Ludzie, którzy stworzyli media społecznościowe i inne narzędzia transformacji technologicznej, wiedzą, że przyczyniają się do destabilizacji, a nawet rozpadu społeczeństwa — mówi amerykański dziennikarz Evan Osnos. Wielu boi się „nieuchronnej” erupcji nienawiści i próbuje się przed nią chronić.

Evan Osnos: Nie ma granicy tego, ile i co ludzie pragną posiadać. Istnieje natomiast limit tego, ile nasze systemy społeczne, polityczne są w stanie wytrzymać, zanim zaczną trzeszczeć w szwach. Ale nawet jeśli zarobisz bardzo dużo pieniędzy i osiągniesz poziom, na którym zaspokojone są wszystkie twoje potrzeby, wcale nie odczuwasz satysfakcji. Prawdziwym problemem jest nienasycenie: bo nic cię nie zadowoli, jeśli masz w środku dziurę, którą musisz wypełnić.

— (śmiech) Otóż to. Moja książka opowiada właśnie o dziurze w kształcie jachtu w naszej kulturze i aspiracjach klasy najbogatszych. Próbuję zrozumieć, jak powstała i jak wpływa na — społeczeństwo.

— Trochę tak, jak Hemingway opisuje bankructwo — stopniowo, a potem nagle. Stopniowym procesem są trendy gospodarcze ostatnich 50 lat, które umożliwiły powstanie ogromnych majątków w sektorze tech i finansowym, oraz seria politycznych decyzji, które wzmocniły pozycję niewielkiej grupy. Średnia stawka podatkowa dla 400 najbogatszych Amerykanów wynosi obecnie w praktyce połowę tego, ile wynosiła pół wieku temu, podczas gdy progi podatkowe dla dolnych 90 proc. społeczeństwa w ogóle się nie zmieniły. I dziś, gdy patrzymy na wykres dochodów czy majątków, widać, że jest długo niemal płasko, a potem krzywa idzie pionowo w górę — co pokazuje, jak bardzo najbogatsi oddalili się od ­reszty.

— Dotykasz ważnego tematu, a mianowicie wrażenia nieuchronności. Ogromna przepaść majątkowa między elitą a resztą wydaje się nie do przekroczenia. Ale jak zaczniesz badać genezę dzisiejszych wielkich fortun, okazuje się, że tak gigantyczne nierówności wcale nie są „naturalne” i niekoniecznie musiały powstać — to połączenie politycznych decyzji i zaniechań stworzyło rzeczywistość, w której dziś żyjemy.

Chcę, żeby czytelnik zadał sobie pytanie: czy sami te nierówności wybraliśmy, czy też powstały w wyniku cichego gromadzenia władzy i pieniędzy, które stało się zauważalne dopiero w ostatnich kilku latach i doprowadziło do tego, że Elon Musk jest pierwszym bilionerem w historii. Jego majątek jest 5 mln razy większy niż majątek przeciętnego amerykańskiego gospodarstwa domowego. Przez 250 lat historii USA nie było tak wielkiej dysproporcji. Jak usłyszałem od archeologów, trzeba się cofnąć do starożytnych społeczeństw, aby znaleźć poziomy nierówności podobne do tych, które obserwujemy w dzisiejszym świecie.

— Jak powiedział mi pewien dyrektor generalny z Doliny Krzemowej — właściciel jachtu — wydanie pół miliarda dolarów na dom może wydawać się logiczne, bo spędzasz w nim większość czasu, ale to nie jest dobry pomysł. Ludzie będą pytać, skąd masz tyle pieniędzy. Ale, dodał, „łódź za pół miliarda dolarów to całkiem fajna sprawa”. Łódź, bo to zawsze jest łódź, nie jacht, daje mobilność. Jeśli gdzieś przyciąga niechcianą uwagę, możesz wypłynąć i zacumować gdzie indziej. Jeśli nie lubisz sąsiadów na lądzie, powiedział mi inny posiadacz jachtu, to masz problem, bo musisz albo ich wykupić, albo się z nimi dogadać. A na morzu po prostu szukasz nowych ­sąsiadów.

Główną atrakcją jest jednak to, że jacht istnieje w tej dziwnej przestrzeni pomiędzy tym, co widoczne, a tym, co niewidoczne.

— Jest na tyle widoczny, na ile chcesz, żeby był. Jeśli jak Jeff Bezos pragniesz być zauważony, nie ma problemu, o twoim jachcie za pół miliarda dolarów napiszą wszystkie media. A jeśli nie chcesz rozgłosu, wystarczy odpłynąć. Plus: megajachty są naprawdę luksusowe — wyposaża się je w kino IMAX, baseny, helikopter, który zabierze cię z plaży na stoki gór, żebyś mógł pojeździć na nartach, salę operacyjną do zabiegów medycznych. Pozwalają też uciec od bycia pod ciągłą obserwacją, co dla osób sławnych i bogatych jest męczące.

— Podszedłem do nich tak samo jak do każdego innego środowiska, o którym piszę — czy będą to Chiny z ich zamkniętym systemem politycznym, czy Waszyngton, gdzie wielu mieszkańców bardzo dba o to, jak są postrzegani i jak się prezentują — czyli z ciekawością i otwartością. Zaczynałem od pytania o detale: o to, jak urządzają swoje jachty, dlaczego ­wybrali tę maszynę, a nie inną, co im się spodobało. To trochę jak malowanie portretu za pomocą kropek, które ostatecznie, jeśli poświęcisz na to dość czasu i przeprowadzisz dość rozmów, złożą się w większą całość. Ale zacząłem od tego, że poszedłem na targi jachtowe i po prostu zadawałem pytania o prezentowane produkty.

— Wszystko po trochu. Ale zawsze jak ktoś z zewnątrz. W Royal Yacht Club w Monako dress code wymagał białych spodni, których nie wziąłem, ale miałem marynarkę. W pewnym sensie jest to metafora mojego doświadczenia w tym świecie: mieściłem się w kanonie na tyle, by zostać zaakceptowanym, nawet jeśli nie było to moje naturalne środowisko.

— Wolę drugą część tego cytatu: że jedyną różnicą między nimi a nami jest to, że oni mają więcej pieniędzy. I to jest prawda. Bo kiedy trafisz do środowiska, w którym zatrudnia się gwiazdę popu, by na bar micwie dała prywatny koncert dla dzieci i ich rodziców, widzisz tę samą rywalizację o status i uwagę, co w sferach dużo mniej zamożnych. I te same obawy.

Osoba, która płaci gwieździe ogromne często pieniądze za prywatny występ, zazwyczaj bywa jej fanem. Ale też jest to ktoś przyzwyczajony, że dostaje to, czego chce, właśnie dlatego, że ma pieniądze. I kiedy gwiazda się pojawia, nie wiadomo, jak ma być traktowana — jak podwykonawca czy podziwiany celebryta? Jesteście przyjaciółmi czy partnerami biznesowymi? Jeden z artystów powiedział mi, że czasem się zdarza, że zleceniodawca chce się na siłę zaprzyjaźnić, co jest dość żałosne, bo nie na tym polega natura tej relacji. On sam, dodał, czuje się swobodniej, gdy obie strony zdają sobie sprawę, o co tu chodzi: „Zapłaciłeś spore pieniądze, żebym przyjechał i zagrał na urodzinach twojego dziecka, a ja tu jestem tylko dlatego, że dostałem przelew. Bądźmy więc ze sobą uczciwi i nie próbujmy tworzyć sztucznej, emocjonalnej atmosfery”.

— Ja bym to ujął inaczej: dla bogatych prawdziwa przyjemność polega na obchodzeniu zasad. Nie mieliby w ogóle zabawy, gdyby ich nie dotyczyły. Gdzie byłby wtedy triumf, gdy ujdzie im na sucho? Miliarderzy serio uważają, że wola i pieniądze wystarczą, by znieść ograniczenia, które nakłada na nich społeczeństwo.

Jesteśmy u progu ery sztucznej inteligencji i kwestia, kto będzie decydować o tym, jak AI wpisze się w nasze życie, jak ukształtuje przyszłość naszych dzieci, jest dziś kluczowa. W Dolinie Krzemowej panuje przekonanie — rzadko wypowiadane publicznie — że to właśnie oni powinni podejmować te decyzje, bo przecież udowodnili, że potrafią myśleć w szerszej perspektywie. Problem polega na tym, że przekonanie to zderza się z fundamentalną zasadą podejmowania decyzji w najistotniejszych dla społeczeństwa sprawach: że każdy powinien mieć w tym swój udział.

— Możliwość wykorzystania majątku i władzy do przekształcenia transgresji w triumf. Pewność siebie pozwalająca powiedzieć: „Tak, to prawda, nie płacę podatków, ale właśnie to pokazuje, jaki jestem sprytny”, zamiast: „Przepraszam, że nadużyłem systemu w sposób, na który zwykli ludzie nie mogą sobie pozwolić”. Jeśli uda ci się przekonać dużą część opinii publicznej, że robisz coś szlachetnego i mądrego, to wydaje ci się, że osiągnąłeś ostateczny sukces — nawet jeśli reszta społeczeństwa uważa, że jest to moralnie obrzydliwe.

To właśnie zrobił Bezos. Nie zapłacił niemal żadnego federalnego podatku dochodowego, mimo że jego majątek wynosił wówczas jakieś 18 mld dol. I nie dlatego, że łamał prawo — nie, Bezos skorzystał z ulgi podatkowej na dzieci, ­czyli rozwiązania, które powinno pomagać osobom o ograniczonych dochodach. Jest wielu miliarderów, którzy w podobny sposób nadużywają luk w systemie. Z ich perspektywy jest to zwycięstwo: stać ich, żeby zapłacić każdy podatek, ale wywinęli się fiskusowi. A społeczeństwo uważa takie praktyki za zupełnie normalne, mimo że jeszcze nie tak dawno temu były potępiane.

— To prawda. W ujawnionych mailach widać też powtarzający się schemat wzajemnej pomocy w unikaniu negatywnych konsekwencji. Jeśli czyjeś dziecko nie dostało się do szkoły albo ktoś nie podpisał lukratywnego kontraktu, w sieci znajomych Epsteina zawsze znalazła się osoba, która ten problem rozwiązała. Największym luksusem jest więc nie tylko ucieczka od odpowiedzialności, ale także posiadanie uniwersalnego klucza, który otwiera drzwi zamknięte dla zwykłych ludzi.

— W tym środowisku bycie osobą, która zrobi pierwszy krok w kierunku nowej ery i wymyśli kreatywne rozwiązanie problemu, daje prestiż. Kiedy Peter Thiel zaczął mówić o zakupie posiadłości w Nowej Zelandii, która ­pozwoli mu uciec przed ewentualną rewolucją, dla swoich kolegów brzmiał jak odważny innowator. Jak człowiek, który bierze przyszłość w swoje ręce, zamiast oddać się na pastwę siłom, nad którymi nie ma kontroli.

Oczywiście istnieje mroczniejsze wyjaśnienie: ludzie, którzy stworzyli media społecznościowe i inne narzędzia transformacji technologicznej, wiedzą, że przyczyniają się do destabilizacji, a nawet, ostatecznie, rozpadu społeczeństwa. Współzałożyciel Reddita powiedział mi, że skorygował operacyjnie krótkowzroczność, bo nie chciał być uzależniony od okularów, gdyby doszło do załamania systemu. A z doświadczenia kryzysu finansowego z 2008 r. wiedział, że pierwsze oznaki takiego załamania widać właśnie na jego platformie. Dlatego też zaopatrzył się w broń, żywność, złoto i motocykle.

Ten impuls pokazuje, że faceci — bo to zawsze faceci — którzy budują bunkry na dzień zagłady, zamiast wydawać pieniądze na łagodzenie napięć społecznych, są przekonani, że nie mają dość władzy, by zmienić trendy, które sami ­napędzali. Że polaryzacja społeczna, a ostatecznie wybuch nienawiści skierowanej przeciw nim nastąpi bez względu na to, co zrobią. Jest to druga strona iluzji nieuchronności, o której mówiliśmy wcześniej. Superbogaci uważają, że nie są w stanie zapobiec katastrofie, więc jedyne, co mogą zrobić, to chronić samych siebie.

Ale dlaczego to miałoby być nieuniknione? Rozwinięte społeczeństwa są w stanie i powinny znaleźć sposób na powstrzymanie postępów nierówności i polaryzacji, zanim pojawią się najgorsze konsekwencje.

— Zaczynamy tracić entuzjazm, tak. W badaniach widać, że dla coraz większej liczby osób, zwłaszcza młodych, ogromne fortuny nie są źródłem inspiracji, tylko frustracji. Szanse są dziś tak nierówne, że sukces nie jest postrzegany jako coś w zasięgu ręki, ale raczej jak statek, który odpływa szybciej, niż ktokolwiek jest w stanie go dogonić.

— Tak. To zresztą cel niektórych miliarderów: przekonać ludzi, że prawdziwą elitą nie są ci, którzy mają jacht, tylko wykładowcy z małych uczelni humanistycznych. Bo kapitał finansowy nie przekłada się w pełni na władzę kulturową. Nie daje prawdziwego luksusu, którego bogaci tak pragną, czyli bycia słuchanym. I niektórych doprowadza to do szału. „Chwileczkę, zobaczcie, ile mam pieniędzy, jak wielką firmę stworzyłem — dlaczego mnie nie słuchacie i nie podziwiacie?”. To dla nich bardzo frustrujące. A elity przedstawiane są jako środowiska, które patrzą na ciebie z góry, oceniają i uważają, że nie spełniasz ich oczekiwań. Dlatego gdy ktoś naprawdę bogaty ostro krytykuje elity, ujawnia sekret o sobie samym: że czuje się wykluczony z klubu, do którego tak bardzo pragnie należeć.

— Historia pokazuje, że zmiany często następują w długim okresie. Między rokiem 1873, gdy Mark Twain wymyślił nazwę wiek pozłacany, a 1890, kiedy USA uchwaliły pierwsze istotne prawo, które doprowadziło do jego zakończenia, czyli ustawę antymonopolową Shermana, upłynęło 17 lat. Zawsze mija dużo czasu, zanim rozwiązania problemów stają się akceptowane i możliwe do wdrożenia, i jeszcze więcej, nim ich skutki stają się w pełni widoczne. Można powiedzieć, że powidoki wieku pozłacanego były odczuwane aż do wielkiego kryzysu i dopiero Nowy Ład Franklina Roosevelta zapoczątkował dobrobyt XX w.

Nawet więc jeśli dziś wszystko dzieje się znacznie szybciej niż kiedyś, być może jesteśmy dopiero na początku ery ultrabogatych i rozumienia, co to oznacza dla społeczeństwa, polityki i stabilności społecznej. I nic jeszcze nie jest przesądzone.

— To prawda. Dlatego bądźmy na tyle mądrzy, by zrozumieć, co mówi nam historia. A właściwie, co krzyczy: podejmujmy mądre decyzje, zanim będzie za późno.

Evan Osnos jest amerykańskim dziennikarzem, autorem książki „Bogaci, bogatsi, najbogatsi. O życiu tych, którzy mają wszystko (i jachty)”

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version