Ceny masła są dziś niższe, ale nasi politycy nie mają z tym nic wspólnego.
Kostka masła na półce w jednym z warszawskich supermarketów kosztuje 88 groszy. To promocja — trzeba kupić dwie kostki, by tyle zapłacić za jedną. Normalnie, bez promocji taka kostka kosztuje 5,99 zł. To najtańsze masło, jakie można było kupić w ubiegłym tygodniu. Ale w supermarketach było też masło z polskich mleczarni po 1,95, czy 2,95 zł za kostkę. Nieco drożej, ale i tak znacznie poniżej kosztów produkcji. I znacznie taniej niż jeszcze dwa lata temu, kiedy za kostkę płaciliśmy w tym samym supermarkecie nawet 10 zł. Spadek ceny jest szokujący. Z czego wynika?
Jak to możliwe, skoro na wyprodukowanie tej ilości masła mleczarnia zużywa ok. 4 l mleka, a litr mleka z tej samej mleczarni, w tym samym sklepie kosztuje ponad 4 zł?
— Sam jestem zdumiony tą ceną — mówi mi Dariusz Sapiński, prezes grupy kapitałowej Mlekovita, która za kostkę masła po 0,88 zł odpowiada.
Mlekovita to lider w mleczarskiej branży, skupia aż kilkanaście zakładów produkcyjnych. — Sieć płaci mi za kg masła 20 zł, czyli za kostkę 4 zł. To mało, ale nie 88 gr! Sprzedaję im po 4 zł, co nie pokrywa kosztów produkcji, ale nie mam wyjścia — nikt nie da dziś więcej. Świat jest zalany mlekiem, to nie są dobre czasy dla mleczarzy. Spadają dochody rolnikom i mleczarzom. Obyśmy przetrwali, bo ten rok będzie dla nas decydujący.
Zdaniem Sapińskiego, by mleczarnia wyszła na swoje, czyli sprzedała masło z zyskiem, to powinna otrzymać nie 20 zł za kg, tylko 30. Wtedy za kostkę dostawaliby 6 zł.
Agnieszka Maliszewska, szefowa Polskiej Izby Mleka:
To, co wyprawiają teraz sieci z tymi promocjami, to zwykły dumping cenowy, który ma na celu przyciąganie klienta do sklepu. Masło stało się zwykłym wabikiem. Oczywiście żadna z tych sieci nie kupuje u producenta masła po tej cenie, płacą znacznie więcej. Ta polityka dumpingu to bardzo zła polityka, która odbija się na mleczarniach i na rolnikach.
Także Marek Kapica, szef spółdzielni w Wieluniu w łódzkim jest przerażony tym, co robią sieci sklepowe. — Promocje masła za grosze wcale nam nie pomagają, tylko destabilizują rynek. Ludzie korzystają z okazji i kupują na zapas, na 2-3 miesiące. Przez ten czas nie kupują nowego masła. I to daje pretekst, by dostawcy powiedzieć: widzisz, twoje masło nie schodzi, musisz obniżyć cenę! Tak to działa. A my naprawdę nie mamy już z czego obniżać. A za wszystko na końcu zapłacą rolnicy i mleczarnie. Jestem pewny, że w tym roku wielu rolników zrezygnuje z dalszej hodowli krów, produkcja zacznie spadać i wówczas ceny ruszą w górę.
Było mleczne eldorado
A jeszcze dwa lata temu było mleczne eldorado dla dostawców. Wtedy też konsumenci łapali się za głowy, widząc ceny masła w sklepach. Masło biło rekordy, co tydzień było droższe, aż doszło do 10 zł za kostkę. Masło w wielokilogramowych blokach w hurcie kosztowało 34-35 zł za kg. Po podzieleniu kilograma takiego bloku na kostki 200 gr wychodziło ok. 7 zł. Po doliczeniu kosztów opakowania, transportu i marży sklepu dochodziło jeszcze 2-3 zł. Wtedy za każdy dostarczony do mleczarni litr mleka rolnicy dostawali od 2,2 do 3,2 zł., średnia cena skupu oscylowała wokół 2,6 zł za l. Wszyscy byli zadowoleni — rolnicy, przetwórcy mleka i sklepy. I tylko konsumenci narzekali.
Temat masła wszedł nawet do kampanii prezydenckiej w 2025 r. Kandydat PO Rafał Trzaskowski obiecywał, że obniży jego ceny, jeśli wygra wybory. A ekipa Karola Nawrockiego oskarżała Donalda Tuska osobiście i jego rząd, że nie potrafi sobie z drogim masłem poradzić — przecież za rządów Prawa i Sprawiedliwości ceny były niższe.
I ceny są dziś niższe, ale nasi politycy nie mają z tym nic wspólnego.
Marek Kapica, który jest nie tylko prezesem mleczarni, ale też rolnikiem, hodowcą krów mlecznych wylicza koszty produkcji:
Robocizna wraz z opakowaniem takiej kostki to ok. 40 gr. Na wyprodukowanie kilograma masła potrzeba od 21 do 25 l mleka, w zależności od zawartości tłuszczu. Za litr mleka obecnie płacimy rolnikom między 1,7 do 1,9 zł za litr. Wedle GUS cena średnia mleka za ostatni miesiąc nie przekraczała 1,83. To przy tych cenach wychodzi, że kostka masła powinna kosztować ok. 7 zł. Ale ponieważ z tego mleka mleczarnia robi jeszcze odtłuszczone mleko w proszku, które sprzedaje osobno i na tym zarabia, to może kostkę sprzedać już po 5 zł.
Tyle że trudno po takiej cenie dziś je sprzedać. Bo masła i mleka mamy za dużo. I to ten nadmiar obniża ceny.
Rośnie góra masła
Problem nie jest tylko polski, ma go cała Unia, a nawet świat. Wszędzie jest nadprodukcja, bo w latach 2023 i 2024 cały czas rosło zapotrzebowanie na tłuszcze zwierzęce. A ponieważ masło jest towarem trwałym, dobrym do magazynowania — można go przechować nawet do trzech lat — to wiele krajów kupowało na zapasy. Cena była dobra, popyt rósł, więc rolnicy inwestowali w hodowlę krów mlecznych. I już w 2025 produkcja mleka wzrosła u nas o 6 proc., w Niemczech o 4 proc., we Francji o 7 proc., podobnie w Holandii. Także w USA, które zwykle miały niedobory, produkcja wzrosła o 5 proc. Nawet Indie i Nowa Zelandia zwiększyły produkcję, a oba te kraje są największymi na świecie dostawcami produkcji mlecznej.
Polska jest znaczącym producentem i eksporterem masła. Nasze ceny krajowe są więc odbiciem tego, co dzieje się na świecie. W Unii jesteśmy czwartym co do wielkości producentem mleka i dajemy 10 proc. unijnej produkcji masła.
Od lat więcej produkujemy, niż konsumujemy. W ostatnich latach eksportujemy do 40 proc. rocznie naszych wyrobów — głównie masła i mleka w proszku. Wzrost produkcji o 6 proc. oznacza, że teraz do przerobu mleczarnie mają nie 15 mld l mleka rocznie, jak było jeszcze w 2025 r., ale o cały miliard więcej. Tego dodatkowego miliarda nie przepijemy ani nie przejemy. Tymczasem eksport nie tylko nie rośnie, ale się dławi.
Zdaniem prezesa Sapińskiego dużo złego stało się w ostatnich miesiącach na świecie i stąd nasze problemy. „Dużo złego” to głównie kłopoty z międzynarodowym handlem, który stał się ofiarą wojennej polityki. Najpierw Rosja zamknęła nam drogę tranzytową do Uzbekistanu i Mongolii, a te kraje były dużymi odbiorcami naszych mleczarskich produktów. Transport do tych krajów, z pominięciem Rosji jest zbyt drogi i cały eksport staje się nieopłacalny. Do tego doszła wojna na Bliskim Wschodzie, a kraje zatoki perskiej też były wielkimi odbiorcami naszego masła. Teraz tych odbiorców też straciliśmy. Dodatkowy minus wojny to droższe paliwo, więc cały transport podrożał. Perspektywy są więc dla naszych mleczarzy słabe, zwłaszcza że producentom unijnym coraz trudniej jest konkurować z tymi spoza Europy.
Produkcja europejska jest z reguły droższa niż w krajach pozaeuropejskich — nikt nie ma takich wymagań środowiskowych i wobec zwierząt, co zwiększa koszty produkcji. Nie jesteśmy w stanie konkurować np. z Nową Zelandia, która ma super klimat ani Indiami gdzie są nieporównywalnie niższe koszty robocizny. A Unia wciąż podnosi wymagania — już wiadomo, że kończy się czas trzymania krów na uwięzi, co oznacza przebudowę obór i kolejny wzrost kosztów.
Będzie drożej
Teraz, by założyć w Polsce średniej wielkości farmę z krowami mlecznym potrzeba milionów złotych. Jedna krowa to wydatek ok. 15 tys. zł, jedna dojarka ubojowa (nikt już nie robi tego ręcznie mając kilkadziesiąt krów) to koszt ok. 800 tys. zł. Do tego dochodzi koszt wybudowania obory z wybieganiem dla zwierząt, kupno chłodziarki do mleka itd. Przy obecnych cenach mleka brakuje chętnych do zakładania takich farm.
— Kłopot z nadprodukcją przez ostanie lata pomagali rozwiązywać nam uchodźcy z Ukrainy — przybyło nam ponad milion nowych konsumentów — mówi Kapica. — Ale od pewno czasu już ich nie przybywa, a nawet ubywa, wyjeżdżają, a produkcja rośnie.
Zwykle mleko (a więc i jego przetwory) jest najdroższe zimą, a najtańsze latem. To proste — latem krowy są na pastwisku, jedzą mieszanki trawiaste, więc ich utrzymanie jest tańsze. A do tego dają też w lecie więcej mleka niż zimą. To się w rolniczym języku nazywa sezonowość. Problem w tym, że czasy takiej sezonowości praktycznie odeszły do historii. Dziś mamy produkcję mleczarską bardzo skoncentrowaną — już nie 350 tys. rolników utrzymuje krowy mleczne, jak było jeszcze 20 lat temu, tylko poniżej 80 tys. Rolnicy nie zadowalają się już karmieniem pastwiskowym — cały rok dają specjalistyczną karmę. Zimą i latem walczą o utrzymanie wysokiej mleczności przez cały rok. Nadal są zimowe spadki produkcji, ale nie przekraczają 10 proc. w stosunku do maja czy czerwca. Na cenę mleka to już nie wpływa.
Ceny mleka w skupie i ich przełożenie na ceny produktów mogą się więc zmienić, dopiero kiedy odblokują się magazyny zapchane dziś masłem i jego eksport. Albo, kiedy rolnicy zaczną wycofywać się z tej produkcji, o czym dziś coraz więcej z nich mówi. Tak czy inaczej, pójdą w górę.

