Przed wyborami w 2023 r. Koalicja Obywatelska obiecywała, że rozwiąże problem braku kontroli nad służbami. Sejm właśnie uchwalił nową ustawę. Jej zapisy sprawiają jednak, że służby będą dalej inwigilować bez kontroli i pozostaną podatne na wykorzystanie do celów politycznych. A kolejne wybory już niebawem.

Ujawniona w 2018 r. afera z wykorzystaniem oprogramowania szpiegującego Pegasus, które wykorzystywano przeciwko krytykom rządów Prawa i Sprawiedliwości, pokazała, że służby nie są wolne od polityki. Wiemy też, że brak jakiegokolwiek nadzoru nad służbami naraża społeczeństwo i demokrację na ryzyko motywowanej politycznie samowoli ich kierownictwa.

Niestety, problem będzie tylko narastał — technologie inwigilacji tanieją i są coraz lepsze. Jeszcze niedawno w grze były klasyczne podsłuchy. Dziś rozmawiamy o oprogramowaniu szpiegującym pozwalającym przejąć kontrolę nad mediami społecznościowymi czy bankową apką kontrolowanej osoby. W użyciu są też technologie rozpoznające twarz każdej osoby poruszającej się w przestrzeni publicznej.

Wszyscy zgadzają się, że nadzór nad służbami wymaga wzmocnienia.

Były już rzecznik praw obywatelskich prof. Marcin Wiącek pod koniec swojej kadencji wskazał, że niekontrolowana inwigilacja to jedno z największych zagrożeń dla praw człowieka w Polsce.

Konieczność zmian — by nie powtórzyła się więcej afera Pegasusa — podkreślały też wszystkie partie tworzące dzisiejszy rząd (i jest to nawet wpisane do ich umowy koalicyjnej). Dlatego nic dziwnego, że 31 lipca 2026 r. posłowie i posłanki rządzącej koalicji zgodnie zagłosowali za przyjęciem ustawy „wzmacniającej nadzór sądowy nad stosowaniem kontroli operacyjnej”.

Trudno się nie zgodzić z deklarowanymi celami reformy: potrzebujemy ściślejszej kontroli sądowej nad tym, co robią służby. „Te sprawy są delikatne, wrażliwe. Wymagają bardzo odpowiedzialnego podejścia i dojrzałości, i służb, i prokuratury, i sądów, tak by w niezakłócony sposób zapewniać z jednej strony prawo do prywatności i uczciwego procesu, a z drugiej uwzględniać interesy bezpieczeństwa narodowego” — mówił w Sejmie Tomasz Siemoniak, koordynator służb specjalnych, w czasie drugiego czytania projektu ustawy.

Ale co tak naprawdę zmienia przyjęta w Sejmie ustawa?

Ustawa firmowana przez ministra koordynatora nie wzmocni nadzoru sądów nad służbami. Do czego próbuje więc przekonać nas Tomasz Siemoniak?

Kłamstwo 1: sędziowie w wolnej chwili przesłuchają setki godzin nagrań

Kluczową zmianą wprowadzaną w ustawie jest umożliwienie sędziom sprawdzenia, co robią służby w trakcie prowadzenia kontroli operacyjnej (do tej pory nie mogli tego robić — po wyrażeniu zgody na podsłuchy nie weryfikowali już ich przebiegu). To świetny pomysł, bo w trakcie inwigilacji może się np. okazać, że służby podsłuchują adwokata ustalającego linię obrony z klientem (do czego pod żadnym pozorem nie powinny mieć dostępu), ale jakoś nikomu się nie spieszy do wyłączenia podsłuchu.

Ale czy sędziowie mają „wolny czas”, żeby skorzystać z nowych uprawnień? Nie mają. Projekt nie nakłada nowych obowiązków na sądy, a jedynie nowe uprawnienia. Do Sądu Okręgowego w Warszawie wpływa codziennie — nie wyłączając niedziel i dni wolnych od pracy — średnio ok. 15-20 wniosków o zarządzenie kontroli operacyjnej. To oznacza, że dyżurujący danego dnia sędzia ma średnio 20 minut na zapoznanie się z wnioskiem, argumentacją służb i materiałami, podjęcie decyzji i jej uzasadnienie. To są jego obowiązki. Czy sędzia skorzysta z możliwości weryfikacji, że już po wydaniu zgody na podsłuch służby robią wszystko lege artis? Trzeba być wielkim optymistą, żeby w to wierzyć.

Kłamstwo 2: sądy zweryfikują argumentację służb

Nawet gdyby zdarzył się jakiś „sędzia-pracuś”, rząd wymyślił stosowne zabezpieczenie: sędzia chcący pogrzebać w działalności służb, np. w połowie 3-miesięcznego podsłuchu, dostanie pozyskane przez służby „materiały”. Mogą to być np. setki godzin nagrań. Nie ma realnej możliwości, by sędzia — nie dysponując choćby stenogramem i krótkim opracowaniem pozyskanych materiałów — znalazł w nich naruszenia. Minister Siemoniak był przeciwny propozycji, żeby sędziom udostępniać chociażby stenogramy lub opracowanie materiałów pozyskanych w drodze kontroli operacyjnej — co dałoby sędziom choćby cień szansy na znalezienie ewentualnego naruszenia.

Także na etapie wyrażania zgody na podsłuch wszystko jest ułożone tak, by sędzia kontrolujący pracę służb miał pod górkę. Wniosek o zgodę na podsłuch opatrzony jest tylko materiałami „uzasadniającymi potrzebę stosowania kontroli operacyjnej”. Alibi podejrzewanego? Poszlaka, że ktoś inny popełnił przestępstwo, którego dotyczy wniosek? One akurat wniosku nie uzasadniają i nie muszą być do niego dołączone.

Skutek? Sądy akceptują ponad 99 proc. wniosków o podsłuch.

Na szczęście może się okazać, że oba te problemy stracą aktualność — na piątkowym posiedzeniu Senat (z inicjatywy senatora Adama Bodnara) wprowadził zmiany ułatwiające sądom działanie. Sejm rozstrzygnie los tych zmian we wrześniu.

Kłamstwo 3: Uzasadnienie zmienia wszystko?

Do niedawna, kiedy służba wnioskowała o zgodę na podsłuch, uzasadnienia wymagała jedynie odmowa, przez co zgoda bardziej się sądowi „opłacała”. Minister Siemoniak podkreśla, że konieczność uzasadniania także zgody na podsłuch to przełom.

Czy rzeczywiście? Wymóg uzasadniania także zgody rząd wprowadził już jakiś czas temu w drodze rozporządzeń. Wprowadzenie go w ustawie jest dobrą decyzją. Problem w tym, że w stołecznym Sądzie Okręgowym już funkcjonuje „pieczątko-uzasadniacz”, który jednym przyłożeniem do papieru pozwala spełnić ten nowy formalny wymóg. Kiedy do gigantycznego obłożenia doda się warunki, w jakich sędziowie rozpatrują wnioski (np. brak wsparcia asystentów), trudno się dziwić temu pójściu na skróty.

Ale i taśmowo wydawanego uzasadnienia zgody na podsłuch nikt nie zakwestionuje — bo nie może. Z prostego powodu: pozytywna decyzja sądu nie podlega zaskarżeniu. Za to ewentualna odmowa może być zakwestionowana w sądzie wyższej instancji przez służbę lub prokuratora.

Kłamstwo 4: Służby nie mogą informować o prowadzonej inwigilacji, bo w Polsce są szpiedzy i sabotażyści

„Każdy z was będzie mógł zgłosić się z pismem z zapytaniem, czy byłem inwigilowany” — zapowiadał Krzysztof Brejza podczas Kongresu 100 konkretów Koalicji Obywatelskiej 9 września 2023 roku. Miało to stanowić realizację postulatu Fundacji Panoptykon i wymogów wynikających z orzecznictwa Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. W lipcu tego roku w Sejmie Minister Koordynator — będący jednocześnie wiceprzewodniczącym Koalicji Obywatelskiej — mówił już inaczej: „(…) byłoby kompletną nieodpowiedzialnością, działaniem na szkodę naszego interesu, gdyby takie osoby [podejrzewane o dokonywanie aktów dywersji, podejrzewane o szpiegostwo, o rozmaite działania związane z wojną hybrydową prowadzoną wobec Polski], często obywateli innych państw, członków organizacji terrorystycznych, informować potem, że oni byli poddawani kontroli operacyjnej”.

Minister zdaje się celowo ignorować fakt, że znaczącą większość kontroli operacyjnych prowadzi w Polsce policja, która nie zajmuje się ściganiem szpiegów i dywersantów. A tak się składa, że ponad 80 proc. prowadzonych w Polsce podsłuchów nie kończy się aktami oskarżenia. Obowiązek informowania o inwigilacji mógłby ograniczyć prowadzenie kontroli operacyjnej bez dobrego powodu.

Odrzucając pomysł informowania ze względu na (rosyjskich) szpiegów, Minister Siemoniak odwołuje się do społecznej emocji zagrożenia, ale już nie do postulatów zwolenników obowiązku informowania, którzy podkreślają, że sprawy związane z bezpieczeństwem narodowym powinny być wyjątkiem.

Kłamstwo 5: wzmacniamy kontrolę sądu, ale nie chcemy, by było jej poddane ABW

Minister Siemoniak całkowicie pomija też specjalny status Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Dziś wystarczy, że kontroli operacyjnej poddana jest osoba z zagranicznym paszportem, którą Agencja podejrzewa o szpiegostwo czy terroryzm — i sądu już nikt nie pyta o zdanie. „Specjalne” traktowanie cudzoziemców zostało wprowadzone w 2016 r. w drodze ustawy antyterrorystycznej.

Podczas prac w Sejmie padło pytanie o to, czy projekt ustawy zwiększającej nadzór sądów nad kontrolą operacyjną zlikwiduje ten wyłom. Nie — odpowiedział minister Siemoniak. Powód? Podpalenie Centrum Handlowego Marywilska i wysadzenie torów w okolicach miejscowości Mika.

W ten sposób można zamknąć każdą dyskusję, ale absolutnie nie ma żadnych racjonalnych powodów, by utrzymywać to rozwiązanie. Bez względu na obywatelstwo, jeśli szef ABW ma dobry powód, sąd na pewno zgodzi się na podsłuch podejrzanego o szpiegostwo czy terroryzm. Każda kontrola operacyjna powinna odbywać się pod nadzorem sądu — choćby tak ułomnym, jaki jest obecnie i jaki proponuje uchwalona przez Sejm ustawa.

O fikcyjności proponowanych zmian niech świadczą reakcje ludzi związanych ze służbami za czasów PiS. A raczej całkowity ich brak.

Dla kontrastu, przygotowany przez gen. Krzysztofa Bondaryka, byłego szefa ABW, Kodeks pracy operacyjnej, który zakładał obowiązek informowania osób inwigilowanych, spotkał się z ostrą krytyką tego środowiska. Podobnie jak rekomendacje Fundacji Panoptykon i Rzecznika Praw Obywatelskich zawarte w publikacji „Osiodłać Pegaza” — to dowodzi, że pro-obywatelskie rozwiązania, mające na celu ograniczenie wolnej amerykanki w służbach, nie pozostają bez echa.

Wytłumaczenie nasuwa się samo: przyjęta w tym kształcie ustawa niewiele zmieni, bo sądy nie będą korzystać z nowych uprawnień, osoby poddane inwigilacji nigdy się o tym nie dowiedzą, a dotychczasowe wyłomy — zwłaszcza ten dotyczący kontrolowania cudzoziemców — pozostaną w mocy.

Rząd obiecywał, że nie pozwoli na powtórkę z Pegasusa. To pierwsza taka sytuacja, kiedy sejmowa większość deklaruje, że chce zwiększyć nadzór nad służbami. Minister Siemoniak twierdzi, że ustawa to właśnie robi.

Dlatego cieszy, że Senat przyjął poprawkę do ustawy, która nakłada na Ministra Sprawiedliwości — Prokuratora Generalnego obowiązek corocznego informowania, w jaki sposób sądy korzystają z nowych uprawnień. Dzięki temu dowiemy się, czy rację miał minister Siemoniak, czy krytycy proponowanych przez niego przepisów.

Jeszcze kilka lat temu nie zanosiło się na to, żeby polskie służby kiedykolwiek miały zostać poddane realnej kontroli. Afera z wykorzystaniem Pegasusa diametralnie zmieniła nastroje. Okazało się, że kontrola operacyjna to nie tylko ingerencja w prywatność osób inwigilowanych, ale cios w fundament wolnej Polski, jakim są demokratyczne wybory — wszak podsłuchami za pomocą Pegasusa objęto Krzysztofa Brejzę, szefa sztabu wyborczego Koalicji Obywatelskiej w wyborach w 2019 r. Jeśli rząd poprzestanie na ustawie wydmuszce, służby będą dalej podatne na wykorzystanie do celów politycznych i wpływania na wybory. A takie podejrzenia nie służą żadnej demokratycznie wybranej władzy.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version