Jak niektórzy słusznie podejrzewali, choć mało kto mógł wiedzieć na pewno, zalew niecenzurowanej literatury nie był dziełem przypadku. Książki trafiały do Polski w ramach wieloletniej operacji wywiadowczej Stanów Zjednoczonych, znanej w Waszyngtonie pod nazwą „programu książkowego CIA”. Rezultat tych dążeń niewątpliwie zalicza się do najbardziej wyrafinowanych operacji wywiadowczych w dziejach.
Na początek — książka. Bardzo szczególna książka, która znajduje się obecnie w bibliotece Instytutu Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego, czyli skarbcu literatury spowitym wonią kurzu i starego papieru, a przy tym tak zapełnionym regałami, że w niektórych miejscach da się przejść wyłącznie bokiem. Mowa o cienkim tomie rozmiarów przeciętnej książki przeznaczonej na rynek masowy. Błyszcząca obwoluta przedstawia salę komputerową z lat siedemdziesiątych XX wieku, gdzie guru ery informacyjnej w dzwonach i z szerokimi wzorzystymi krawatami wstukują polecenia na terminalach starodawnego komputera klasy mainframe. Na przodzie okładki widnieją słowa: „główna stacja operacyjna”, „pomocnicza stacja operacyjna” i „wolnostojący wyświetlacz”, a tylną stronę wypełnia lista kodów i żargon techniczny minionej epoki. Czy istnieje mniej kusząca publikacja od przestarzałego podręcznika obsługi technicznej?
Wystarczy zajrzeć do środka, żeby się przekonać, że książka skrywa pewną tajemnicę. Ma pożółkłe i kruche kartki z postrzępionymi brzegami. Mimo ponownego sklejenia grzbietu i wymiany tekturowych okładek w każdej chwili może się rozpaść — nie jest to ani publikacja z lat siedemdziesiątych, ani podręcznik obsługi technicznej. Na początkowych stronach podano, że książka po raz pierwszy ukazała się drukiem w 1953 roku w Paryżu, a dalej znajdziemy tytuł i nazwisko autora: „1984”, George Orwell. To polskie wydanie słynnej antytotalitarnej powieści brytyjskiego socjalisty, którą komunistyczni cenzorzy z bloku wschodniego na wiele lat umieścili na liście książek zakazanych. Jak się tutaj znalazło i dlaczego? W poszukiwaniu odpowiedzi zwróciłem się do jego wieloletniej właścicielki.
Teresa Bogucka mieszka z dwoma kotami na warszawskim Solcu, w mieszkaniu wypełnionym książkami i dziełami sztuki. Od północy ma widok na park — w ten deszczowy jesienny dzień drzewa zdają się kapać złotem — a od południa przez otwarte okno dochodzi świergot ptaków, które domagają się jedzenia. Na parterze budynku mieści się biblioteka i Centrum Informacji im. Jana Nowaka-Jeziorańskiego — bohatera wojennego, pisarza i wieloletniego dyrektora Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, który mieszkał tutaj na emeryturze. Za wschodnią ścianą płynie niewidoczna stąd Wisła, charakterystyczny element krajobrazu Polski, która toczy swe wody przez równiny w kierunku Gdańska i Bałtyku.
Książkę przywiózł do Polski ojciec Teresy, krytyk sztuki Janusz Bogucki. W 1957 roku, w okresie krótkotrwałej liberalizacji po śmierci Stalina, Janusz mógł po raz pierwszy wyjechać na Zachód i postanowił odwiedzić Paryż. Przekład Orwella wybrał u miejscowego polskiego kolportera, prawdopodobnie w Libelli — księgarence przy cichej uliczce na Wyspie Świętego Ludwika nieopodal Katedry Notre Dame. Wziął też parę innych tytułów, między innymi tomik poezji przyszłego laureata Nagrody Nobla Czesława Miłosza i kilka egzemplarzy polskiego emigracyjnego miesięcznika „Kultura”. Wszystkie pozycje były wówczas w Polsce zakazane, ale Janusz przemycił je przez granicę w bagażu i przywiózł do położonego na uboczu miasteczka, gdzie zamieszkał wcześniej z rodziną, żeby uniknąć stalinowskich czystek. Powieść 1984 podarował córce.
Teresa miała wówczas dziesięć albo jedenaście lat, ale była zachłanną czytelniczką. Opowieść Orwella poraziła ją jak grom. „Przeżyłam ogromny szok” — wspominała.
Mimo młodego wieku Teresa dostrzegła podobieństwa między komunistyczną Polską a Oceanią, czyli fikcyjnym dystopijnym państwem z powieści Orwella. Język, jakim posługiwali się nauczyciele w szkole, był silnie sformalizowany, co miało wspomagać szerzenie ideologii komunistycznej i zapobiegać pojawianiu się odmiennych poglądów. Podczas każdej lekcji odwoływano się do propagandowych tez partii, która uważała, że zachodni imperializm stanowi zagrożenie dla Polski, niemieccy faszyści chcą znowu zaatakować kraj, a Amerykanie planują zrzucić stonkę na polskie pola ziemniaków, żeby wywołać głód. W domu Teresy rozmawiano zupełnie inaczej, ale rodzice nie mogli jej powiedzieć, że szkoła kłamie, żeby przypadkiem nie doszło to do uszu partii. Życie w komunistycznej Polsce wymagało orwellowskiego „dwójmyślenia”, czyli zdolności wyznawania „dwóch sprzecznych poglądów jednocześnie” i przyjmowania obu za prawdę.
W połowie lat sześćdziesiątych Bogucka dostała się na Uniwersytet Warszawski, gdzie dołączyła do grona zdolnych młodych ludzi, którzy chcieli wszystko kwestionować. Zabrała ze sobą książki, w tym „1984”, i chętnie je pożyczała. Część jej przyjaciół po raz pierwszy zetknęła się z niecenzurowanymi materiałami i zwyczajnie się bała: gdyby przyłapano ich z takimi tytułami, mogliby zostać usunięci z uczelni, a bezpieka miałaby czym ich szantażować. Tych, którzy odważyli się sięgnąć po lekturę, połączyło wspólne nielegalne działanie. Zaangażowali się w konspirację.
Bogucka i pozostali studenci wychowali się w systemie komunistycznym. Nauczono ich postrzegać świat przez pryzmat filozofii marksistowsko-leninowskiej, ale nie wątpili też we własną inteligencję. „Wszyscy wokół mówili o dialektyce marksistowskiej — wspominała Teresa — tymczasem my wierzyliśmy, że jesteśmy młodymi rewizjonistami. Chcieliśmy zrozumieć, o co w tym wszystkim naprawdę chodzi”. Pochłaniali wszelkie dostępne książki na temat ekonomii i socjologii, ponieważ chcieli się dowiedzieć, czy Marks miał rację. Zyskali reputację radykalnych myślicieli, a pewien profesor ochrzcił grupę Teresy mianem „komandosów”. Z czasem komandosi doszli do nieprawomyślnego wniosku, który wpłynął na ich całe dorosłe życie: Marks się mylił.
Kilka lat później, w 1976 roku, gdy krajem wstrząsała fala strajków i niepokojów społecznych, Bogucka dołączyła do rodzącego się ruchu opozycyjnego. Wpadła wówczas na pomysł stworzenia biblioteki wolnej od cenzury, która dałaby ludziom dostęp do historii, jakiej mieli nigdy nie poznać, i literatury, jakiej mieli nigdy nie przeczytać. Poprosiła przyjaciół o książki i ofiarowała na ten cel własny księgozbiór, w tym powieść „1984”. Służba Bezpieczeństwa, polski odpowiednik KGB, miała Teresę pod stałą obserwacją: podsłuchiwała jej rozmowy, co jakiś czas ją aresztowała i przeszukiwała jej mieszkanie, dlatego Bogucka poprosiła sąsiadów, żeby to oni przechowywali książki. Przez większość czasu publikacje krążyły jednak wśród czytelników, ponieważ „latająca biblioteka” znajdowała się w ciągłym ruchu. System potajemnych wypożyczeń nadzorowała sieć koordynatorów, którzy odpowiadali za poszczególne grupki czytelników. Bogucka dzieliła książki na kategorie: polityka, ekonomia, historia i literatura, po czym szykowała paczki po dziesięć pozycji i wyznaczała koordynatorom dzień odbioru. Swój przydział wynosili w plecakach. Miesiąc później koordynator zostawiał taką paczkę pod innym adresem i odbierał nowy zestaw.
Zapotrzebowanie na książki Boguckiej okazało się tak ogromne, że wkrótce zaczęło ich brakować. Kolejne pozycje można było pozyskać tylko na Zachodzie. Zaprzyjaźnieni działacze donieśli o sprawie do Londynu, gdzie emigracyjni wydawcy zorganizowali wysyłkę po trzydzieści lub czterdzieści egzemplarzy w jednym rzucie. Dostarczali je na Gare du Nord w Paryżu — stację końcową transkontynentalnego pociągu sypialnego, który regularnie kursował przez Europę na linii wschód-zachód. Tam kurier wsiadał do pociągu z walizką książek, po czym kierował się do toalety, odkręcał śrubki w panelu sufitowym i umieszczał przesyłkę w pustej przestrzeni pod sufitem. Po opuszczeniu pociągu przekazywał numer wagonu do Warszawy za pomocą zaszyfrowanej wiadomości telefonicznej. W Poznaniu, na pierwszym postoju pociągu w Polsce, wsiadał inny pasażer, odkręcał panel sufitowy i wyjmował walizkę, a następnie dostarczał książki Boguckiej.
W 1978 roku „latająca biblioteka” Teresy Boguckiej liczyła już pięćset zakazanych tytułów. Powstały filie w kilku polskich miastach, a gdy Teresa zajęła się inną działalnością opozycyjną, przekazała bibliotekę w ręce kolejnej działaczki, która dalej wypożyczała książki przez całe lata osiemdziesiąte. Po 1989 roku i upadku muru berlińskiego biblioteka znalazła schronienie w Instytucie Stosowanych Nauk Społecznych Uniwersytetu Warszawskiego.
Ile osób przeczytało ten właśnie egzemplarz powieści Orwella w tych kluczowych latach zimnej wojny? Setki, jeśli nie tysiące. A była to tylko jedna z milionów pozycji, które trafiły do Polski nielegalnymi kanałami. Polska z kolei była tylko jednym z krajów bloku radzieckiego, a wszystkie otrzymały mnóstwo zakazanych publikacji. Książki docierały wszelkimi możliwymi sposobami: przemycano je w ciężarówkach i na jachtach, wysyłano balonami, pocztą i ukrywano w bagażu podróżnym. Wydania kieszonkowe chowano w nutach koncertujących muzyków, puszkach na żywność i opakowaniach po tampaksach. Egzemplarz „Archipelagu GUŁag” Aleksandra Sołżenicyna dotarł do Moskwy samolotem, ukryty w dziecięcej pieluszce. Od końca lat siedemdziesiątych zakazane książki i broszury były masowo powielane na maszynach przemyconych z Zachodu przez podziemne drukarnie działające w Polsce, co potęgowało oddziaływanie tej literatury. Z czasem podziemie coraz częściej publikowało też rodzime tytuły. W połowie lat osiemdziesiątych „drugi obieg” urósł do tak wielkich rozmiarów, że system komunistycznej cenzury zaczął się załamywać.
Wpływ tej literackiej fali okazał się przemożny. Polska była najważniejszym państwem bloku wschodniego: podczas upadku komunizmu w 1989 roku to od niej zaczął się efekt domina, i to właśnie literatura wygrała walkę w Polsce, jak stwierdził opozycjonista Adam Michnik. „Powinniśmy wystawić pomnik książkom — powiedział w rozmowie ze mną. — Jestem przekonany, że to książki odniosły zwycięstwo w tej walce. Książka to rezerwuar wolności, niezależnej myśli, ludzkiej godności. Książki były wtedy jak powiew świeżego powietrza. Pozwalały nam przetrwać i nie zwariować”.
Jak niektórzy słusznie podejrzewali, choć mało kto mógł wiedzieć na pewno, zalew niecenzurowanej literatury nie był dziełem przypadku. Książki trafiały do Polski w ramach wieloletniej operacji wywiadowczej Stanów Zjednoczonych, znanej w Waszyngtonie pod nazwą „programu książkowego CIA”. Strategia polegała między innymi na tworzeniu ruchomych bibliotek z zakazanymi książkami po drugiej stronie żelaznej kurtyny. Egzemplarz 1984, który trafił do Boguckiej, to wczesny przykład dzieła, które sponsorowano w ramach programu. Powieść — tak samo jak wiersze Miłosza i numery „Kultury” — opublikował współpracownik amerykańskiego wywiadu we Francji, znany CIA pod pseudonimem QRBERETTA, a Księgarnia Libella, gdzie Janusz ją dostał, od wielu lat działała jako kolporter na potrzeby programu agencji. Książka Boguckiej przez trzydzieści lat powoli podkopywała radziecki komunizm, spełniając tym samym swoje zadanie.
Niemal czterdzieści lat po zakończeniu zimnej wojny kampanie wpływu są dosłownie wszędzie. W dzisiejszych czasach agencje wywiadu, aktywiści i organizacje terrorystyczne dysponują niemal nieograniczonymi możliwościami prowadzenia operacji polityczno-psychologicznych i wpływania na opinię publiczną, a przestrzeń propagandowa jest pod pewnymi względami ważniejsza od działań zbrojnych. Dezinformacja zagraża zachodniej demokracji liberalnej jak nigdy dotąd, a z powodu cenzury i list zakazanych książek szkoły i biblioteki znowu stają się polem ideologicznych bitew. Z dzisiejszego punktu widzenia programy literackie CIA wydają się wręcz staroświeckie. Przyświecały im cele natury politycznej, ale nie osiągano ich za pomocą kłamstw czy indoktrynacji. Jak ujął to kierownik programu George Minden, „ofensywę wolnej, uczciwej myśli” prowadzono z nadzieją na sukces, ponieważ „prawda jest zaraźliwa”, więc gdyby tylko udało się ją zanieść uciskanym narodom bloku radzieckiego, na pewno odniosłaby pożądany efekt.
Rezultat tych dążeń niewątpliwie zalicza się do najbardziej wyrafinowanych operacji wywiadowczych w dziejach. Oprócz ilustrowanych magazynów lifestyle’owych, takich jak „Marie Claire” czy „Cosmopolitan”, CIA wysyłała między innymi egzemplarze „New York Review of Books” i „Manchester Guardian Weekly”, dzieła laureatów Nagrody Nobla: Borysa Pasternaka, Czesława Miłosza i Josifa Brodskiego, teksty filozoficzne Hannah Arendt, Alberta Camusa i Bertranda Russella, utwory literackie Philipa Rotha i Kurta Vonneguta, porady pisarskie Virginii Woolf, sztuki Václava Havla i Bertolta Brechta oraz thrillery szpiegowskie Johna le Carré. Choć niektóre wczesne tytuły trącą imperializmem kulturowym, a ich celem była promocja amerykańskiej sztuki czy amerykańskiego stylu życia, to w późniejszych latach największą popularnością cieszyły się książki pisarzy radzieckich lub wschodnioeuropejskich, które wybierali i redagowali sami mieszkańcy bloku lub emigranci.
Prawie wszystkie dokumenty dotyczące programu książkowego CIA pozostają utajnione, podobnie jak inne akta na temat szerszej operacji wspierania polskiej opozycji, którą agencja prowadziła pod kryptonimem QRHELPFUL. Niniejsza książka bazuje głównie na innych źródłach, w tym na raportach terenowych Mindena i wywiadach z jego licznymi współpracownikami. W Polsce kwestia wsparcia CIA dla „Solidarności”, czyli głównego ruchu opozycyjnego w latach osiemdziesiątych, pozostaje tematem tabu. Niektórzy weterani oskarżają Amerykanów o próbę przywłaszczenia sobie zasługi za polskie zwycięstwo lub obawiają się sprowadzenia do roli bezwolnych marionetek w rękach CIA. Żadna z tych wersji nie odpowiada prawdzie: agencja raczej wspierała opozycjonistów, niż nimi sterowała. Nie ulega jednak wątpliwości, że Amerykanie odegrali bardzo ważną rolę w pokonaniu komunizmu w Polsce i niewielu Polaków, którzy świadomie skorzystali z tajnej amerykańskiej pomocy, miało powody do narzekań. Byli przecież uwikłani w konflikt między dwoma mocarstwami i rozpaczliwie pragnęli uwolnić Polskę spod sowieckiego ucisku. W tej sytuacji, jak ujął to pewien opozycjonista: „Przyjąłbym pieniądze chyba od samego diabła”.
Teresa Bogucka nie wiedziała z całą pewnością, kto płacił za książki spływające do niej z Zachodu, ale znała linię propagandową polskich władz, według których amerykański wywiad wspomagał emigracyjnych wydawców, i wcale jej to nie martwiło.
„Pomyślałam: super! Tajne służby wspierają czytelnictwo — wspominała Teresa. — Fantastyczna sprawa”.
Klub książki CIA
Foto: Prószyński i S-ka
Fragment książki „Klub książki CIA. Najpilniej strzeżona tajemnica zimnej wojny” Charliego Englisha wydanej przez wydawnictwo Prószyński i S-ka. Tytuł, lead i skróty od redakcji „Newsweeka”.

