Jak wielu amerykańskich prezydentów przed nim, Donald Trump uczy się, że łatwiej zacząć wojnę na Bliskim Wschodzie, niż ją sprawnie zakończyć.
Militarnie koalicja amerykańsko-izraelska nie radzi sobie w Iranie źle. — [Irańczycy] zostali całkowicie unicestwieni — powiedział Donald Trump w poniedziałek, 16 marca podczas konferencji prasowej w Białym Domu. Wyliczał straty Republiki Islamskiej: zniszczoną marynarkę, siły powietrzne oraz destrukcję ogromnej liczby pocisków balistycznych i dronów (których Iranowi podobno pozostało niewiele). Do tego dochodzi symboliczne zabójstwo duchowego przywódcy Iranu, ajatollaha Alego Chameneiego oraz wielu przedstawicieli rządzącej elity.
Politycznie sytuacja wygląda inaczej, zwłaszcza że większość Amerykanów nie miała i nie ma ochoty na tę wojnę. Choć trwa ona niecałe trzy tygodnie, to już spowodowała tysiące ofiar i rosnący z dnia na dzień kryzys gospodarczy. Reżim irański być może słabnie, ale nie upada, a ze sparaliżowaną cieśniną Ormuz i oscylującą wokół 100 dol. cenę baryłki ropy trudno mówić o wygranej. Nawet jeśli wierzyć prezydentowi, że konflikt był od początku obliczony na cztery lub pięć tygodni.
Mimo to Trump nie waha się otrąbiać zwycięstwa, malując paradoksalny obraz. Każe nam wierzyć, że amerykańsko-izraelska wojna z Iranem już zakończyła się zwycięstwem, choć… nadal trwa. Te dwa sprzeczne stwierdzenia jak najbardziej mieszczą się w autorskiej logice Trumpa, który ogłasza sukces, a w tym samym czasie pokrzykuje na swoich sojuszników (Japonia, Korea Południowa, kraje NATO), że mają natychmiast ruszać z odsieczą do blokowanej przez Iran cieśniny, przez którą zwykle przepływa jedna piąta światowej ropy. Czy oznacza to, że Amerykanie potrzebują pomocy?
— Nie potrzebujemy nikogo — zapewnił Trump na tej samej konferencji. — Mamy najlepsze wojsko na świecie.
Nie tego Trump się spodziewał w Iranie
Mimo to prezydent musiał się nieźle przestraszyć, skoro zdecydował się wpuścić na rynek rosyjską ropę (osłabiając politycznie sytuację Ukrainy) i opóźnia przygotowania do planowanej pod koniec marca wizyty w Chinach. Przyświecała mu nadzieja, że Chińczycy, główni kupcy irańskiej ropy, pomogą odblokować Ormuz. Na co Republika Islamska odpowiada, że chińskie statki — i statki wszystkich krajów niebędących w sojuszu z USA i Izraelem — mogą płynąć spokojnie.
Prezydent najwyraźniej nie spodziewał się, że światowa gospodarka zareaguje tak szybko na problemy z transportem ropy. I że wielkie koncerny paliwowe odmówią narażania swoich drogich statków tylko dlatego, że Trumpowi wydaje się, że „raczej wszystko powinno być okej”. Zwiodła go megalomania (pamiętajmy, że podczas pierwszej kadencji prezydenckiej Trump wierzył, że jego zięć Jared Kushner naprawi Bliski Wschód) oraz niedawne szybkie „sukcesy” militarne USA, jak błyskawiczny atak na irański program nuklearny (wojna 12-dniowa, którą prowadził głównie Izrael, ale USA zbombardowały irańskie instalacje do wzbogacania uranu) w 2025 r., czy porwanie wenezuelskiego przywódcy Nicolása Maduro w styczniu tego roku. To ostatnie wiązało się z kapitulacją władz w Caracas i przejęciem władzy przez gotową na współpracę z USA Delcy Rodriguez.
Wenezuelczycy gładko przełknęli interwencję USA i być może tego Trump początkowo spodziewał się po Irańczykach. Krwawo stłumione przez reżim protesty na początku tego roku i wezwania irańskiej diaspory, by pomógł w obaleniu władz w Teheranie, napełniły go optymizmem (Trump lubi, kiedy maluje się go jako zbawcę). Nie docenił tego, że struktura Republiki Islamskiej jest zupełnie inna niż w większości państw. Władza jest o wiele bardziej rozproszona, tuż pod Najwyższym Przywódcą jest dwunastoosobowa Rada Strażników, potem liczące 88 członków Zgromadzenie Ekspertów, i dalej w głąb. Do tego dochodzi fakt, że jakieś 10-20 proc. społeczeństwa jest faktycznie oddanych reżimowi. Jego przeciwnicy to co prawda przytłaczająca większość, ale protesty obecnie oznaczałyby masakrę dokonaną przez Korpus Strażników Rewolucji, wierne reżimowi oddziały paramilitarne albo amerykańskie bomby. Sytuacja wewnątrz Iranu nie uległa więc zmianie, mimo że USA i Izrael mają niemal pełną kontrolę nad przestrzenią powietrzną tego państwa.
— Powinniśmy byli załatwić to lata temu — powiedział Trump w poniedziałek, mówiąc o historii stosunków USA z Iranem. Tyle że amerykańscy prezydenci nie atakowali Teheranu, bo mieli po temu dobre powody — bali się dokładnie tego, co wydarzyło się w Zatoce Perskiej po 28 lutego tego roku.
Stosunki między Iranem a USA są fatalne od 1979 r., kiedy najpierw rewolucja obaliła wspieranego przez Waszyngton szacha, a później personel amerykańskiej ambasady w Teheranie został wzięty na zakładników. To, że przez niemal pół wieku nie doszło do wojny między oboma krajami, wynikało z kalkulacji: nie warto ryzykować bezpieczeństwa transportu między Zatoką Perską a Zatoką Omańską i destabilizować rynku ropy.
Trump wiedział więc, że problem z Iranem ma historyczne korzenie, ale przeoczył kwestię ropy. Jak powiedział stary zwolennik agresywnej polityki zagranicznej i niegdyś doradca prezydenta Reagana, Newt Gingrich, Trump powinien najpierw zabezpieczyć ropę, a dopiero potem brać się za Korpus Strażników i zmianę reżimu.
Jednocześnie polityka Trumpa jest wyjątkowo niekonsekwentna. Deklaruje zwycięstwo, zapewnia, że ceny ropy niedługo spadną, a w tym samym czasie liczy na pomoc garstki europejskich okrętów w odblokowaniu cieśniny Ormuz. Trump jest przekonany, że miarą siły przywódcy jest to, czy naród — albo nawet świat — jest w stanie gładko przełknąć jego logiczne potknięcia. Jeśli Trump zmienia zdanie, jest to sygnał, że świat musi się dostosować. Czy nie na tym polega lojalność?
Sukces w Iranie? Do pełnego zwycięstwa USA daleko.
Sytuację w Iranie prezydent rozgrywa więc z dnia na dzień. Nie ma żadnego planu. Zakłada, że w każdej chwili będzie mógł wycofać amerykańskie siły zbrojne, ogłosić zwycięstwo i wyplątać się z bliskowschodniej pułapki. Grozi mu, że znajdzie się w sytuacji swoich poprzedników, którzy latami borykali się z interwencjami i wojnami na Bliskim Wschodzie, tracąc polityczny kapitał.
Tymczasem Trump czeka na posiłki (np. amerykańskich marines, których rola w konflikcie nie jest jeszcze znana) i na moment, w którym Iranowi skończą się zapasy pocisków balistycznych i dronów.
Jeśli Iran faktycznie nie będzie w stanie dalej atakować Izraela i innych sojuszników Ameryki w regionie, Trump będzie mógł odblokować cieśninę Ormuz i spocząć na laurach. To będzie znaczny sukces — już jest — dla Izraela, który ma przed sobą całe lata, zanim irański reżim podniesie się militarnie z kolan. Lecz jeśli mówimy o faktycznej zmianie systemu władzy i sukcesie deklarowanej od lat amerykańskiej polityki zagranicznej, cztery-pięć tygodni raczej nie wystarczy, by zdestabilizować reżim. A nawet jego upadek nie oznacza przecież, że opozycja przejmie władzę.
Na razie Irańczycy oglądają w państwowej telewizji obrazy sukcesów irańskich sił zbrojnych, wykreowane przy użyciu sztucznej inteligencji. Tak „nieuczciwa” propaganda rządu oburzyła Donalda Trumpa, choć sam nie ma problemu z okłamywaniem społeczeństwa. Ta reakcja śmieszy tym bardziej, gdy porównamy ją ze sposobem, w jaki Stany Zjednoczone wykorzystują AI w wojnie z Iranem. Wiemy, że Pentagon używa sztucznej inteligencji, identyfikując i niszcząc „cele” w Iranie. Pomyłki AI, często kończące się śmiercią cywilów, szacuje się na około 10 proc. Jedną z nich mógł być atak z 28 lutego na szkołę w Minab na południu Iranu, gdzie amerykańska bomba zabiła przynajmniej 170 osób, w większości dzieci.