Nie wyobrażam sobie, że mógłbym być dumny z tego, że odbieram nominację profesorską od polityka, z którym nie zgadzam się w tak wielu fundamentalnych sprawach — prof. Michał Bejger tłumaczy, dlaczego odmówił udziału w ceremonii w pałacu prezydenckim.

Prof. Michał Bejger, astrofizyk z Centrum Astronomicznego imienia Mikołaja Kopernika (CAMK) Polskiej Akademii Nauk: Procedura recenzyjna zakończyła się pod koniec września, dokumenty zostały złożone w Kancelarii Prezydenta w połowie października. I od tamtego momentu cisza. W marcu wysłałem oficjalne zapytanie, dlaczego to trwa tak długo i na czym konkretnie polega ich procedura. Nie dostałem ­odpowiedzi.

Słyszałem, że niektórzy z moich kolegów wstrzymują się ze składaniem wniosków o profesurę. Zniechęca ich, że to jest aż tak wrażliwe politycznie. Decyzje prezydenta Nawrockiego dają więc efekt mrożący, co nie działa dobrze dla Polski na rynku badań naukowych.

— Trudno mi rozstrzygnąć, czy świadczy to o braku zainteresowania sprawnym wykonywaniem obowiązków, czy o demonstracyjnym lekceważeniu prawa i osoby, której procedura dotyczy. Każdego roku około 300 naukowców dostaje tytuł profesora, biuro nominacji i odznaczeń w Kancelarii Prezydenta ma sporo pracy, ale chyba nie aż tyle, żeby trwało to aż pół roku. Według mnie to kwestia niskiego priorytetu, jaki prezydent nadaje nauce, w porównaniu z innymi sprawami. A przecież część merytoryczna należy do środowiska naukowego i to ma dla mnie kluczowe znaczenie. Mój wniosek o przyznanie tytułu profesorskiego oceniło pozytywnie pięcioro recenzentów wybranych przez Radę Doskonałości Naukowej. To ludzie niezwiązani ze mną zawodowo, więc niezależni. Oceniają cały mój dorobek, sprawdzają, czy te dokonania można uznać za znaczące. Prezydent ma do wykonania wyłącznie ustawowy i ceremonialny obowiązek zaakceptowania tej decyzji.

— Ich sprawy są bardziej rażące, bo brak podpisu w obu przypadkach został wprost osadzony w kontekście politycznym. Andrzej Duda odmówił podpisu pod nominacją Bilewicza. Oceniał jego pracę jako „wątpliwie naukową”, „antypolską”, a proces kwalifikacji jako „pozbawiony obiektywizmu”. Ustawowo prezydent nie ma prawa takiej oceny wydawać ani odrzucić nominacji. W przypadku Żelaznego możemy tylko się domyślać, że chodzi o jego krytyczne wystąpienia wobec rządu PiS i przeszłość z czasów PRL.

Sytuacji obu naukowców nie zmienił też Karol Nawrocki, mimo wyroków sądowych nakazujących podjęcie decyzji. To jest skandaliczne łamanie prawa.

— Nie wyobrażam sobie, że mógłbym być dumny z tego, że odbieram swoją nominację od polityka, z którym nie zgadzam się w tak wielu fundamentalnych sprawach. Rozumiem argument, że idzie się na tę ceremonię do urzędu Prezydenta RP, a nie do konkretnego polityka. Rzecz w tym, że nie potrafię się do tego argumentu przekonać, więc uznałem, że lepiej się do tego nie zmuszać. Już po fakcie dowiedziałem się, że co trzeci z zaproszonych profesorów nie przybył na tę uroczystość.

Uważam też, że głos nauki przestał być słuchany i traktowany jako istotny. A środowisko nauki jest zbyt bierne i dominuje w nim poczucie niemocy. Mój gest to osobista próba przełamania tej bierności.

— Powinniśmy mówić, „jak jest”, nawet jeśli czasem chodzi o trudne prawdy. Na przykład w sprawie zwiększenia finansowania nauki — tego dotyczył protest 3procent­nanauke.pl, w którym brałem udział. Jednak nie wszyscy dołączyli.

Poczucie niemocy wynika m.in. z tego, że naukowcy są jak mityczna Kasandra, bo przewidzieli nadciągające kryzysy: geofizycy — klimatu, a socjologowie — relacji międzyludzkich. Ale nie byli w stanie tego zatrzymać.

Za parę lat nie będzie komu tworzyć nowej polskiej nauki, bo młodzi wybierają kariery poza nią albo wyjeżdżają za granicę, gdzie mogą liczyć na realny rozwój i pensje, które pozwalają żyć. U nas pensja asystenta została podniesiona o kilkanaście złotych ponad minimalną krajową chyba tylko po to, żeby jawnie nie łamać prawa.

W rezultacie Polska produkuje tanią siłę roboczą z tytułem magistra, ale w przełomowe odkrycia w kraju nikt nie inwestuje. Podkreślam: polski potencjał naukowy jest od lat głodzony i systemowo osłabiany przez nienaukową ­dezinformację.

— Nie spodziewam się żadnej. I to nie jest przesadny pesymizm, tylko wniosek z doświadczenia. Jeśli miesiącami Kancelaria Prezydenta nie odpowiadała mi na proste pytania dotyczące mojej nominacji, trudno oczekiwać, że znajdzie czas i chęć, żeby odnieść się do listu, w którym stawiam mniej wygodne pytania. List ten traktuję bardziej jako odezwę do środowiska naukowego i do społeczeństwa — dzieje się coś bardzo złego, gdy demonstracyjnie lekceważy się tak istotny obszar funkcjonowania państwa i cywilizacji, jakim jest nauka.

— Zajmuję się badaniem fal grawitacyjnych, czyli zaburzeń czasoprzestrzeni — zaburzeń tempa przepływu czasu i odległości w przestrzeni — wywoływanych przez ruch masywnych kosmicznych obiektów, np. czarnych dziur. Pracuję na styku modelowania źródeł, które emitują fale, sposobów rejestracji tych zjawisk w detektorach i interpretacji owych wyników, czyli analizy danych, zwłaszcza metodami uczenia maszynowego. W jednej z prac mojego zespołu zademonstrowaliśmy np. odkrycie w archiwalnych danych nowego zjawiska fali grawitacyjnej wyłącznie metodami uczenia maszynowego, czyli bez tradycyjnych narzędzi analizy danych. To było możliwe dzięki fascynującym nowym technologiom i sprawiło mi to sporo satysfakcji naukowej.

Nauka podstawowa ma to do siebie, że nie zawsze widać, co wynika od razu z odkryć, ale projektując nasze detektory, wymagamy od inżynierów osiągania precyzji wcześniej niemożliwej, np. w technologii próżniowej, optoelektronice i laserach, a to przekłada się na zastosowania np. w technologiach medycznych i elektronice.

— Na przykład brak podwyżki. To dla mnie oznacza kilkaset złotych miesięcznie. I nie są to gigantyczne zarobki. W przypadku profesora „belwederskiego” w grę wchodzi około 9 tys. zł brutto.

Chodzi też o prestiż i pozycję mojego zespołu wobec grantów, o które się staramy, a o które coraz trudniej — właśnie z powodu coraz słabszego finansowania nauki.

— Podczas swojej pierwszej ceremonii wręczenia nominacji profesorskich Nawrocki podkreślał, że istotą kodeksu akademickiego jest krzewienie prawdy, a nie pogoń za zyskiem ani „próżną chwałą”. Pięknie to brzmi. Ale nie jest spójne z tym, co dzieje się w praktyce. Bo prezydent — ten i poprzedni — pominął przecież Bilewicza i Żelaznego.

Mój przypadek nie ma bezpośredniego związku z działalnością polityczną, ale zdecydowałem się na ten krok również dlatego, że nie chcę patrzeć obojętnie na łamanie prawa. Prezydent będzie sobie wybierał, które wyniki naukowe mu pasują, a które nie? Historia pokazuje, do czego prowadzi podporządkowywanie nauki kryteriom ideologicznym. Skrajnym przykładem były nazistowskie Niemcy, które honorowały wyłącznie „naukę niemiecką”, a odrzucały „nieprawomyślnych” naukowców, np. Alberta Einsteina ze względu na żydowskie pochodzenie — chociaż teoria względności była i nadal pozostaje fundamentem ­fizyki.

— Na przykład, odbierając Order Orła Białego Zełenskiemu, powołuje się na prawdę historyczną i pamięć o ofiarach rzezi wołyńskiej. Ale już w odniesieniu do zdrowia publicznego, gdzie wiedza naukowa jest twarda i jednoznaczna, ta logika przestaje działać i ustępuje miejsca światopoglądowi: Nawrocki głosi, że jest przeciwny obowiązkowym szczepieniom, potem wypisuje syna z edukacji zdrowotnej. Ostatnio wetuje ustawę wdrażającą regulacje o usługach cyfrowych, akceptując w ten sposób dalsze szerzenie dezinformacji i treści sprzecznych z wiedzą naukową.

Jako naukowiec, i mimo że w dziedzinach ścisłych, nadal jestem obywatelem. Niepokoi mnie wszystko, co prowadzi do wzrostu agresji i pogłębia społeczne podziały. Pamięć o tragicznych wydarzeniach powinna służyć prawdzie i pojednaniu, a nie mobilizowaniu emocji politycznych i być wykorzystywana jak pałka.

Eskalowanie napięć między Polską a Ukrainą działa na korzyść Rosji, a nie Polski. Podsycanie nastrojów nacjonalistycznych, przyzwolenie na wrogość wobec obcych, ma konsekwencje dla konkretnych ludzi. Poziom agresji wśród „zwykłych” Polaków jest przerażająco wysoki i obawiam się, że będzie gorzej — ostatnio mój doktorant z Indii został zaatakowany na ulicy i uderzony w twarz. Bez powodu.

— Obywatel Nawrocki może mieć własne poglądy, ale jako prezydent powinien reprezentować wszystkich Polaków, nie tylko tę część, która go wybrała. I rolą głowy państwa powinno być raczej łagodzenie podziałów, a nie ich pogłębianie.

To kwestia odpowiedzialności. Jeśli polityk na najwyższym stanowisku w kraju wygłasza jakieś opinie, musi brać pod uwagę, że ludzie to uwzględnią w swoich indywidualnych decyzjach. Gdy taka osoba daje przyzwolenie na niedoszczepienie populacji, musi brać pod uwagę, że z tego powodu ludzie będą chorować, a niektórzy umrą. Gdy prezydent własnym przykładem lekceważy przedmioty szkolne oparte na wiedzy naukowej — musi liczyć się z tym, że obywatele jego państwa przestaną szanować szkołę i będą ­uważali, że w porządku jest bojkotować naukę.

Uważam, że ’ pomiędzy poglądami politycznymi a niebezpieczną manipulacją faktami i poglądami dla doraźnych celów politycznych. Może jestem naiwny, ale oczekiwałbym od prezydenta więcej rozwagi i spójności.

— Nie wiem, o co chodzi z tymi saszetkami. Głowa państwa nie może się narażać na uszczerbek na zdrowiu z powodu uzależnienia. Jest to również niewychowawcze, bo prezydent promuje nałóg. A co, gdyby Nawrocki chodził w koszulce z reklamą piwa? Też uważalibyśmy, że to jego osobista sprawa?

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version