Przyjechałam jako 28-latka z dyplomem, doświadczeniem, perfekcyjnym angielskim i ambicjami. A zderzyłam się z rzeczywistością, w której najważniejsze było to, że nie mówię po polsku — opowiada szefowa kuchni Isabel Balderas.

Isabel Balderas: To było 17 lat temu. Studiowałam w Meksyku zarządzanie gastronomią i w ramach programu edukacyjnego wyjechałam najpierw do Anglii, potem do Szkocji. Tam poznałam mojego przyszłego męża, Konrada.

Zakochaliśmy się, ale początkowo wróciłam do Meksyku, bo miałam już swoje projekty gastronomiczne i cateringowe. Plan był taki, że jeszcze wrócę do Anglii, zarobię pieniądze i zainwestuję w biznes. Jednak zwyciężyła miłość: zaręczyliśmy się, wzięliśmy ślub kościelny w Meksyku, a potem cywilny w Polsce. I już zostałam.

— Mój mąż jest patriotą, a poza tym jedynakiem. Sporo podróżował na studiach, ale podkreślał, że nie zostawi mamy samej w Polsce. My w Meksyku tworzymy duże rodziny, mam troje rodzeństwa, więc teoretycznie było mi trochę łatwiej z podjęciem decyzji. Rodzice prowadzą dużą farmę. Wszystkie dzieci są wykształcone. Moja siostra bliźniaczka jest inżynierem chemii z doktoratem. Nie przyjechałam z biedy, jak niektórzy myślą, ale z miłości.

— Bardzo. Przyjechałam jako 28-latka z dyplomem, doświadczeniem, perfekcyjnym angielskim, ogromnymi ambicjami, a zderzyłam się z rzeczywistością, w której najważniejsze było to, że nie mówię po polsku. Społeczność latynoska była wtedy niewielka, a bez języka polskiego nikt nie chciał mnie zatrudnić, nawet w restauracjach meksykańskich. Przeżywałam frustrację. Do tego dochodziła koszmarna pogoda. Czułam się „oszukana” (śmiech), bo za pierwszym razem mąż przywiózł mnie do Polski latem. Było ciepło i zielono. A wtedy zimno, ciemno, pochmurno, śnieg. Mieszkaliśmy w remontowanym, pustym mieszkaniu. W Anglii imprezowaliśmy, wiedliśmy fajne studenckie życie. Tu byłam sama z mężem, bez pracy, bez znajomych. Miałam momenty depresyjne.

— Chodziłam od restauracji do restauracji, ale wszędzie problemem był język. I wtedy mój odważny mąż powiedział: „Spróbujemy jeszcze tutaj”. Weszliśmy do hotelu Marriott dosłownie z ulicy. Konrad zapytał o szefa kuchni. Mieliśmy szczęście, był akurat na miejscu. Okazało się, że mówi po hiszpańsku. Ulga.

— Miałam już doświadczenie z ogromnych hoteli w Meksyku. Ich wielkość jest nieporównywalna z tymi w Polsce, są jak małe miasta: tysiące pokoi, kilka restauracji, ogromne zaplecze gastronomiczne. Wiedziałam, jak wygląda praca w systemie hotelowym: hierarchia, dyscyplina, tempo.

Trafiłam do cukierni, co bardzo mnie wciągnęło. W dodatku mój szef bardzo dobrze mówił po angielsku, więc łatwo się komunikowaliśmy. Zarabiałam minimalną pensję, pracowałam ciężko przez wiele godzin, wracałam do domu zmęczona, ale czułam, że znowu stoję na nogach.

Przestałam myśleć o pogodzie, o zimnie, o samotności. Praca okazała się ratunkiem, nie tylko finansowym, ale przede wszystkim psychicznym. Dziś, kiedy zatrudniam osoby, które nie mówią po polsku albo dopiero zaczynają w gastronomii, pamiętam siebie z tamtego czasu. I wiem, jak jedna szansa może zmienić wszystko. Potem zaszłam w ciążę.

— Przepracowałam trzy miesiące w hotelu InterContinental, skąd trafiłam do restauracji Blue Cactus. Łączyłam pracę kucharza z prowadzeniem warsztatów kulinarnych, chociaż nie znałam dobrze polskiego. Bywało zabawnie.

Potem dostałam propozycję objęcia stanowiska szefowej kuchni w restauracji Dos Tacos. To moment, na który czekałam. Lokal działał wtedy już od wielu lat, ale właściciele dali mi coś bardzo rzadkiego: pełną wolność. Mogłam gotować kuchnię meksykańską taką, jaka jest naprawdę — regionalną, sezonową, osadzoną w tradycjach.

Spędziłam tam osiem lat. To był najdłuższy i jeden z najważniejszych okresów w moim życiu zawodowym. Tam też zaczęłam naprawdę świadomie „edukować” gości — tłumaczyć, dlaczego coś smakuje tak, a nie inaczej, z jakiego regionu są te potrawy. Gotowałam, a jednocześnie prowadziłam własne warsztaty, robiłam catering, współpracowałam z ambasadą Meksyku, organizowałam wydarzenia kulturalne.

— Od samego początku! Musiałam jednak latami przygotowywać się finansowo i organizacyjnie. Paradoksalnie pomogła mi pandemia, podczas której znaleźliśmy z mężem idealny lokal na Powiślu w Warszawie.

Działamy już cztery lata, otworzyliśmy drugą restaurację na Żoliborzu, ale zawsze powtarzam, że Santa Catrina wyrosła z tych wszystkich miejsc, ludzi i doświadczeń, z 17 lat uczenia się Polski i uczenia Polski o Meksyku.

— Nie chciałam niczego przypadkowego, co tylko „brzmi meksykańsko”. Nie interesowały mnie sombrera ani kaktusy. Chciałam opowiedzieć prawdziwą historię. Postać Catriny jest w Meksyku znana, ale jednocześnie często źle rozumiana. Wiele osób kojarzy ją wyłącznie ze Świętem Zmarłych, a jej geneza jest zupełnie inna. Catrina narodziła się jako satyra polityczna, krytyka meksykańskich elit końca XIX w., ludzi, którzy udawali Europejczyków, zapominali o swoich korzeniach, a jednocześnie chcieli pokazać, że są „lepsi”. I przekaz był bardzo prosty: nieważne, ile masz pieniędzy, jak piękną nosisz suknię, jak bardzo chcesz być kimś innym — pod spodem wszyscy jesteśmy tacy sami i skończymy jako szkielety.

Dla mnie to bardzo meksykańska myśl: bolesna, mądra, ale też pełna dystansu. Idealna patronka dla miejsca, które nie chce nikogo czarować tanią egzotyką.

— Każda rzecz ma swoją historię. Ceramika, tkaniny, maski, obrazy — wszystko pochodzi z Meksyku. Ale nie z turystycznych sklepów. Jeździłam po wsiach, po górach, do miejsc, których czasem nie ma nawet na mapach. Pukałam do drzwi warsztatów, rozmawiałam z ludźmi, patrzyłam, jak pracują. Obrusy są tkane ręcznie na drewnianych krosnach. Koszyki przyjechały z regionu Morelos i zostały wykonane przez osoby w więzieniach, które w ten sposób utrzymują swoje rodziny. Maski z papieru robi artysta Irving Mondragón, który tworzy ogromne figury na parady Święta Zmarłych w Mexico City. Każdy przedmiot tutaj to czyjaś praca, życie, historia.

Chciałam pokazać Meksyk prawdziwy, który jest kolorowy, ale nie krzykliwy ani kiczowaty. Bogaty, ale nie powierzchowny. Meksyk, który ma 32 stany, dziesiątki kultur, setki smaków. A nie jeden stereotyp.

— Kiedy mówię o kuchni meksykańskiej, nie myślę o nachosach ani o tym, co ludzie znają z sieciówek. Dla mnie najważniejsze są potrawy związane z tradycją, świętami, konkretnym momentem w roku. 6 stycznia przygotowujemy rosca de Reyes — drożdżowe ciasto na Trzech Króli. W środku są ukryte małe figurki Dzieciątka Jezus. Kto na nie trafi, musi później zrobić tamales dla wszystkich. Tamales to danie, które w Meksyku ma ogromne znaczenie. Robimy je z masy kukurydzianej, zawijamy w liście kukurydzy albo bananowca. 2 lutego, w Día de la Candelaria, w Polsce nazywane Świętem Matki Boskiej Gromnicznej, naprawdę cały kraj je tamales. To nie tylko danie, to rytuał.

Ja nawet wracałam wcześniej z wakacji, żeby w restauracji przygotować rosca. Dla mnie to ważne, żeby te tradycje żyły także tutaj, w Polsce. Na Święto Zmarłych pieczemy pan de muerto, chleb zmarłych. Słodki, drożdżowy, trochę przypomina polską chałkę, ale ma charakterystyczne kształty symbolizujące kości. W naszej kulturze jedzenie zawsze jest częścią pamięci, wspominania.

Dużo mówię też o tortillach — prawdziwych, kukurydzianych, przygotowywanych z ziaren, które przechodzą proces nikstamalizacji. To nie jest zwykły placek z mąki. To podstawa naszej cywilizacji. Tak samo jak papryki — mamy ich dziesiątki odmian. Każda ma inny smak, aromat. Często używamy też kaktusa, nopales. Dla Polaków to brzmi egzotycznie, ale dla nas to codzienny składnik.

— Najważniejsze w promowaniu kuchni meksykańskiej w Polsce było dla mnie edukowanie. Nie chciałam robić kuchni „pod gust”, ale tłumaczyć. Pokazywać, dlaczego np. tortilla to nie jest placek z mąki pszennej. Dlaczego kuchnia meksykańska nie jest po prostu ostra, tylko złożona. Dlaczego to samo danie smakuje inaczej w Oaxace, a inaczej w Jalisco. Dlaczego gotujemy sezonowo i niektóre potrawy pojawiają się tylko kilka razy w roku.

Na początku Polacy zadawali pytania, byli zaskoczeni. Mówili: „To nie smakuje jak w innych meksykańskich restauracjach”. „Właśnie o to chodzi” — odpowiadałam. Z czasem ta ciekawość zamieniła się w zaufanie. Goście zaczęli wracać. Wiedzieli, że jeśli przychodzą do Santa Catriny, to nie dostaną uproszczonej wersji Meksyku.

Dziś widzę, że Polacy są bardzo świadomi. Dużo podróżują, znają smaki, oczekują autentyczności. I to dla mnie największa satysfakcja, że przez te wszystkie lata moja praca miała sens. Że mogłam stworzyć miejsce, z którego Meksykanie mogą być dumni, a Polacy odkryć moją ojczyznę.

— Rok temu lecieliśmy do Meksyku z rodziną tuż przed 12 grudnia, kiedy obchodzimy Dzień Matki Bożej z Guadalupe. To jedno z najważniejszych świąt religijnych w kraju, które ściąga tysiące pielgrzymów z całego świata. W samolocie z Paryża mój mąż spojrzał na mnie i mówi: „Zobacz, sami Polacy”.

Pytał: „Dlaczego lecicie do Meksyku?”. Wielu odpowiadało, że właśnie do Bazyliki Matki Bożej z Guadalupe. To dla nas ogromne wydarzenie, nie tylko religijne, ale też kulturowe. Jak się okazuje, dla niektórych Polaków też.

— Zupy pokochałam od razu, moje ulubione to żurek, grzybowa, ogórkowa. Kiszonki były wyzwaniem. Dziś je uwielbiam i promuję w Meksyku jako zdrową potrawę, ale początki były trudne. Kasza gryczana też nie zasmakowała mi od razu.

Bigos? Moja teściowa trzy dni gotowała na nasze wesele, a moi bliscy siedzieli przy stole, próbowali i widziałam ich przerażone miny. Pytali — oczywiście po hiszpańsku, żeby nie sprawić jej przykrości — „Co to jest? Nie dam rady”. A ja odpowiadałam: „Siedźcie cicho i jedzcie, skoro moja teściowa trzy dni nad tym siedziała”.

— Robimy klasyczną, ale sprawdzoną trasę. Jasna Góra jest dla Meksykanów bardzo ważna, przez kult maryjny. Wadowice — wiadomo: papież, kremówki… Kraków to historia, klimat, spacery, czasem Wieliczka, bo robi wrażenie na każdym. Czasem Auschwitz…

Z mężem i synem lubimy jeździć po Polsce i próbować różnych potraw. Byliśmy w Augustowie i próbowaliśmy kartaczy. W Kazimierzu — zawsze musi być chlebek w kształcie koguta. Jeździmy też w góry, czasem nad morze. Każdy region ma swoją kuchnię i smaki, tak jak w Meksyku. Nie lubię, kiedy ktoś mówi, że kuchnia polska to tylko pierogi i bigos. To nieprawda.

Dużo pracuję, ale kiedy mam czas, jeździmy rowerami nad Wisłą, chodzimy do lasu, jeździmy pod namiot. Bardzo doceniam, że Polska jest zielona i bezpieczna, można pojechać do parku, do lasu, usiąść przy ognisku.

— Wiadomo — pogoda. Śnieg jest super, ale pół roku to za dużo! Jesienią i zimą Polska jest czarno-szara, wszyscy są ubrani na ciemno. Przydałoby się więcej kolorów. Na pewno ludzie mieliby wtedy lepsze samopoczucie.

— Bardzo. Przede wszystkim architektura. Pamiętam czasy, gdy przed Pałacem Kultury i Nauki w centrum Warszawy stały blaszaki targowe, a blok, w którym mieliśmy zamieszkać z mężem w Alei Solidarności, przypominał mi najbardziej niebezpieczne zakątki Puebla, mojego rodzinnego miasta, do których strach było się zapuszczać.

W Polsce powstało dużo autostrad, ścieżek rowerowych, atrakcyjnej infrastruktury. Ludzie są bardziej otwarci na obcokrajowców niż kiedyś, a przy okazji na ich kuchnię, muzykę i język.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version