Nadmierna turystyka zaczyna się tam, gdzie skala odwiedzających przekracza możliwości miejsca, uderzając w przestrzeń, środowisko i codzienne życie mieszkańców. Od Tajlandii po Barcelonę popularne kierunki od lat funkcjonują na granicy przeciążenia. Dla przyjezdnych to chwilowe doświadczenie, dla mieszkańców codzienne utrapienia: hałas, rosnące ceny mieszkań i znikające lokalne usługi.
W wielu miastach coraz częściej pojawia się sprzeciw wobec masowego ruchu turystycznego. Problem nie omija Polski. W 2025 r. liczba zagranicznych odwiedzających przekroczyła 21 mln, a według szacunków w 2026 r. zbliży się do 23 mln. To jednocześnie impuls dla gospodarki i sygnał ostrzegawczy. Miasta, które jeszcze niedawno rywalizowały o każdego turystę, dziś coraz częściej pytają, gdzie kończy się granica ich zdolności przyjęcia.
Co napędza problem?
Przez dekady turystyka była synonimem rozwoju, inwestycji i otwartości. Przyszedł jednak moment przesilenia. Zaczęto dostrzegać, że sukces wymknął się spod kontroli. Do debaty publicznej wprowadzono (około 2015-2016 r.) pojęcie „overtourismu”.
Pierwszym impulsem był wzrost zamożności społeczeństw i dostępności podróży. Więcej ludzi mogło pozwolić sobie na wyjazdy. Skala jest tu kluczowa: w Chinach liczba wyjazdów zagranicznych wzrosła z 10 mln w roku 2000 do ponad 150 mln w 2019 r. Równolegle rozwijał się transport. Tanie linie lotnicze zrewolucjonizowały sposób podróżowania, zamieniając je w standard weekendowych wypadów. Wenecja, Barcelona czy Paryż przestały być celem jednej podróży życia, a stały się przystankiem na dwa dni. Rozwój rynku rejsów wycieczkowych dołożył kolejny element presji. Szacuje się, że w 2024 r. liczba pasażerów takich rejsów sięgnęła 34,6 mln, ponad cztery razy więcej niż na początku wieku. Jednego dnia do historycznych centrów wpływają tysiące osób, które spędzają tam kilka godzin i wracają na pokład, nie zostawiając proporcjonalnych pieniędzy w lokalnej gospodarce.
Swoje zrobiła także cyfrowa rewolucja. Media społecznościowe nie tylko inspirowały, ale wręcz kierowały ruchem turystycznym. Instagramowe miejsca zaczęły przyciągać tłumy w tym samym czasie i do tych samych punktów. Fontanna di Trevi czy klify Santorini stały się sceną do jednego ujęcia. Podobny efekt przyniosła turystyka filmowa. Dubrownik, napędzany popularnością serialu „Gra o tron”, w krótkim czasie stał się jednym z najbardziej zatłoczonych miast Europy. W Polsce równie popularnym przykładem jest Kraków.
— Od 2010 r. liczba odwiedzających zaczęła systematycznie rosnąć, co przez wiele lat było postrzegane przez władze miasta jako sukces promocyjny i ważny impuls gospodarczy — tłumaczy w rozmowie z „Newsweekiem” Natalia Kulec-Greń, dyrektor Wydziału ds. Turystyki Urzędu Miasta Krakowa.
— Z czasem jednak zaczęły się ujawniać negatywne skutki tego procesu, zwłaszcza na niewielkim obszarze Starego Miasta i Kazimierza. W efekcie, w tym samym czasie, w centrum przebywa wielokrotnie więcej turystów niż stałych mieszkańców, co prowadzi do przeciążenia przestrzeni publicznej i narastających konfliktów społecznych. Kulminacją tych procesów był rekordowy rok 2019, kiedy Kraków odwiedziło ponad 14 mln osób.
Fatalne skutki nadmiernej turystyki
Najbardziej widocznym sygnałem, że masowa turystyka przekroczyła granicę, nie są statystyki, lecz emocje mieszkańców. Hasła „Tourists go home”, które w 2025 r. zaczęły się pojawiać na ulicach Teneryfy, Barcelony, Wenecji czy Lizbony, nie są już marginesem, ale wyraźnym znakiem zachwianej równowagi.
Pojawiły się skutki ekonomiczne związane z nadmierną turystyką. Wenecja jest tu najbardziej wyrazistym przykładem: liczba mieszkańców historycznego centrum spadła z około 175 tys. w latach 50. ubiegłego wieku do zaledwie 50 tys. dziś. Podobne napięcia widać w Hiszpanii, gdzie władze zażądały usunięcia dziesiątek tysięcy ofert z platform wynajmu, a sama Barcelona planuje wygaszenie licencji 10 tys. apartamentów turystycznych do 2028 r.
Równolegle rosną koszty utrzymania miasta. To samorządy finansują sprzątanie, remonty infrastruktury czy transport, który musi obsłużyć sezonowe fale odwiedzających. Coraz wyraźniej widać też presję na środowisko. Turystyka zużywa zasoby, których nie da się szybko odtworzyć. Na Bali ponad połowa wód gruntowych trafia do sektora turystycznego, zasilając hotele czy baseny. W regionach nadmorskich dochodzi do erozji plaż, zaniku raf koralowych i spadku liczby organizmów morskich. Nawet Norwegia, dotąd uznawana za przykład zrównoważonego podejścia do natury, zaczęła ograniczać promocję turystyki, obawiając się degradacji środowiska.
Czas na nową strategię
Miasta, które jeszcze niedawno konkurowały o każdego turystę, dziś coraz częściej próbują regulować jego obecność. Punkt wyjścia jest prosty: skoro ruch turystyczny generuje koszty, powinien je realnie pokrywać. Stąd rosnąca liczba opłat i podatków, które mają jednocześnie ograniczać napływ odwiedzających i finansować utrzymanie infrastruktury.
Najbardziej symboliczny krok zrobiła Wenecja. Wprowadziła opłatę za wstęp dla turystów jednodniowych odwiedzających historyczne centrum. W 2026 r. wynosi ona 5 euro przy wcześniejszej rezerwacji i 10 euro przy zakupie na ostatnią chwilę, ale obowiązuje tylko w wybrane dni największego obłożenia. Znacznie powszechniejszym rozwiązaniem jest jednak opodatkowanie noclegów. Mechanizm jest podobny: turysta płaci więcej, ale pieniądze trafiają bezpośrednio do miasta. Coraz częściej pojawiają się też opłaty powiązane z konkretnymi atrakcjami. Na Teneryfie wprowadzono tzw. eco-tax dla odwiedzających Park Narodowy Teide, sięgający 25 euro za wejście na najpopularniejsze szlaki. To próba ochrony najbardziej obciążonych miejsc i ograniczenia ich eksploatacji. Poważne działania zaczynają być widoczne także w Polsce.
— W okresie intensywnego rozwoju turystyki miasto zaczęło dostrzegać konieczność zmiany podejścia do zarządzania tym sektorem, co zaowocowało przyjęciem spójnych i długofalowych rozwiązań strategicznych. Prace nad nowym podejściem do zarządzania turystyką doprowadziły do jednogłośnego przyjęcia przez Radę Miasta Krakowa w marcu 2021 r. „Polityki zrównoważonej turystyki Krakowa na lata 2021–2028”. Dokument ten określa kierunki działań zapewniających równowagę pomiędzy funkcjami turystycznymi, potrzebami mieszkańców oraz ochroną dziedzictwa kulturowego. Przyjęta polityka uznawana jest za rozwiązanie innowacyjne w skali kraju — podkreśla Natalia Kulec-Greń. — Miasto dąży do rozpraszania ruchu turystycznego poza ścisłe centrum, regulowania gospodarki nocy oraz promowania odpowiedzialnych form zwiedzania. W tym ujęciu Kraków nie rezygnuje z turystyki, lecz stara się nią zarządzać w sposób, który umożliwia jednoczesną ochronę jakości życia mieszkańców i zachowanie długofalowej atrakcyjności miasta.
Atrakcje pod kontrolą
Sedno walki z overtourismem nie polega na zatrzymaniu turystów, tylko na odzyskaniu kontroli nad ich przepływem. W wielu miastach i regionach turystyka pozostaje fundamentem gospodarki, a nie jej dodatkiem. Coraz wyraźniej widać więc przesunięcie akcentu z ilości na jakość. Nie chodzi o mniejszą liczbę odwiedzających, ale o zmianę modelu turystyki na bardziej zrównoważony.
— Celem działań w Krakowie jest zarówno budowanie rozpoznawalności miasta, jak i zarządzanie ruchem turystycznym, m.in. poprzez jego rozpraszanie poza najbardziej obciążone obszary. Szczególną rolę odgrywają tu szlaki turystyczne, czyli tematyczne trasy umożliwiające poznawanie Krakowa w sposób uporządkowany i pogłębiony. Produkty takie jak Twierdza Kraków, Smoczy Szlak czy Krakowianki — Szlak Kobiet Krakowa zachęcają do odkrywania mniej oczywistych narracji i przestrzeni miasta, wspierając odejście od schematu krótkiego, intensywnego zwiedzania centrum. Ważnym działaniem jest także promocja mniej znanych dzielnic, np. Nowej Huty. Wyrazem tego jest m.in. wpisanie zespołu architektonicznego Nowej Huty do europejskiego szlaku Atrium. Uzupełnieniem są szlaki lokalne, np. Mistrzowie — Krakowski Szlak Rzemiosła, promujący czynne zakłady tradycyjnych zawodów, oraz Historyczny Krakowski Szlak Kulinarny, opowiadający dzieje miasta poprzez smaki i miejsca związane z jego gastronomiczną historią — mówi Natalia Kulec-Greń. — Tego typu produkty sprzyjają wolniejszym formom zwiedzania i jednocześnie angażują mieszkańców w korzystanie z lokalnej oferty. Co więcej, są istotnym elementem budowania charakterystycznego genius loci oraz wpisują się w aktualne trendy poznawania miejsc poprzez doświadczanie — dodaje.
Zmiana modelu podróżowania sama w sobie nie musi więc szkodzić miastu. Może wręcz poprawić jego funkcjonowanie, jeśli oznacza lepsze zarządzanie ruchem, mniejsze obciążenie infrastruktury i większą równowagę między życiem codziennym a turystyką.

