Agnieszka Niesłuchowska, „Wprost”: Prezentacja Moniki Piątkowskiej, kandydatki KO i PSL na prezydenta Krakowa przed budynkiem kancelarii premiera w Warszawie to chyba nie był najlepszy pomysł na inaugurację.
Bogusław Sonik: Myślę, że to kwestia akcydentalna, lecz oczywiście daje możliwości krytykowania i wyśmiewania. Kto kandyduje na prezydenta, powinien takich wpadek unikać. Obrazy znaczą często więcej niż słowa.
Co mówią o KO i PSL? Bo to przecież wspólna kandydatka.
Referendum dotyczące odwołania Aleksandra Miszalskiego było skierowane nie tylko przeciwko niemu, ale i koalicji rządzącej Polską, w imieniu której sprawował władzę. Dlatego przedstawianie kandydatki w Warszawie wpisuje się w to, do czego krytycznie odnieśli się mieszkańcy Krakowa.
Dość długo trwały poszukiwania kandydata, inne partie wcześniej ogłosiły nazwiska. Dlaczego?
To może świadczyć o tym, że poszukiwano kogoś spoza bieżącej polityki w Krakowie. Ale problem może być inny – nie wiadomo, kiedy wybory się odbędą.
Donald Tusk wskazał na drugą połowę września.
Wszystko się opóźnia, bo sąd jeszcze nie rozstrzygnął referendalnych protestów. A to może trwać miesiącami. Niby ustawa o referendum wskazuje określony termin, jakiego sąd powinien się trzymać, ale nie musi (zgodnie z ustawą o referendum lokalnym sąd ma 14 dni na rozpatrzenie protestów – red.). Wiążąca jest dopiero decyzja Sądu Apelacyjnego, która umożliwia wskazanie daty wyborów. Do czasu aż sprawa się wyklaruje, kandydaci mogą być już wypaleni.
Dlatego myślę, że słuszną taktykę obrał Łukasz Gibała, główny pretendent do fotela prezydenta, który wstrzymuje się ze zgłoszeniem swojej kandydatury.
Nim do gry dołączyła Monika Piątkowska, KO i PSL rozważały różne nazwiska, w tym pana kuzyna, Rafała Sonika. Co pan wówczas myślał? To dobrze czy źle?















