Seksturystyka to już nie tylko dalekie wyjazdy po to, aby doświadczyć płatnego, przypadkowego seksu. Najlepiej „egzotycznego”. Teraz obejmuje także wyjazdy na urlop, na wielkie wydarzenia sportowe czy koncerty, a przy okazji korzystanie z przygodnych uciech, w tym romansowanie.

— Wybrałem się na Mystic Festival do Gdańska, na początku czerwca. Słucham od lat Behemotha, grali tam z kilkoma mocnymi kapelami. Pomyślałem, że to dobry pomysł na relaks; kilka dni wcześniej zainstalowałem Tindera, ustawiłem lokalizację Trójmiasta i… — zawiesza głos Bartek (37 lat). Uśmiecha się do wspomnień.

Na co dzień mieszka na Śląsku i uwielbia klimat nadmorski. Ostatnio rzadko gdzieś wyjeżdża, bo sporo pracuje: dwa lata temu przejął firmę po zmarłym tragicznie bracie. Wcześniej rozpadł mu się długoletni związek. — Nikogo nad tym morzem nie oszukałem, mam nadzieję. Chodziło mi o seks, o zabawę, o szaleństwo. Nie o związek. A już na pewno nie nad morzem, bo nie zakładam przeprowadzki. W Gdańsku spędziłem kilka dni, miałem w tym czasie trzy randki, z czego dwie zakończone fajnym seksem. Polka, Szwedka, Ukrainka. Z jedną z nich pozostajemy w kontakcie, bardzo luźnym. Miałem dobry czas, a teraz znowu ciężko pracuję — opowiada Bartek.

Czy to seksturystyka? Okazuje się, że to zjawisko znacząco się rozszerzyło. Nie chodzi już tylko o dalekie wyjazdy i „kupowanie” usług seksualnych, ale także o przygodne uciechy przy okazji jakiegoś wyjazdu.

„Według definicji UNWTO (Światowej Organizacji Turystyki) turystyka seksualna określana jest jako podróże organizowane zarówno przez podmioty sektora turystycznego, jak i te spoza niego, ale z wykorzystaniem jego struktur/sieci, w celu wejścia przez turystów w płatne stosunki seksualne z przedstawicielami miejscowej społeczności. (…) Analiza literatury naukowej oraz innych kompetentnych źródeł informacji wykazała, iż współcześnie turystyka ta wykracza daleko poza prostytucję, obejmując szereg innych zjawisk turystycznych, w których rolę motywatora odgrywa chęć zaspokojenia (w rożny sposób) potrzeb seksualnych”. Tak pisali dr Dagmara Chylińska i dr Gerard Kosmala w czasopiśmie naukowym „Folia Turistica”, w obszernej analizie poświęconej turystyce seksualnej.

Wykazali, że ta obecnie obejmuje także m.in. lokalne wypady do Dzielnicy Czerwonych Latarni w Amsterdamie czy dzielnicy uciech w Hamburgu. „Turyści pochodzą z tego samego kraju lub niezbyt oddalonych, w każdym razie z tego samego regionu kulturowego” — piszą badacze. Choć oczywiście seksturystyka to nadal potężny sektor seksualnych usług w takich miejscach jak Tajlandia, Kenia, Gambia, stan indyjski Goa czy Karaiby. Naukowcy podkreślają jej egzotyczny wydźwięk, bo „oznacza wyjazdy i zaspokajanie potrzeb seksualnych w miejscach odległych przestrzennie i kulturowo, zwykle w krajach zamorskich, często w byłych koloniach. Zwłaszcza w tym ostatnim kontekście turystyka seksualna uznawana jest za przejaw neokolonializmu, ale też element turystyki kulturowej. W tej ostatniej podobnie jak w innych jej odmianach, ważnym motywatorem do poszukiwania doznań seksualnych jest ciekawość egzotyki i kulturowej odmienności doznań/partnerów seksualnych (ten argument wykorzystywany jest przez turystów do usprawiedliwiania różnych nielegalnych i dewiacyjnych form turystyki seksualnej)” — opisują Chylińska i Kosmala. Zauważają, że przypadkowości stosunków seksualnych sprzyjają imprezy masowe, jak słynny karnawał w Rio de Janeiro, Mardi Gras w Sydney czy Mistrzostwa Piłki Nożnej. „Tam, gdzie ludzi jednoczą emocje, łatwo o seksualnego partnera, nieważne czy szukanego świadomie, czy wybranego spontanicznie”.

— Seksturystyka to dość popularne zjawisko, chociaż trudne do dokładnego oszacowania, bo osoby nie zawsze mówią wprost o swoich intencjach lub intencje zmieniają się w trakcie wyjazdu — przyznaje Michał Sawicki, psycholog, seksuolog, psychoterapeuta, autor książek, wykładowca Uniwersytetu Warszawskiego. I dodaje, że motywacje osób, które decydują się na seksturystykę, bywają różnorodne. — Od poszukiwania anonimowości, dostępności seksu, fantazji związanych z egzotyką aż do potrzeby odreagowania codziennych stresów. Jeżdżą i mężczyźni, i kobiety, chociaż ta pierwsza grupa mówi o tym bardziej otwarcie.

— Od dawna fantazjowałam o młodszym kochanku. Z mężem jesteśmy razem od trzydziestu lat i prawie nie sypiamy. On ma niskie libido, zawsze miał, a teraz to już w ogóle… Jesteśmy dobrym związkiem, wciąż dużo rozmawiamy, śmiejemy się, mamy wspólne pasje i cele. Gramy w pokera i w tenisa, wyjeżdżamy w góry na piesze wędrówki. Jesteśmy dobrymi przyjaciółmi, to i tak dużo — zastrzega Monika (51 l.). Ale życie seksualne, jak podkreśla, też jest „czasem potrzebne”. Od lat jeździ raz w roku z dwiema przyjaciółkami na tygodniowy urlop. Grecja, Hiszpania, Chorwacja, zawsze gdzieś w Europie. Tam, gdzie jest przyjemna plaża, gdzie są bary i gdzie toczy się życie.

— Kiedyś wystarczyło mi, że siedzimy z przyjaciółkami na leżaku, pijemy gin z tonikiem, wreszcie możemy się wygadać za wszystkie czasy, raz po raz pójdziemy na masaż, kupimy sobie kolorowe bikini albo pareo, opalimy się i wyśpimy. Ale rok temu poznałam w barze, w chorwackim Splicie, młodego lokalnego przewodnika. Miał dokładnie piętnaście lat mniej niż ja. Straciłam dla niego głowę. Przyjaciółki poszły do hotelu, a ja wciąż tam siedziałam. Wyciągnął mnie na parkiet. Jak on to zrobił? Nie tańczyłam od czasu studiów. Potem oczywiście wylądowaliśmy u niego. Tej nocy nigdy nie zapomnę. Pozwoliłam sobie na wszystko, czego chciałam. On okazał się idealnym kochankiem, otwartym, pewnym siebie. Rano jeszcze długo rozmawialiśmy, zjedliśmy śniadanie w porze obiadu. Nie wymieniliśmy się kontaktami, to nie miało sensu, było przygodą. Wróciłam do domu zachwycona. Do dziś to wspominam. I szykuję się z przyjaciółkami na kolejny wyjazd, tym razem we wrześniu na Gran Canarię. Jestem otwarta na wszystko, co się wydarzy, także na seks — przyznaje Monika. Mężowi nie powiedziała o zdradzie, nie ma wyrzutów sumienia. Uważa to za „dość niewinną zabawę wakacyjną”.

— Znam osoby, które specjalnie planują wyjazdy do konkretnych miast czy regionów, w których łatwiej będzie im znaleźć kogoś na seks. Często są to miejsca, które mają szeroką ofertę seks-klubów, imprez swingerskich albo kultowe imprezy plenerowe i plaże nudystów. Wtedy priorytetem urlopu staje się seks, a nie muzea czy lokalna kuchnia — mówi Michał Sawicki.

Na takie planowane podróże jeżdżą Natalia (41 l.) i Robert (48 l.), od kilkunastu lat razem. Od jakiegoś czasu ich hobby stały się imprezy swingerskie. Na razie byli na kilku, w Czechach i w Niemczech. — W Polsce nie odważyłabym się iść do żadnego klubu, za duże ryzyko — ocenia Natalia. Ma szanowany zawód (nie chce, aby go tutaj ujawniać), jej partner to rozumie (on za to zupełnie się nie przejmuje tym, że mogliby natknąć się na kogoś znajomego w sytuacji erotycznej). — Jeździmy raz, dwa razy do roku i wystarczy. Nie chcemy, aby zbytnia częstotliwość rozwaliła nam związek, bo podniecenie to jedno, ale zazdrość to drugie. Nieraz mam problem, widząc mojego Roberta z inną lub z innymi w akcji, ale sama potrzebuję też innych doznań, innych mężczyzn. Staramy się trzymać ustalonych zasad. Jeździmy do wybranego miasta w Europie; jesteśmy na kilku swingerskich forach, więc mamy przekrój różnych propozycji i wydarzeń. Wybieramy starannie miasto, klub lub imprezę. Nie może być zbyt wiele osób, najlepiej kilka, kilkanaście par. Raz zdarzyło się, że tylko patrzyliśmy, bo chcieliśmy być ze sobą tej nocy. Mamy też zasadę, że nigdy nie wymieniamy się z nikim numerami telefonów, urywamy kontakt od razu po imprezie. Potem o tym sporo rozmawiamy. Takie wyjazdy nas kręcą, jest element zazdrości, a to dobrze robi związkowi — opisuje Natalia.

Czy ma świadomość, że to, w czym biorą udział z partnerem, można opisać jako seksturystykę? — No oczywiście, że tak. Jedni jeżdżą do winnic, aby degustować wina, inni podróżują po to, by doświadczać seksu. Co w tym dziwnego? Nic. Wolę taki układ jak nasz niż gdyby jedno jeździło do kurortu w Egipcie, uprawiając z kimś sekretnie seks. Mam koleżankę, która tak właśnie robi, a mąż z dziećmi siedzi spokojnie w domu. Przekonany, że żona odpoczywa od pracy i trosk codzienności — dodaje gorzko Natalia.

Brakuje oficjalnych, ogólnokrajowych statystyk, które wskazują odsetek Polaków biorących udział w turystyce seksualnej. Zjawisko jest tak dużym tabu, że nawet w różnych ankietach pozostaje mało wykrywalne. Istnieją oczywiście liczne sondaże i badania dotyczące życia seksualnego naszego społeczeństwa. Według różnych źródeł kilkunastu Polaków na stu kiedykolwiek korzystało z płatnych usług seksualnych (w kraju lub za granicą). Część badanych odmawia odpowiedzi. Inne badania opinii publicznej wskazują, że co trzeci Polak zna osobę, która przynajmniej raz zapłaciła za seks. Ale seksturystyka, jak wiemy, to już nie tylko świadczenia seksualne za walutę.

Jakie emocje, jakie pragnienia są związane z tym typem wyjazdów? Najprościej mówiąc: po co ludziom seksturystyka? — Wakacje są po to, żeby się zresetować. To czas odcięcia od pracy, problemów, myślenia o kredycie oraz od nieprzyjemnych emocji, takich jak lęk czy frustracja. Łatwo wtedy odpiąć przysłowiowe wrotki. Seks jest natomiast jedną z silniejszych strategii radzenia sobie z napięciem emocjonalnym, więc idealnie wpasowuje się w wakacyjny reset, dodatkowo go podbijając. Można całkowicie „odpłynąć” — komentuje Michał Sawicki. Na swoim Instagramie przeprowadził specjalną sondę dotyczącą seksturystyki. Zagłosowało aż 500 osób, wskazując jedną z czterech odpowiedzi: „Każdy wyjazd to głównie seks-turystyka” — 2 proc. głosujących, „Czasem jadę konkretnie w celu seksu” — 5 proc., „Seks czasem się zdarza, ale nie planuję” — 34 proc. „Nigdy nie łączę seksu z wyjazdami” to aż 60 proc. wskazań.

— Seksturystyka może dawać niektórym spełnienie seksualne, ale i emocjonalne. To takie momenty, do których pacjenci podczas terapii wracają często w opowieściach, mówiąc o najlepszych chwilach swojego życia — obserwuje Sawicki. Zdarza się przecież niekiedy, że zaplanowany na jeden raz przygodny seks zmienia się w romans, a nawet w związek.

Nie możemy jednak romantyzować ani idealizować seksturystyki, bo ona ma też swoją przemocową, niehumanitarną twarz. Zmuszanie pewnych osób do świadczenia usług seksualnych, wyzysk biednych przez bogatych: o tym mówi się od dekad. Problem jest palący szczególnie w biedniejszych krajach, do których zjeżdżają zachodni turyści.

— Poza tym musimy pamiętać, że uprawiając z innymi seks, można zarazić się infekcjami przenoszonymi drogą płciową. Nie chcę nikogo straszyć, chodzi o edukację. Jeśli decydujemy się na kontakty seksualne, które, mam nadzieję, będą przyjemne, zadbajmy także o zdrowie. Szczepienia przed wyjazdem, prezerwatywy w trakcie, testy i badania profilaktycznie po kontakcie (wystarczy raz do roku, jeśli nie ma niepokojących objawów). Istnieją różne nowoczesne leki zabezpieczające, które można odpowiednio dobrać, jeśli ktoś bardzo nie lubi prezerwatyw. O tym najlepiej porozmawiać z lekarzem wenerologiem lub zakaźnikiem. W niektórych konfiguracjach istnieje także ryzyko niechcianej ciąży. Taka informacja popsuła wspomnienia z wakacji już kilku moim pacjentkom — ostrzega seksuolog.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version