Ewa Platt pokazuje, że polowanie to nie jest romantyczne zmaganie człowieka ze zwierzęciem, ale często tropienie i dobijanie ranionych ofiar.
Oglądam pierwszą scenę w świetnym spektaklu Ewy Platt „Prowadź swój pług przez kości umarłych” w Teatrze Narodowym i myślę, że twórcy nie nadążają wyobraźnią za naszym okrucieństwem. Główna bohaterka Janina Duszejko przychodzi na komisariat złożyć zawiadomienie, że znalazła w lesie ciało dzika i że został on najprawdopodobniej zastrzelony poza okresem łownym.
A ja mam przed oczami obraz z życia. Kilka tygodni temu ktoś wieczorem zamknął stadko 16 dzików, w tym 14 warchlaków, na placu zabaw na Bemowie. Rano służby miejskie uśmierciły uwięzione zwierzęta. W social mediach można było zobaczyć zdjęcie zabitego dzika leżącego w dziecięcej piaskownicy. Podobno miał na imię Henio. A to oznacza, że ludzie go znali i że on musiał im ufać. Po kilku takich akcjach w różnych miejscach Warszawy przed magistratem protestowali obrońcy praw zwierząt. Władze miasta zobowiązały się do powołania komisji złożonej ze specjalistów, która ma decydować, które zwierzęta należy uśpić.
Powieść Olgi Tokarczuk „Prowadź swój pług przez kości umarłych”, sfilmowana kilka lat temu przez Agnieszkę Holland, to thriller ekologiczny rozgrywający się w Kotlinie Kłodzkiej. W małej miejscowości w niewyjaśnionych okolicznościach giną miejscowi notable. Ofiary łączy pasja do myślistwa. Janina Duszejko, mieszkająca na odludziu stara kobieta, upiera się, że zabite przez myśliwych zwierzęta biorą odwet na oprawcach. Komendant, także zapalony myśliwy, prowadzi dochodzenie w sprawie nagłych śmierci. Do czasu, aż sam nie zostanie zabity.
Ewa Platt sadza widzów na scenie. Drugą jej część wypełnia błotem. Nad całością góruje łowiecka ambona, która pod koniec spektaklu zmienia się w ambonę kościelną. Proboszcz wygłasza z niej pochwałę myśliwych, którzy zgodnie z wolą Boga czynią ziemię ludziom poddaną. Ze sceny widzimy pustą widownię, która odgrywa rolę lasu, jest świadkiem wyłowionego ze wspomnień Matogi obrazu zabijania rannego jelenia (wspaniali Wiktoria Gorodecka i Oskar Hamerski). Reaguje tańcem żyrandoli, które jak błyskawice migają w rytm muzyki Dominika Ossowskiego, podkreślając dramatyzm wydarzeń. Dominika Kluźniak w roli Duszejko nie jest krwawą mścicielką, ale nadwrażliwcem. Całą sobą odczuwa cierpienie istot zwierzęcych.
Olga Tokarczuk w zbiorze esejów „Czuły narrator” pisała, że gdybyśmy nie byli jakoś impregnowani na cudzy ból, nie bylibyśmy w stanie znieść morza cierpienia dziejącego się w każdej chwili. Organizm Duszejko nie daje sobie z tym rady. Choruje. Bezduszny lekarz traktuje ją jak przedmiot i jak na ironię poucza, że czułość jest najpiękniejszą formą miłości. W Duszejko jest mnóstwo czułości, kiedy opowiada o swoich ukochanych sukach zastrzelonych przez myśliwych albo kiedy rozmawia z naukowcem badającym żuki. Nie widzimy, jak Duszejko zabija myśliwych. Tym razem to nie śmierć ludzi ma być w centrum. Zabawna jest scena teatrzyku, w której Dyzio, przyjaciel Duszejko (Adam Szczyszczaj), i jego narzeczona (Justyna Kowalska) odgrywają historię św. Huberta, patrona myśliwych. Święty Hubert, zanim po spotkaniu z boskim jeleniem nawrócił się na polowanie zgodne z etyką, zabijał zwierzęta na lewo i prawo.
We wstępie do spektaklu można przeczytać kodeks myśliwego, ale jak ironicznie komentuje Dariusz Czaja, zwierzęta są analfabetami i nie przeczytają, w jaki sposób mogłyby uniknąć śmierci z rąk myśliwego. A mogłyby. Ptaki, gdyby nie fruwały, kiedy zbliża się myśliwy. Niedźwiedzie, gdyby udawały, że śpią, nawet gdy myśliwi próbują je obudzić. Reżyserka pokazuje, że polowanie to nie jest romantyczne zmaganie człowieka ze zwierzęciem, ale często tropienie i dobijanie ranionych ofiar, patrzenie, jak uchodzi z nich życie. Platt, mimo akcji prowadzonej od zabójstwa do zabójstwa, udaje się stworzyć wyciszony portret wewnętrzny bohaterki. Punktem ciężkości w tej opowieści są filozoficzne rozważania o relacjach człowieka ze zwierzętami i z naturą. Jakim prawem dajemy sobie przyzwolenie na zabijanie dla przyjemności, zabijanie przemysłowe? Dlaczego sami uciekając przed bólem na wszystkie sposoby, godzimy się na cierpienie zwierząt, które odczuwają je z taką samą intensywnością jak my?
Platt zrobiła dobrą adaptację powieści, ciekawą inscenizację, ładnie poprowadziła aktorów. Żałuję jednak, że do manifestu Tokarczuk nie dopisała czegoś, co mogłoby do relacji zwierząt i ludzi dodać jej pokolenie. Po tym, co wydarzyło się na placu zabaw na warszawskim Bemowie, widać, że mimo świadomości praw zwierząt potrafimy być w stosunku do nich tak bardzo pozbawieni ”światoczucia”.

