Jaskiniowa retoryka bogobojnych patriotów polega na tym, że ssą kasę publiczną jak odkurzacze, powołując jednocześnie fundacje o bombastycznych nazwach, jak Polska Wielki Projekt.

Regularnie przechodzę obok modernistycznej willi na Starym Mokotowie, nieustannie się zastanawiając, jaki błąd w życiu popełniłem, że nie jestem jej właścicielem. Prawie 500-metrowa perła architektury, obłożona żółtym klinkierem i otoczona ogrodem, zbudowana w 1936 r. według projektu Romualda Gutta, byłaby idealnym miejscem do zamieszkania. A przynajmniej do pracy.

Gdy ostatnio tam przechodziłem, znów ani żywego ducha, tyle że pojawił się srebrny SUV na numerach z Grójca. Natychmiast sprawdziłem, jakim samochodem jeździ Jacek Sasin, ale okazało się, że innym modelem. Może to jakiś grójecki sadownik przywiózł jabłka? Ale komu przywiózł jabłka, skoro tam nigdy nikogo nie ma? Budynek wygląda na opuszczony, choć formalnie toczy się tam intensywne życie intelektualne i polityczne.

Bo willa na Łowickiej to przecież legendarna „willa plus”, którą za pieniądze podatnika Przemysław Czarnek kupił od Jacka Sasina. Ten Czarnek, który został wystawiony przez swojego szefa do wyścigu kłusaków o premierostwo w fantazmatycznym rządzie PiS po wyborach 2027.

Ściślej to było tak: pisowska fundacja Polska Wielki Projekt dostała od Czarnka, wówczas ministra edukacji, 5 mln zł na kupno willi na Łowickiej, gdzie kiedyś była ambasada Kanady. Willę wystawił na sprzedaż Polski Holding Nieruchomości, będący wtedy pod nadzorem ministra aktywów państwowych Jacka Sasina. Czyli minister Czarnek dał pięć baniek kolegom o słusznych poglądach, żeby mogli kupić od państwa polskiego piękny dom w doskonałej lokalizacji i w jego eleganckich wnętrzach walczyć z lewactwem w imię Wielkiej Polski. Zakładam się o wegański ramen w knajpce obok willi na Łowickiej, że prawie żaden przechodzień mijający arcydzieło architekta Gutta nie ma pojęcia, że to miejsce łączy w sobie geniusz Sasina i Czarnka.

Władysław Kosiniak-Kamysz nazwał kiedyś Czarnka „pisowskim jaskiniowcem”, ale jeśli Czarnek jest jaskiniowcem, to trzeba przyznać, że już po jakiejś ewolucji, skoro interesuje się willami, a nie zwyczajowymi miejscami zasiedlanymi przez ludzi jaskiniowych.

Zabrałem się więc natychmiast do lektury książki Justyny Sucheckiej i Piotra Szostaka „Czarnek. Biografia nieedukacyjna” wydanej właśnie z okazji wielkiego wzlotu byłego wojewody lubelskiego, byłego ministra edukacji oraz wielkiej nadziei ludzi jaskiniowych na odzyskanie w Polsce władzy.

Sensacyjna jest — dla mnie przynajmniej — informacja w tej książce, że doktorat Czarnka, obroniony przezeń w 2006 r., był fundamentem projektu braci Kaczyńskich zmiany ustrojowej Polski. Rewelacje Czarnka, że cała transformacja 1989 r. była zaplanowaną akcją komunistów, a nie żadnym tam zwycięstwem opozycji, miały się stać kołem zamachowym opowieści o zdradzie narodowej. Taką powieść Czarnka bym przeczytał: oto w całym bloku wschodnim komuniści spiskują na tajnych spotkaniach, powiedzmy, w zamku gdzieś w Czechosłowacji albo NRD, a może w tajnym bunkrze sowieckim, żeby oddać władzę, ale zarazem ją sobie zachować. Czytało się Roberta Ludluma w młodości, prawdaż? Nie ma co się obrażać, wszyscy czytaliśmy.

Czarnek jawi się w książce Sucheckiej i Szostaka jako ambitny, cyniczny, bezwzględny, brutalny, ale prywatnie miły i sympatyczny. Tyle że świadomy, iż miły i sympatyczny człowiek w polityce nic nie osiągnie, tym bardziej gdy jest chrześcijańskim narodowcem. Chrześcijański narodowiec musi być jaskiniowcem, bo inaczej przestałby być dla jaskiniowego elektoratu wiarygodny. Prywatnie „uśmiechnięty, przyjazny, spokojny i cierpliwy” Czarnek, gdy wkracza w światła sceny, staje się małpoludem walczącym z feminizmem, marksizmem, satanizmem, homoseksualizmem, lewactwem, czyli wszystkim, co mieści się w katalogu katolickich obsesji. W końcu nie na darmo w jego doktoracie rozstrzygającym argumentem były poglądy św. Tomasza z Akwinu.

Jak wynika z zamieszczonych u Sucheckiej i Szostaka wypowiedzi ludzi znających Czarnka, idzie wyłącznie o rozpoznawalność, autopromocję, sławę i karierę. Jedni powiadają, że Czarnek w ogóle nie ma żadnych poglądów, a jedynie pragnie blasku fleszy, inni mówią, że jest „kabotynem, pozerem, efekciarzem, miłym przemocowcem”. Furda poglądy, furda przekonania, idzie przecież o to, żeby stworzyć sobie mocny wizerunek, żeby media się grzały, żeby wrogowie polityczni dostawali apopleksji. Polacy szanują jaskiniowców i nie znoszą inteligentów.

Dobrze widziane jest też propagowanie bicia dzieci. Pod warunkiem oczywiście, żeby bić w zaciszu domowym, a nie publicznie i nie pod wpływem gniewu. Dobry chrześcijanin nie unosi się gniewem, bo to człowiekowi głębokiej wiary nie przystoi. Logiczne — na dziecko nie należy się złościć, ale zlać mu tyłek na zimno i nie przy świadkach, bo nam się dzieciak zaburzy i później zmieni płeć. A jak dostanie łomot w czterech ścianach katolickiego mieszkania, to się wyprostuje i wyrośnie na porządnego chrześcijanina. Całe pokolenia małych Polaków poświęcały swoje pupy, by chronić świętość rodziny i wolność ojczyzny.

Wiadomo, że Czarnek to podpucha Kaczyńskiego, po to go wystawił, żeby doprowadzić do wściekłości wszystkich, którzy PiS nie znoszą. Czarnek to jest czerwona płachta na byka lewicowo-liberalnego, a zarazem Czarnek to jest pikador, który tego byka ma drażnić swoją piką, a jak byk już wściekły niemożebnie i słabnący jednocześnie, na arenę wchodzi matador Kaczyński i zgrabnie tańcząc wokół biednego zwierzęcia, wbija mu szpadę w kark.

Książka Sucheckiej i Szostaka to, owszem, biografia Czarnka, ale i powieść balzakowska. O sierocie z prowincji, który wcześnie utracił rodziców i był wychowywany przez księdza. O chłopcu, który wybrał jaskiniową strategię walenia maczugą. Jest to maczuga poświęcona przez Kościół katolicki, który jaskiniowców ma za prawdziwych rycerzy wiary.

Jaskiniowa retoryka bogobojnych patriotów polega na tym, że budują monumenty o epickich nazwach, jak Pomnik Pamięci Męczeństwa i Czynu Narodu Polskiego w Walce o Wiarę, Honor, Wolność, Niepodległość, Integralność Ziem Polskich i Prawa Człowieka w Mokremlipiu na Zamojszczyźnie, i jednocześnie ssą kasę publiczną jak odkurzacze, powołując fundacje o bombastycznych nazwach, jak Polska Wielki Projekt. Szanuję tę wstrzemięźliwość, w końcu fundację należałoby nazwać Polska Wielki Przewał, ale byłaby to zbyt nachalna szczerość. Otóż willa na Łowickiej jest właśnie siedzibą Polski Wielkiego Projektu, tamże odbywały się debaty, panele i dyskusje zatroskanych patriotów. Wszystko w oparach ciężkiej pracy dla dobra ukochanej ojczyzny. Przy lekturze książki Sucheckiej i Szostaka — jak przy każdej balzakowskiej powieści — przeżywałem chwile głębokich wzruszeń. Szczególnego rozczulenia doświadczyłem, gdy w jednym rozdziale nagle pojawiła się Beata Szydło, mówiąca: „Praca, pokora i służba obywatelom to zadanie, które powinniśmy realizować”.

Fundacja urządziła w willi na Łowickiej Dom Trójmorza, i faktycznie, kiedyś widziałem jakieś nędzne plakaty zapraszające na spotkanie o Trójmorzu. I przyznaję, że zazdrościłem towarzyszom z PiS tej alchemicznej formuły podpinania przyziemnych interesów pod wielkie hasła patriotyczne. Nic w tym nowego oczywiście, zawsze narodowa wrzawa sprzyja łapczywości. Ale trzeba przyznać, że ci pokorni służebnicy Polski działali z epickim rozmachem.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version