie koszty polityczne poniósłby rząd zmuszony do takich działań — zwłaszcza że w warunkach polaryzacji tak ostrej jak polska opozycja rozpęta wokół nich populistyczne piekło.

To bardzo niebezpieczna tendencja dla każdego rządu w roku przedwyborczym. Szczególnie biorąc pod uwagę, że to właśnie na inflacji i wzroście kosztów życia w dużej mierze wywrócił się PiS w 2023 r., a kwestia ta okazywała się w ostatnich latach zabójcza dla wielu rządów na całym świecie. Bo jakie nie byłyby realne przyczyny kłopotów gospodarczych, to przeciętny wyborca obwinia o nie aktualny rząd.

Tusk ma tu co prawda jedną kartę do zagrania — wysokie ceny, szok energetyczny i ewentualne racjonowanie benzyny to wina tego drugiego Donalda, który bez konsultacji z europejskimi sojusznikami rozpoczął niepotrzebną, nieprzemyślaną i nieprzygotowaną wojnę z Iranem, na zakończenie której nie ma w dodatku pomysłu. PO próbowała zresztą już tej narracji w pierwszych tygodniach konfliktu. A wiadomo, z jaką polską siłą polityczną sklejony jest „ten drugi Donald”.

Związki z Trumpem i jego coraz bardziej chaotyczną, uderzającą często w polskie interesy polityką zagraniczną mogą faktycznie okazać się problemem dla PiS. Już widzimy, że w wielu demokracjach radykalna, niedawno jeszcze zapatrzona w Trumpa i ruch MAGA prawica albo traci na związkach z amerykańskich prezydentem, albo zaczyna się od niego odcinać.

Jednocześnie narracja o tym, że wysokie ceny, to ten drugi Donald, a Trump to PiS, będzie mieć dość ograniczone oddziaływanie. Kluczowa grupa wyborców, jak wściekła nie będzie na Trumpa za wywołanie chaosu w kluczowym dla światowego rynku energetycznego regionie, będzie oczekiwać od rządu by skutecznie zajął się skutkami wojen Trumpa dla polskich konsumentów. I tłumaczenia, że to nie nasza wina, że mamy ograniczone możliwości działania — jak prawdziwe by nie były — mogą okazać się średnio przekonujące.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version