Tomek był może pięciolatkiem, kiedy wsadzałem go do balonu. Zdarzało się, że zasypiał nad ranem w koszu. Nigdy nie zrobiłem mu żadnego szkolenia. Nawet chyba nie chciał — mówi Witold Filus, wielokrotny mistrz Polski w baloniarstwie. Jego syn Tomasz jest jednym z faworytów rozpoczynających się w Krośnie mistrzostw świata. To pierwsza impreza tej rangi organizowana w Polsce.

To musiało być jakieś 25 lat temu, bo dziadek jeszcze żył. Popołudniem krzyknął, żeby biec na strych. Odchyliliśmy drewnianą klapę obitą blachą i po drabinie weszliśmy na dach. Balon zbliżał się szybko. Mężczyzna w koszu pompował ciepłe powietrze, unoszące się znad palnika. Leciał za nisko i wydawało się, że mu się nie uda. Schyliliśmy głowy, przygotowując się na uderzenie, ale on jakoś minął komin, przeleciał nad sadem, polem ziemniaków i opadł na łąkę pod lasem.

Niedaleko, w starej mleczarni, działał sklep. Koledzy dziadka przesiadywali tam popołudniami i pili piwo. Zerwali się z ławeczki i pobiegli pomóc pilotowi, ale nie rozumieli, co do nich mówi. Pobiegliśmy i my, ale też nic nie zrozumieliśmy. Baloniarz musiał być Węgrem albo Litwinem.

W kolejnych latach nikt już na tym polu nie lądował, ale zdarzało się to w okolicy. Specyfika lotów nad Krosnem jest taka, że piloci muszą stale obserwować warunki atmosferyczne, a pagórkowaty teren powoduje lokalne zawirowania powietrza.

— Te górki u nas nie są Bóg wie jak wysokie, niemniej dają możliwości. Latanie jest ciekawsze i dużo trudniejsze niż gdzie indziej — mówi Grażyna Więcek, która od ponad 20 lat zajmuje się organizacją balonowych mistrzostw w Krośnie.

Kiedyś impreza była ogólnopolska, dziś jest międzynarodowa. A w tym roku po raz pierwszy w historii Polski odbędą się tu mistrzostwa świata.

Jednym z faworytów do tytułu jest Tomasz Filus, aktualny wicemistrz świata. Prywatnie to kapitan LOT-u i syn legendy sportowego latania balonami, Witolda Filusa.

U zarania baloniarstwa w 1783 r. bracia Montgolfier nie byli pewni, czy żywa istota przetrwa na dużych wysokościach. Na pierwszy lot testowy wysłali więc koguta, kaczkę i owcę. Gdy zwierzęta wróciły na ziemię całe i zdrowe (kaczka miała jedynie drobny uraz skrzydła, ponieważ nadepnęła na nią owca), przyszedł czas na ludzi.

Król Ludwik XVI, obawiając się katastrofy, zadekretował, że pierwszymi pilotami mają być skazani na śmierć przestępcy. Jeśli przeżyją, otrzymają ułaskawienie. Jednak młody naukowiec Pilatre de Rozier uznał, że oddanie tak wielkiego zaszczytu kryminalistom to hańba dla historii i wyprosił u króla pozwolenie, by to on mógł stać się pierwszym człowiekiem w chmurach.

W XVIII wieku balony lądowały na polach pod paryskimi wioskami. Przerażeni chłopi, widząc dym, syczący ogień i obiekt spadający z nieba, myśleli, że to smoki lub demony. Regularnie rzucali się z widłami i kosami na pilotów, niszcząc drogie powłoki balonów. Francuscy arystokraci szybko zorientowali się, że najlepszym sposobem na udowodnienie swojej ludzkiej (i pokojowej) natury jest wręczenie wściekłym rolnikom butelki drogiego szampana. Alkohol skutecznie gasił ich gniew.

W maju 1789 r. słynny francuski aeronauta Jean-Pierre Blanchard wystartował z ogrodu rezydencji księcia Sułkowskiego na Nowym Świecie w Warszawie. W koszu towarzyszył mu niezwykły pasażer — Jan Potocki, wybitny polski pisarz (autor „Rękopisu znalezionego w Saragossie”), magnat i podróżnik. Potocki zabrał ze sobą swojego białego pudla oraz tureckiego sługę Ibrahima. Balon wzniósł się na wysokość ok. 2 km i po niespełna godzinie bezpiecznie wylądował na Białołęce.

Kilkanaście lat później nad stolicą Polak latał już samotnie — był to Jordaki Kuparentko (z pochodzenia Rumun, ale zasymilowany w Polsce). W 1808 r. jako pierwszy człowiek na ziemiach polskich przeprowadził z kosza balonu pomiary meteorologiczne. Co ciekawe, gdy podczas jednego z lotów jego balon zajął się ogniem, Kuparentko uratował życie, skacząc z prowizorycznym spadochronem własnego projektu. Stał się tym samym pierwszym człowiekiem w historii, który przeżył katastrofę lotniczą dzięki spadochronowi.

W Krośnie wszystko zaczęło się w 2000 r. od pomysłu redaktorki „Skrzydlatej Polski”, Bogusławy Nykiel-Ostrowskiej. Prócz pisania zajmowała się integracją środowiska lotniczego. Na pierwsze zorganizowane przez nią zawody przyjechało kilkanaście załóg. Z roku na rok zainteresowanie rosło. Do Krosna ciągnęli zawodnicy z zagranicy. Na początku głównie z Litwy, Łotwy, Węgier i innych krajów Europy Środkowo-Wschodniej.

W 2004 r. Ostrowska była już w kiepskiej formie. Dwa lata wcześniej zdiagnozowano u niej chorobę nowotworową. Lekarze dawali jej trzy, cztery miesiące. A ona żyła intensywnie, nic sobie z tych prognoz nie robiąc. — Pewnie myślała, że musi nas tutaj przygotować do przejęcia pałeczki, choć nie wywierała presji. Jej córka chodziła do klasy z moją i tak się stało, że Bogusia kiedyś do mnie zagadała. A potrafiła zagadać. Kiedy zachorowała, zabierała nas ze sobą wszędzie i uczyła, jak robić wiele rzeczy — mówi Grażyna Więcek, która dołączyła wtedy do komitetu organizacyjnego balonowych mistrzostw w Krośnie i jest w nim do dziś.

Kiedy Nykiel-Ostrowska umarła, jej bliscy i znajomi powołali Fundację Otwartych Serc, która do dziś, prócz działania na rzecz osób z chorobami nowotworowymi, zajmuje się organizacją zawodów balonowych. — Po jej śmierci spotkaliśmy się wszyscy i padły słowa: „Boguśka nie żyje, ale my to będziemy robili”. Zostawiła nas z całym bałaganem, ale scementowała pasją. Mam takie magiczne myślenie, że przez to dzieją się rzeczy nieprzewidywalne. No bo że w naszym Krośnie będą kiedyś mistrzostwa świata, to się przecież w głowie nie mieści — mówi Więcek.

Sama balonem leciała raz. — Na drugich zawodach Boguśka wsadziła mnie do kosza z zawodnikiem. Był niezadowolony, że ma pasażera, ale dał mi mapę i kazał mówić, gdzie jesteśmy. Mapa była stara, zupełnie nie potrafiłam się połapać w terenie. Poza tym miałam poczucie, że jestem potrzebna na dole, a na górze tylko tracę czas. Tyle rzeczy przecież trzeba ogarnąć.

Zawody w Krośnie odbędą się w dniach 18-25 września. Przyjedzie ponad 100 ekip z całego świata — po raz pierwszy do Polski. Spośród 25 edycji mistrzostw najwięcej, bo sześć, odbyło się w USA. I to właśnie Amerykanie triumfowali najczęściej — aż 15 razy.

Poza Amerykanami mocni są też Francuzi, Brytyjczycy, Szwajcarzy i Japończycy. W przeszłości czołowe miejsca zajmowali jeszcze Niemcy, Rosjanie i Australijczycy.

Polak stanął na podium tylko raz w historii — dwa lata temu w Szegedzie na Węgrzech wicemistrzem świata został Tomasz Filus.

Początki mistrzostw sięgają początku lat 70. W 1972 r. w Albuquerque w stanie Nowy Meksyk lokalna stacja radiowa uczciła swoją 50. rocznicę, organizując loty 13 balonów na ogrzane powietrze z parkingu przy centrum handlowym. Impreza okazała się tak nieoczekiwanym sukcesem, że już rok później, w lutym 1973 r., w Albuquerque odbyły się pierwsze mistrzostwa świata. Do rywalizacji stanęli piloci z 13 krajów. W ostatnim dniu imprezy 126 balonów wzbiło się jednocześnie w powietrze podczas masowego startu. To była w tamtych czasach ok. połowa wszystkich balonów na ogrzane powietrze na Ziemi.

W mistrzostwach balonowych liczy się precyzja przestrzenna i mistrzowskie panowanie nad wiatrem. Balonami nie można sterować bezpośrednio w lewo lub w prawo; piloci muszą wznosić się lub opadać, aby znaleźć warstwy powietrzne przemieszczające się w różnych kierunkach. Choć cel znajduje się kilka kilometrów przed zawodnikami, to o wynikach decydują centymetry.

Sędziowie Międzynarodowej Federacji Lotniczej (FAI) wyznaczają podczas zawodów niezwykle skomplikowane zadania, takie jak:

ELB (Elbow) — pilot musi zmienić kierunek lotu, aby uzyskać jak największy kąt między odcinkiem przed zmianą kursu a tym po zmianie. Chodzi o to, by kąt między tymi odcinkami był jak największy.

ANG (Angle) — pilot próbuje odchylić trasę lotu jak najmocniej od zadanego kierunku. Organizator podaje kierunek odniesienia. Pilot powinien przelecieć tak, aby linia między punktami A i B odchyliła się od tego kierunku jak najmocniej.

JDG (Judge declared goal) — organizator wyznacza cel, a pilot musi dolecieć jak najbliżej wyznaczonego punktu i precyzyjnie zrzucić marker.

Choć to inna formuła, najbardziej legendarna polska historia w tym sporcie dotyczy Pucharu Gordona Bennetta w Chicago w 1933 r. Polska załoga — Franciszek Hynek i Zbigniew Burzyński — wygrała te zawody, lecąc balonem „Kościuszko”. Podczas lotu nad lasami Kanady piloci stracili łączność ze światem. Przez kilka dni w Polsce i USA panowało przekonanie, że zginęli w katastrofie. Gazety drukowały już dramatyczne nagłówki. Tymczasem Hynek i Burzyński po prostu wylądowali w głuszy, spakowali balon i przez kilkadziesiąt kilometrów maszerowali przez lasy, zanim dotarli do pierwszej stacji kolejowej, skąd nadali depeszę o swoim zwycięstwie. Zasady Pucharu Gordona Bennetta są proste: wygrywa ta załoga, która wyląduje najdalej od miejsca startu w linii prostej.

Polacy wygrywali puchar aż sześciokrotnie, stając się jedną z absolutnych legend tych najstarszych i najbardziej prestiżowych zawodów lotniczych świata. W latach 30. XX w. polscy piloci zdominowali tę dyscyplinę tak bardzo, że zdobyli oryginalne trofeum na własność.

Jak to się stało, że władze światowej organizacji przyznały organizację Krosnu? — Do złożenia wniosku przekonał nas Witek — mówi Więcek.

Witold Filus to sześciokrotny mistrz Polski, pilot LOT-u i wykładowca Politechniki Śląskiej. Jego ojciec Jan był założycielem sekcji spadochronowej Aeroklubu Śląskiego i jej długoletnim instruktorem. Witold po ukończeniu studiów latał szybowcami, potem został instruktorem tego sportu. W klubie, do którego należał, była wprawdzie sekcja balonowa, ale w ogóle go do niej nie ciągnęło — Dla kogo to jest? Dla dziadków? Tak sobie wtedy myślałem. Dla mnie liczyła się prędkość — mówi.

Aż pewnego dnia kolega z klubu zapytał, czy nie pojechałby z nim na zawody balonowe do Stanów. — Potrzebował do ekipy kogoś znającego angielski, a akurat był wrzesień, czyli jeszcze przed początkiem roku akademickiego — opowiada Filus.

Pojechał i przepadł. — Poczułem frajdę płynącą z rywalizacji i szybciutko po powrocie wyrobiłem licencję.

Była połowa lat 90., ale prawdziwy rozwój baloniarstwa miał nastąpić na początku lat 2000. — To sport wymagający skupienia się na wielu sprawach jednocześnie. Na odprawie dostajemy karty zadaniowe, czyli karty konkurencji, które nie są wcześniej znane. Trzeba szybko ułożyć sobie wszystko w głowie, bo chwilę później się już startuje.

Zawodnik musi błyskawicznie opracować taktykę i wybrać odpowiednie miejsce do startu, biorąc pod uwagę wiatr. — Liczy się koncentracja, cierpliwość, nie można dać się ponieść nerwom. Trzeba się wyłączyć od wszystkiego, co zewnętrzne. Znika cały świat. Liczy się tylko precyzyjnie wykonany lot — mówi Filus.

W latach 90. dobry pilot balonowy musiał być mocny z fizyki i matematyki. Dziś nie jest to już konieczne — twardą wiedzę zastąpiły GPS-y połączone z komputerem. — Dawniej czytaliśmy papierowe mapy, wyznaczaliśmy na nich cele, do których trzeba było precyzyjnie dolecieć i rzucić tam marker, a teraz konkurencje bywają już wirtualne. Do doświadczenia trzeba dodać jeszcze umiejętność pracy z komputerem. Z mojej perspektywy trochę szkoda, bo skończyło się latanie romantyczne — mówi Filus.

Dziś każdy pilot siedzi z nosem w kilku ekranach. Ciągle coś trzeba zmieniać, wyrysowywać, analizować, a na koniec jeszcze kliknąć, że dotarło się do celu, i do tego też trzeba mieć dobry refleks. — Klikniesz za późno, tracisz punkty. Aplikacje też się co chwilę zmieniają i trzeba być z tymi zmianami na bieżąco, żeby się liczyć w walce o najwyższe miejsca — mówi Filus.

To jednak nie znaczy, że mistrzostwa balonowe zamieniają się w wyścig zbrojeń jak w F1. — Nie ma rozwiązań, które mogłyby mocno wpłynąć na technikę pilotażu czy zachowanie się statku powietrznego — tłumaczy Filus.

Największa zmiana w ostatnich latach dotyczyła kształtu balonu — dziś jest smuklejszy niż dawniej, co sprawia, że szybciej porusza się w górę i w dół — kiedyś było to ok. 5 m/s, a dziś 8-10 m/s.

Z czego robi się dziś balon? To ognioodporne nylony powlekane poliuretanem. Pod koniec XVIII w. inżynierowie korzystali wyłącznie z naturalnych materiałów. Konstrukcja pierwszych aerostatów braci Montgolfier (balony na ogrzane powietrze) oraz profesora Charlesa (balony na wodór) była niezwykle skomplikowana.

Pierwsze balony na ogrzane powietrze były gigantycznymi, ciężkimi konstrukcjami z workowego płótna lnianego lub tafty jedwabnej, które od wewnątrz drobiazgowo wyklejano tysiącami arkuszy papieru. Papier pełnił kluczową funkcję: uszczelniał pory tkaniny, uniemożliwiając ucieczkę gorącego powietrza. Poszczególne pasy materiału (tzw. bryty) były zszywane ręcznie przez setki krawców, a papierowe podszewki klejono klejem na bazie mąki, ziemniaków oraz… żelatyny rybiej lub białek jaj, co zapewniało elastyczność i dodatkowe uszczelnienie po wyschnięciu.

Wczesne balony Montgolfierów ogrzewano otwartym ogniem (w palenisku pod koszem spalano wełnę i wilgotną słomę, aby uzyskać gęsty dym), co sprawiało, że powłoka bez przerwy była narażona na pożar. Aby temu zapobiec, papier i tkaninę nasączano ałunem (naturalnym minerałem o właściwościach ogniochronnych) lub roztworem soli amonowych. Mimo to, podczas lotów piloci musieli stale gasić małe zarzewia ognia na powłoce za pomocą wody i gąbek na długich kijach.

Filus po latach przyznaje, że na początku się pomylił. — W tym sporcie jest adrenalina, której początkowo nie dostrzegłem — mówi.

O ile startuje się przy lekkim wietrze, to w górze może wiać mocno i balon może poruszać się z prędkością np. 50-60 km/godz. — Dużo trzeba się też nagłówkować — dodaje. — W przypadku szybowców czy samolotów najczęściej startuje z jednego lotniska i leci na drugie. A tu nie wiem, gdzie się znajdę. Nie zaplanuję sobie idealnego miejsca lądowania, bo warunki się zmieniają. Czasami ląduje się więc na skrawku łąki i wtedy adrenalina skacze.

Doświadczeni zawodnicy, aby zdobyć jeszcze kilka punktów, lądują czasem na oparach gazu. — Zdarzyło mi się zrobić kiedyś tak, że zostawiłem go sobie tylko tyle, żeby w miarę wyhamować, a kiedy to zrobiłem, akurat się skończył. Ale się udało — mówi Filus.

Filus przez lata przyjeżdżał do Krosna i widząc wysoki poziom zawodów, zauważył szansę. — Zacząłem namawiać ludzi w Krośnie, żeby spróbowali zgłosić się na organizatora mistrzostw świata. Mają świetny teren do startów i lądowań. Do tego jest pagórkowaty, czyli niełatwy dla pilotów. W dodatku ta przestrzeń jest wolna od wszelkich stref ograniczających nam latanie.

Sam po tylu latach, kiedy patrzy na pagórki i doliny, to prócz terenu widzi wiatr i wyobraża sobie, jak zachowa się balon. Jego rodzina lubi wysokość. Jedna z córek jest kapitanem LOT-u, druga wyprowadziła się z Polski — zabrał ją ze sobą na mistrzostwa świata do Australii jako członkinię załogi i już stamtąd nie wróciła. — Kończyła studia i chciała czegoś nowego. Chcieli mnie za to w domu zastrzelić — śmieje się Filus.

Syn, Tomek, który w zawodowym życiu również jest kapitanem LOT-u, zdobył na ostatnich mistrzostwach tytuł wicemistrza świata. — Wszyscy myślą, że specjalnie go szkoliłem — tłumaczy Filus senior.

A było trochę inaczej.

Witold zabierał Tomka od najmłodszych lat na zawody. — Miałem przy okazji wymówkę, że nie tylko się bujam w obłokach, ale też opiekuję się synem. Tomek był może pięciolatkiem, kiedy wsadzałem go do balonu. Zdarzało się, że zasypiał nad ranem w koszu. Nigdy nie zrobiłem mu żadnego szkolenia. Nawet chyba nie chciał. Ciężko było dotrzeć do niego, powiedzieć: „polatamy, ja ci coś pokażę”. Ale najwidoczniej przypatrywał się uważnie i wyciągał swoje wnioski z latania.

Czy nie bał się zabierać małego syna w powietrze? — W historii polskich zawodów do niedawna nie było ani jednego wypadku śmiertelnego — mówi. — Jeśli ma się doświadczenie, to latanie w dobrych warunkach jest całkowicie bezpieczne.

Tomasz Filus jest dziś wśród faworytów do tytułu, ale ojciec studzi emocje. — Przyjedzie stu najlepszych pilotów świata, niektórzy spośród nich nie robią nic innego w życiu. A Tomek na co dzień pracuje. Ostatnim razem wystartował tylko w dwóch zawodach przed zdobyciem wicemistrzostwa, w dodatku w starym, wysłużonym balonie. Ale w tym roku lata więcej i na razie wszystko wygrywa.

Historia mistrzostw zna niesamowite przypadki rodzinnej dominacji. Joe Heartsill zdobył tytuł mistrza świata w 1995 r. Dokładnie 21 lat później, podczas mistrzostw w 2016 r., jego syn Rhett Heartsill powtórzył ten wyczyn, stając na najwyższym stopniu podium. Tradycja trwa do dziś — Joe przylatuje do Krosna jako trzeci zawodnik globu, wciąż rywalizując na najwyższym poziomie z pilotami młodszymi od siebie o dwa pokolenia.

— W powietrzu odrywam się od ciężarów codzienności. Przenoszę się do innego świata, w którym myślę tylko o lataniu. Tam na górze o niczym się nie rozmawia. Wystarczy moment nieuwagi i balon zaczyna żyć swoim życiem — tłumaczy Witold Filus.

Grażyna Więcek woli twardo stąpać po ziemi. — Ale kiedy wstaję rano i, jadąc do przychodni, w której pracuję jako lekarz, widzę, jak po niebie nad Krosnem majestatycznie suną balony, to czasem płaczę z radości — uśmiecha się.

Mieszka na końcu ulicy, w ostatnim domu przed lotniskiem.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version