Można przypuszczać, że nawet wśród wiernych widzów Telewizji Republika trudno byłoby znaleźć kogoś, kto, patrząc na aferę szpitalną, powiedziałby: „za PiS-u to by było nie do pomyślenia”. Partia Jarosława Kaczyńskiego nie może już dłużej liczyć, że automatycznie zbuduje się na problemach KO.

Przez ponad dwie dekady w polskiej polityce rządziła reguła: gdy słabła Platforma Obywatelska, korzystał na tym, rosnąc PiS, a gdy słabła partia Kaczyńskiego, korzystała na tym ta Tuska. Być może dziś obserwujemy właśnie początek końca tej reguły: choć KO ma w związku z aferą szpitalną największe problemy od ubiegłorocznej klęski Rafała Trzaskowskiego — jeśli nie od wygranych wyborów w 2023 r. — to PiS, jak pokazują sondaże, od tego bynajmniej nie rośnie. Zyskują zamiast tego obie Konfederacje.

Wynika to nie tylko ze specyfiki afery szpitalnej, ale także z tego, jak w ciągu kilku lat zmieniła się plansza, na której toczy się polityczna gra w Polsce.

Choć oczywiście specyfika afery też mu tu znaczenie, PiS nie pomaga to, że nie jest partią mającą wizerunek siły kompetentnej w ochronie zdrowia. Można przypuszczać, że nawet wśród wiernych widzów Telewizji Republika trudno byłoby znaleźć kogoś, kto, patrząc na aferę szpitalną, powiedziałby: „za PiS-u to by było nie do pomyślenia”.

Nie ma dziś w Polsce poczucia, że w latach 2015-23 ochrona zdrowia działała dobrze, a przynajmniej lepiej niż obecnie, tylko popsuli ją Tusk i jego koalicjanci. Wręcz przeciwnie, ludzie doskonale pamiętają, że w ciągu ośmiu lat PiS nie rozwiązał żadnego z problemów polskiej ochrony zdrowia. W czasie pandemii zarządzał nią w dodatku w tak chaotyczny sposób, że nie zadowalało to nikogo — część społeczeństwa jest do dziś wściekła o nadmiarowe zgony, inna o pandemiczne obostrzenia.

Można też przypuszczać, że w niejednym samorządzie, w którym władzę ma PiS, dochodzi do podobnych nieprawidłowości co w Warszawskim Szpitalu Południowym, a o czym doskonale wiedzą lokalni wyborcy. Jeśli media znajdą „pisowskiego Kacprzyka” — lekarza milionera z PiS, zwłaszcza zarabiającego nieuczciwie — to utwierdzi to wyborców w przekonanie, że obie największe partie są siebie warte.

Konfederacja może tymczasem rosnąć na kryzysie szpitalnym, bo nie ma tych wszystkich obciążeń. Nigdy nie rządziła i na poziomie samorządowym nie rządzi w żadnym województwie, ma też tylko jednego prezydenta miasta — w Bełchatowie. Nie ponosi więc odpowiedzialności za stan systemu ochrony zdrowia. Ze swoim radykalnie wolnorynkowym programem odróżnia się przy tym od reszty partii — a w sytuacji, gdy wyborcy widzą, jak wiele patologii zagnieździło się w obecnym systemie, jej radykalne propozycje mogą się nagle wydawać atrakcyjne.

Podobny problem PiS ma z innymi tematami, które dziś po prawej stronie budzą największe emocje: migracją i stosunkami polsko-ukraińskimi. Prawicowy elektorat niechętny migracji pamięta, że to PiS otworzył granice nie tylko dla ukraińskich uchodźców wojennych, ale także migracji zarobkowej często z odległych obszarów globu, dla której rozwijająca się dynamicznie Polska stała się atrakcyjnym miejscem do pracy.

PiS dziś przyłącza się do ataków na polski rząd za przekazanie Tomahawków Ukrainie, ale to jego rząd przekazał Ukrainie znacznie więcej sprzętu i zdecydowanie wspierał wysiłek zbrojny Kijowa, odsuwając na dalszy plan kwestie skomplikowanej wspólnej historii. Choć dziś PiS proponuje uchwałę sprzeciwiającą się członkostwu Ukrainy w Unii Europejskiej, to kilka lat temu jego liderzy — łącznie z Kaczyńskim — mówili coś zupełni innego, wręcz domagając się jak najszybszej integracji Ukrainy z politycznymi strukturami Zachodu. Rząd Morawieckiego, Andrzej Duda i prezes PiS mieli w tym wszystkim rację, ale polityka z lat 2020-23 sprawia dziś, że partia w swoim świeżym „twardym” kursie wobec Ukrainy jest po prostu niewiarygodna.

Tym bardziej, że na prawo od siebie ma dwie Konfederacje, które z łatwością mogą przelicytować ją w antyukraińskim i antyemigranckim radykalizmie, jak i we wszelkich innych antysystemowych treściach. PiS chciał powstrzymać odpływ elektoratu na prawo, decydując się wskazać Przemysława Czarnka jako swojego kandydata na premiera. Czarnek bez wątpienia potrafi mówić radykalnym językiem i jest bardzo popularny w elektoracie PiS. Problem w tym, że jak radykalny by nie był, to nie przelicytuje w tym Grzegorza Brauna, a jego typ radykalizmu niekoniecznie przekonuje wyborców Konfederacji Krzysztofa Bosaka i Sławomira Mentzena.

Bo część problemów PiS wynika z tego, że partia ta jest coraz bardziej formacją starszej części elektoratu. Według raportu CBOS z początku roku na temat elektoratów partii politycznych aż połowa wyborców PiS to emeryci i renciści, a 40 proc. z nich to osoby 65 plus.

PiS był partią raczej starszego niż młodszego elektoratu od momentu, gdy ukształtował się podział PO-PiS. Dziś jednak trudności z dotarciem do młodszych wyborców zaczynają coraz bardziej ciążyć PiS, bo na prawicy wyrosła im formacja znacznie lepiej docierająca do młodszych wyborców.

Próby przyciągnięcia młodszego elektoratu, jakie PiS podejmował w trakcie swoich rządów, albo nie przynosiły widocznych efektów (jak zerowy PIT dla młodych do 26. roku życia), albo kończyły się polityczną katastrofą (jak piątka dla zwierząt). Młodych wyborców zraziła też polityka pandemiczna. COVID-19 nie był postrzegany jako choroba szczególnie zagrażająca młodym, a dotkliwie utrudnił im życie w formacyjnym okresie. Rok w zamknięciu przeżywa się znacznie mocniej, gdy ma się kilkanaście lat albo jest się studentem niż jako w pełni dorosły człowiek. Młody prawicowy elektorat socjalizował się politycznie w niechęci do Morawieckiego jako premiera od pandemicznych obostrzeń.

PiS odnosił największe sukcesy jako partia jednocześnie konserwatywna światopoglądowo i solidarystyczna społecznie. Ta kombinacja nie jest już tak atrakcyjna dla młodych wyborców. Ci bardziej lewicowi są w mniejszym lub większym stopniu ukąszeni przez korwinizm z jego indywidualizmem czy wręcz społecznym darwinizmem, ci bardziej solidarystyczni mają też bardziej liberalne poglądy niż PiS.

Elektorat się starzeje i silne poparcie w grupie 65 plus to bardzo solidna podstawa dla każdej partii. Ta podstawa nie wystarczy jednak, by samodzielnie wygrywać wybory i korzystać na rozczarowaniu rządami obecnej koalicji.

W wyborach prezydenckich PiS był w stanie obejść ten problem, wystawiając Karola Nawrockiego, który w drugiej turze zdołał zjednoczyć wokół siebie cały prawicowy elektorat. W wyborach parlamentarnych nie ma jednak drugiej tury i podobny manewr nie zadziała.

PiS może oczywiście próbować podzielić Konfederację i jednoczyć wokół siebie prawicę, media donosiły zresztą niedawno o takich planach, ale liderzy Konfederacji byliby bardzo naiwni, gdyby przy swoich obecnych notowaniach szli na jakiekolwiek układy z PiS. Jeśli Konfederacje nie popełnią błędu, to PiS będzie się musiał pogodzić z tym, że nawet jeśli posypią się rządy obecnej koalicji, to po wyborach samodzielnie rządzić nie będzie. A od 2007 r., gdy w bardzo złym stylu posypała się jego koalicja z LPR i Samoobroną, partia odwykła od prawdziwie koalicyjnych rządów i można spodziewać się, że także te z Bosakiem i Mentzenem byłyby burzliwe.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version