Rano podeszłam do niego, objęłam i mówię: „proszę, przestań już”. A on się odwinął i uderzył mnie w twarz tak, że bolała przez kilka dni. Przestraszył się. Ale kiedy chwilę później przyjechała koleżanka, z którą byłam umówiona na spacer, przywitał ją w progu uśmiechnięty — opowiada Agnieszka. Jej historia pokazuje, jak sprawca może zachować pozycję i reputację, a ofiara — zostać wykluczona z lokalnej społeczności.
Czułam, jakby mi słoń usiadł na piersi, nie mogłam złapać oddechu. Tak było po każdej kłótni z mężem, a było ich milion, bo on szukał okazji, by mi dopiec, upokorzyć. Wiele razy słyszałam: „jak ci się nie podoba, to wypier…”. Szanująca się kobieta powinna po takich słowach wynieść się z domu, a ja nigdy tego nie zrobiłam — mówi Agnieszka.
Ma 52 lata, mieszka w małej miejscowości na północy Polski. Więcej szczegółów nie poda, bo nie chce, by ktoś ją zidentyfikował. Opowiada swoją historię nie po to, by odegrać się na mężu, tylko żeby samą siebie zrozumieć. Dlaczego tak długo zgadzała się na przemoc? Dlaczego milczała?
Chciałaby też ostrzec inne osoby, które latami tkwią w złych relacjach i tego nie widzą. — Do tej pory nie mogę uwierzyć, że to wszystko się wydarzyło. Mam flesze tych potwornych sytuacji i słów, a potem nagle przypominam sobie, jak dostałam od męża piękny bukiet. I nie wiem, co jest prawdą, jedno z drugim się miesza — tłumaczy.
Przemoc w małym mieście
Foto: Ilustracja Joanna Rusinek
Nie powinno tak być
O tym, co się działo w ich domu, wiedziały tylko dwie najbliższe przyjaciółki. I nie miały wątpliwości, co widzą. — Przez lata czułam ogromną frustrację, obserwując życie Agnieszki. Nigdy nie lubiłam jej męża, nie podobało mi się, jak ją traktuje. Próbował jej zabronić pójść do pracy, chciał, żeby była kurą domową i wychowywała dzieci. Kiedy robiła zakupy, przy kasie musiała dzwonić, żeby jej szybko wysłał pieniądze, bo konto było puste. Patrzyłam na to z boku i widziałam, że w małżeństwie nie powinno tak być. Ale kiedy próbowałam coś powiedzieć, ona zawsze usprawiedliwiała jego zachowanie — opowiada Ewa, jedna z przyjaciółek.
— Zawsze umiałam go wytłumaczyć, mówiłam, że jest trudny, bo miał trudne dzieciństwo. I wychwalałam, że taki z niego dobry mąż i ojciec. A do tego bardzo inteligentny człowiek, wręcz błyskotliwy. Znajomi nie mogli się nadziwić, co ja wygaduję. Widzieli go zupełnie inaczej niż ja — potwierdza Agnieszka.
Wiecznie męża przepraszała. Miała poczucie, że musi się bardziej postarać, żeby był z niej zadowolony. Ale nie był, robił awantury. — I nigdy za nic nie przepraszał. No, chyba że się przestraszył, bo wiedział, że przegiął. Ale czułam, że nie żałuje, tylko boi się, że to wyjdzie, zepsuje jego nieskazitelny wizerunek przedsiębiorcy i zaangażowanego działacza społecznego. Kiedy synowie dorastali, mąż zaczął się nad nimi znęcać. Mówił: „ty debilu, gamoniu, nie zasługujesz, by nosić moje nazwisko”. Wrogowi się takich rzeczy nie mówi — wzdycha Agnieszka.
Wiele razy błagała, by poszli razem na terapię. Nie chciał, wyśmiewał ją, nie będzie obcym ludziom opowiadał, co się dzieje w domu. Mówił: „jak będziesz milsza, wszystko będzie dobrze”. — Ewa widziała to wszystko i umiała obiektywnie ocenić. Ja nie. Znosiłam wszystko pokornie i ciągle powtarzałam te same błędy. A ona towarzyszyła mi we wszystkich fazach, przez jakie przechodziłam. Pod koniec była już mocno wkurzona, mówiła: „Powiem ci, co będzie dalej. Teraz dostaniesz kwiaty, pojedziecie na zagraniczną wycieczkę, a potem znowu wybuchnie. I cały ten mechanizm przemocy zacznie się od nowa” — Agnieszka znowu wzdycha.
Próbuję za nią walczyć
To Ewa jako pierwsza dowiedziała się, że mąż zaczął Agnieszkę bić. — Najpierw ją popychał i szarpał, ale z czasem stawał się coraz brutalniejszy. Przez krótkie okresy potrafił odgrywać rolę dobrego męża, ale potem przemoc i manipulacja wracały. Kilka lat temu uderzył ją, bo miał pretensję, że w domu jest bałagan. A ona opiekowała się wtedy umierającą matką — opowiada.
— Mąż był tym zniecierpliwiony, postawił mi ultimatum: albo moja siostra będzie częściej do nas przyjeżdżać, by pomóc, albo mam oddać mamę do hospicjum. To mnie tak zabolało, że się pokłóciliśmy. Nie odzywał się, karał mnie ciszą. Rano podeszłam do niego, objęłam i mówię: „proszę, przestań już”. A on się odwinął i uderzył mnie w twarz tak, że bolała przez kilka dni. Przestraszył się. Ale kiedy chwilę później przyjechała koleżanka, z którą byłam umówiona na spacer, przywitał ją w progu uśmiechnięty. Zaproponował kawę i zaprowadził do salonu. Ja byłam roztrzęsiona, a po nim nie było widać, co się u nas wydarzyło — wspomina Agnieszka.
To był pierwszy raz, kiedy naprawdę się przeraziła. Następnym razem było jeszcze gorzej: mąż dusił ją, ciągnął za włosy i kopał. Przestał bić dopiero, gdy wybiegła z domu i ktoś zauważył, co się dzieje. Przyjechała przyjaciółka, zabrała Agnieszkę na policję. Tam funkcjonariusze założyli Niebieską Kartę, wykonali obdukcję, Robert trafił do aresztu.
— Ja wtedy zrozumiałam, co to znaczy posikać się ze strachu. A mimo to następnego dnia pobiegłam ratować męża. Poprosiłam, żeby wycofać zarzuty, nie chcę mu narobić kłopotów. Wypuścili go, a ja byłam szczęśliwa, że go uratowałam. Kiedy wrócił do domu, głaskałam go i płakałam, że tak mi przykro, przeze mnie musiał spędzić noc w areszcie. Przepraszałam go — opowiada.
— Kiedy doszło do tego pobicia, poczułam ulgę, że Aga zgłosiła sprawę na policję, wreszcie. Kiedy jednak następnego dnia wycofała zeznania, byłam załamana. I strasznie się przestraszyłam. Poczułam, że jeżeli nic nie zrobię, to mogę tego żałować. Więc teraz po prostu próbuję za nią walczyć — mówi Ewa. To ona namówiła Agnieszkę, by w końcu opowiedziała, co przez te wszystkie lata działo się w jej pięknym domu nad jeziorem, którego wszyscy tak jej zazdrościli.
Gdyby nie mówiła
— Procedura karna została wstrzymana, postępowanie umorzone. Ale Niebieska Karta do tej pory obowiązuje. Całe szczęście, bo dzięki temu przysługują mi bezpłatne spotkania z psychologiem. Trafiłam na kompetentnego terapeutę, który bardzo mi pomógł. Kiedy po raz pierwszy do niego poszłam, powiedziałam, że chcę ratować rodzinę, że wszystko będzie dobrze, myśmy się już porozumieli. Miałam szczęście, że trafiłam na specjalistę, który rozumiał, dlaczego mówię to, co mówię — opowiada Agnieszka.
— Mąż obiecał jej wtedy, że się zmieni. Dosłownie padł na kolana, i to przy dzieciach. Najbardziej dramatyczne jest to, że on manipuluje również synami, którzy obwiniają matkę o rozpad małżeństwa. Potrafią powiedzieć, że żadnych kłopotów by nie było, gdyby nie mówiła nikomu, co tata zrobił — teraz to Ewa wzdycha.
Ostatnio dowiedziała się, że ktoś wysyła anonimowe donosy do lokalnych władz i klubu sportowego, opisuje, jak szanowany przedsiębiorca i działacz znęca się nad rodziną.
— Klub, w którym trenują ich dzieci, dowiedział się o Niebieskiej Karcie, ale wysłuchano tylko męża. A on twierdzi, że nigdy jej nie uderzył, wymyśliła całą historię, bo ma kochanka. Nikt z zarządu klubu nie skontaktował się z Agnieszką, nie zapytał o jej wersję. I teraz jest przedstawiana jako zła żona, która zdradziła. Faktycznie, Aga poznała kogoś, kto okazał jej szacunek i czułość, zakochała się. Ale stało się to po latach przemocy, upokorzeń i niszczenia jej poczucia wartości. Mąż brutalnie ją pobił, ale to ona została zmarginalizowana przez środowisko. On zachował pozycję i reputację, a ona przestała pojawiać się w klubie, w którym działała od lat. Poraża mnie to, że ofiara przemocy jest piętnowana bardziej niż sprawca — denerwuje się Ewa.
Agnieszka zapewnia, że nie ma pojęcia, kto wysyła donosy. — Nie mam z nimi nic wspólnego, przecież wycofałam zarzuty właśnie po to, żeby nie robić mężowi kłopotów. Najbardziej zabolało mnie to, że nasz wspólny kolega nawet nie chciał mnie wysłuchać, uciął rozmowę. Wspiera męża, a ze mną się nie kontaktuje — mówi.
— Jako społeczeństwo jesteśmy bardzo uprzedzeni do osób, które doświadczają przemocy. Nie traktujemy ich poważnie, uważamy je za niewiarygodne i same sobie winne, bo jakoś na tę przemoc zasłużyły — tłumaczy takie reakcje Joanna Gzyra-Iskandar, dyrektorka ds. komunikacji fundacji Feminoteka. Zwraca uwagę, że to szczególnie trudne w mniejszych społecznościach, gdzie więzi są bliższe, ludzie wiedzą, co u kogo się dzieje. — A kiedy mamy do czynienia z człowiekiem, który używa swojej władzy i pozycji, by wzmocnić własną wiarygodność i wersję wydarzeń, trudno mu się przeciwstawić. Trudno powiedzieć: nie wierzę ci, twoja żona ma rację, to ty jesteś sprawcą przemocy — mówi.
Targuję się ze sobą
— Agnieszka wyprowadziła się ze swojego wielkiego domu do kawalerki i zaczyna dojrzewać do decyzji o rozwodzie. Jeszcze nie złożyła pozwu, bardzo się z tym ociąga. Próbowałam ją przekonać, żeby zawalczyła o sprawiedliwy podział majątku, ale boi się, że sprawa może się ciągnąć latami. Ma teraz pracę, ale martwię się, że jeśli zostawi mężowi wszystko, będzie jej trudno. On jej utrudnia życie, a ona nie ma siły, żeby sobie z tym poradzić. Zwłaszcza że on nastawia dzieci przeciwko niej. Mówi im, że wszystkie problemy są dlatego, że mama zdradziła tatę — opowiada Ewa.
— Nie chcę stracić dzieci. Wiem, że nie jestem w stanie zapewnić im tego wszystkiego, co daje im mąż. I one już teraz mówią jego głosem. Nie mam pojęcia, co mogłabym zrobić, żeby do mnie wróciły. Nadskakuję im, cały czas o nie walczę. I znowu dużo płaczę, nie wiem, jak zakończyć związek, który trwał ponad 30 lat, bo my jesteśmy razem od liceum. Targuję się sama ze sobą: a może jest szansa, że to się wszystko ułoży? Może jeszcze nam się uda? Czasem wyobrażam sobie, że idziemy na spacer i mąż mówi miłe słowa, które dają poczucie, że jednak jestem dla niego ważna. Takie targowanie się ze sobą to coś strasznego, bo ja przecież wiem, że nasze małżeństwo to zgliszcza. A mimo to nie umiem go zamknąć — mówi Agnieszka. Zwłaszcza że mąż na zmianę straszy i przyciąga. Jednego dnia mówi: „ty głupia babo, miałaś wszystko, teraz nie będziesz miała nic”. A kolejnego wysyła jej zdjęcia ukochanych miejsc w lesie. Żeby poczuła, co traci.
— Jeżeli sprawcą przemocy jest człowiek, z którym mieszkamy przez lata pod jednym dachem, to on wie, jakie mamy słabości i czułe punkty. I może je wykorzystywać po to, żeby szantażować i manipulować. To sprawia, że osobom, które doświadczają przemocy w bliskiej relacji, bardzo trudno jest z niej odejść. Potrzebują ciągłego uwiarygodniania, chcą usłyszeć, że to nie jest ich wina — mówi Joanna Gzyra-Iskandar.
Większość kobiet, które dzwonią do Feminoteki i opowiadają o książkowych wręcz przykładach przemocy, w ogóle nie używa słowa „przemoc”. — Musimy je przekonywać, że sobie niczego nie wymyśliły, nie przesadzają. Musimy im powtarzać: „On nie miał prawa tak pani potraktować, to on jest winny. Pani doświadczenie jest ważne, zasługuje pani na wsparcie, ma pani swoje prawa”. To jest bardzo ważna część wychodzenia z mechanizmu przemocy — tłumaczy.
Coś w życiu zmienić
Agnieszka zawsze myślała, że sama sobie w życiu nie poradzi. I dopiero terapeuta powiedział jej, że musi uwierzyć, że przeżyje bez męża. — Problem w tym, że on mnie przez lata przekonywał, że wszystko mu zawdzięczam, wytresował do posłuszeństwa. Byłam jak niepełnosprawna, bo nic nie odbywało się bez jego akceptacji. Nawet jak sama kupiłam jakieś ubranie, to mi je tak obrzydził, że nigdy go nie nosiłam — opowiada.
Pamięta, jak wiele lat temu chciała zrobić studia podyplomowe. Mąż się nie zgadzał, nie chciał dać pieniędzy na czesne, pożyczyła jej przyjaciółka. — Studia trwały rok, zjazdy były raz w miesiącu, przez cały weekend. W piątek wsiadałam do pociągu zapłakana, miałam poczucie winy. Ale kiedy docierałam na zajęcia, czułam się jak ryba w wodzie. Do domu wracałam szczęśliwa, naładowana energią. A mąż demonstrował, że cierpiał, bo musiał zostać z dziećmi — wspomina.
Kiedy ją pobił, jedna z przyjaciółek obdzwoniła znajomych, opowiedziała im, co się stało. — Mój telefon się rozdzwonił. Odezwała się też koleżanka, z którą nie widziałam się od lat. Przypomniała mi jedną sytuację: przyszła do mnie z innymi dziewczynami, siedziałyśmy, gadałyśmy i piłyśmy wino. Zadzwonił domofon, to był on. A ja wpadłam w panikę, jakby to było coś złego, że są u mnie koleżanki. To przez niego potraciłam kontakt z ludźmi. Jak tylko widział, że ktoś jest dla mnie ważny, próbował mnie od niego odcinać — opowiada Agnieszka.
Joanna Gzyra-Iskandar z Feminoteki uważa, że jest ogromnie ważne, by mieć wokół siebie przyjaciół. — I koniecznie utrzymywać relacje z innymi osobami, a nie tylko z tą, która stosuje przemoc. I może będzie chciała izolować od rodziny i przyjaciół, spróbuje zakazać wykonywania pracy zawodowej po to, żeby zwiększyć kontrolę. Warto też ufać swoim odczuciom, intuicji, emocjom. Kobiety, które do nas dzwonią, bardzo często mają podskórne przeczucie, że coś złego się dzieje, ale nie potrafią tego nazwać. Ciężko jest przyznać, że doświadcza się przemocy. To utrudnia decyzję, by odejść z krzywdzącej relacji i coś w życiu zmienić — mówi.
Agnieszka uczy się teraz żyć w pojedynkę. — Nie ma we mnie tego lęku, który znałam przez lata. Wiem, że cokolwiek się wydarzy, poradzę sobie. Ale nie zamknęłam jeszcze dawnego życia, nie mogę sobie poradzić z tym, że dzieci odwracają się ode mnie — mówi. Bardzo docenia, że są wokół niej ludzie, którzy jej dobrze życzą. Gdyby nie oni, nie wie, czy nie wróciłaby do męża. Bo wciąż robi jeden krok do przodu, dwa do tyłu. Rozumie ten mechanizm, ale nadal go powtarza.

