Marines wyskakujący z maszyn V-22 Osprey i szturmujący brzegi wyspy Chark pod ciężkim ostrzałem… czy to kolejny etap wojny z Iranem? Wiele na to wskazuje. Taka operacja oznaczałaby potężne ryzyko dla amerykańskich żołnierzy i marynarzy. Z kilku powodów.
Pentagon cały czas wzmacnia siły USA na Bliskim Wschodzie. Wysyła tam słynną 82. Dywizję Powietrznodesantową — elitarnych żołnierzy szkolonych do desantów na wrogim terytorium i przejmowania nad nim kontroli.
Rozmieszczenie tych sił, o którym media dowiedziały się z przecieków, to tylko najnowsza fala żołnierzy kierowanych do tego regionu. USA przygotowują się na możliwą eskalację wojny — potencjalną inwazję na kluczowy irański port eksportujący ropę.
Nawet 3 tys. spadochroniarzy mogłoby dołączyć do szacowanych 5 tys. marines, którzy już zmierzają w tamtym kierunku, powiększając liczebność amerykańskiego kontyngentu w regionie do ponad 50 tys. żołnierzy.
Prezydent Donald Trump w tym tygodniu zaproponował Irańczykom porozumienie. Jednocześnie groził atakami, mówiąc, że USA „mogą zniszczyć” wyspę Chark „w każdej chwili”. Ta niewielka wyspa, położona zaledwie ok. 25 km od wybrzeża, jest kluczowa dla osłabionej irańskiej gospodarki — odpowiada za 90 proc. eksportu ropy.
Siły USA zbombardowały wyspę w zeszłym tygodniu, celując w instalacje wojskowe. Jednak pojawienie się w regionie tysięcy żołnierzy i marines mogłoby dać Białemu Domowi kilka możliwości ataku lądowego, umożliwiając realizację gróźb prezydenta.
Inwazja lądowa na Iran. Dlaczego USA mogą przejąć wyspę Chark?
Zamknięcie przez Iran Cieśniny Ormuz — kluczowego szlaku żeglugowego, przez który normalnie przepływa jedna piąta światowych dostaw ropy i gazu — jest jednym z najskuteczniejszych elementów irańskiej odpowiedzi na bombardowania USA i Izraela.
Zablokowanie tego szlaku wywindowało ceny ropy i gazu z powodu obaw o podaż, siejąc chaos na światowych giełdach.
Przejęcie Chark, położonej bardziej na północ w Zatoce, dałoby Amerykanom kontrolę nad eksportem ropy z Iranu — podstawą jego gospodarki — oraz punkt zaczepienia w regionie. Wywołałoby także presję na Teheran, by poluzował blokadę cieśniny.
Zdjęcie satelitarne wyspy Chark
Foto: Planet Labs PBC/Handout / Reuters
Iran twierdzi jednak, że jest przygotowany na amerykańską inwazję. W środę jeden z czołowych przywódców reżimu zapewnił, że Teheran „bacznie obserwuje wszelkie ruchy USA w regionie, zwłaszcza rozmieszczenia wojsk”.
— Nie wystawiajcie na próbę naszej determinacji w obronie ojczyzny — ostrzegł przewodniczący parlamentu Mohammad Bagher Ghalibaf.
Iran rozmieścił także nowe systemy obrony powietrznej, miny i pułapki na wyspie oraz przerzucił tam dodatkowe oddziały, przygotowując się na ewentualną inwazję, podała w środę CNN, powołując się na źródła znające dane wywiadowcze USA.
82. Dywizja armii USA na co dzień stacjonuje w Fort Bragg w Karolinie Północnej. Jest jednak gotowa do przerzutu w dowolne miejsce i w dowolnym czasie. Urzędnicy administracji, wypowiadający się anonimowo, potwierdzają wysłanie żołnierzy. Szczegółowe informacje o terminie przybycia i celu rozmieszczenia nie zostały jeszcze ujawnione.
W przeciwieństwie do innych żołnierzy amerykańskiej armii, ci z 82. dywizji są szkoleni do błyskawicznego desantu w dowolnym miejscu — w ciągu 18 godzin, bez wsparcia czołgów czy pojazdów opancerzonych. Taka taktyka czyni ich bardziej podatnymi na ataki wroga, podkreślają eksperci, ale nadrzędnym celem jest tu szybkość i element zaskoczenia.
A co jeśli nie wyspa Chark? Amerykańscy żołnierze mogą opanować wybrzeże Iranu
Spadochroniarzy wspierać będzie kilka tysięcy marines, również skierowanych w ostatnich dniach do regionu. Są oni mistrzami błyskawicznych operacji przejęcia kontroli nad wyspami — mówi Robert Murrett, emerytowany wiceadmirał Marynarki Wojennej USA, dziś profesor administracji publicznej i stosunków międzynarodowych na Syracuse University.
Ustanowienie kontroli nad wyspą to „podstawowy typ misji” dla tych marines — powiedział Murrett w rozmowie z „Newsweekiem”.
Prawie 5 tys. marines zmierza obecnie na Bliski Wschód w ramach dwóch zgrupowań ekspedycyjnych (MEU). 31. MEU, licząca 2 200 marines, podróżuje z USS Tripoli, który wypłynął z Japonii w zeszłym tygodniu i ma dotrzeć do regionu w piątek.
Pentagon nakazał także, by Boxer Amphibious Ready Group (ARG) — złożona z trzech okrętów wojennych z 11. MEU na pokładzie — opuściła Kalifornię i udała się na Bliski Wschód. Według doniesień podróż zajmie około trzech-czterech tygodni.
Okręt desantowy USS Boxer
Foto: SONG KYUNG-SEOK / PAP/ EPA
Jak zaznaczył Murrett, „nietypowe” jest jednoczesne rozmieszczenie dwóch dużych MEU w tym samym czasie na Bliskim Wschodzie. Najprawdopodobniej będą działać razem, bo nawet połączone stanowią relatywnie niewielką siłę w porównaniu do liczebności irańskiej armii.
Liczne amerykańskie siły desantowe mogłyby zostać użyte do zajęcia wyspy Chark lub przeprowadzenia błyskawicznej akcji na stałym lądzie, ale nie byłyby w stanie utrzymać pozycji na irańskim wybrzeżu przez dłuższy czas. To jednostki szybkiego reagowania i nie mają wystarczającej liczby żołnierzy ani sprzętu do długotrwałego okupowania terenu.
Pojawiły się doniesienia, że USA mogą wysłać wojsko, by oczyścić południowe wybrzeże Iranu i tym samym ponownie otworzyć Cieśninę Ormuz. Krążą też spekulacje, że Amerykanie mogą przejąć inne wyspy u wybrzeży Iranu, by osiągnąć ten sam cel — przywrócić ruch w cieśninie, co staje się coraz pilniejszym wyzwaniem dla USA.
Jak mógłby wyglądać amerykański desant na Iran? Wyspa Chark w centrum uwagi
Amphibious Ready Group (ARG) składa się z okrętu desantowego — w przypadku tych wysłanych w stronę Iranu są to USS Boxer i USS Tripoli. Właściwie to małe lotniskowce przewożące żołnierzy, śmigłowce i nowoczesne myśliwce. Towarzyszą im po dwa inne okręty. Przewożą one pojazdy, sprzęt i mniejsze łodzie desantowe, umożliwiające szybkie lądowanie marines na brzegu.
Operacja przeciwko wyspie Chark byłaby desantem morskim — amerykańskie oddziały wylądowałyby z łodzi i śmigłowców na wskazanym terenie, wspierane przez samoloty ostrzeliwujące irańskie stanowiska zagrażające desantowi.
Amerykanie staraliby się wcześniej zniszczyć główne systemy obrony na Chark. Państwowe media irańskie podały, że zeszłotygodniowe amerykańskie ataki wymierzone były w obronę przeciwlotniczą na wyspie, która zagrażałaby żołnierzom, samolotom i okrętom podczas ewentualnej inwazji.
Mimo to Iran wciąż dysponuje środkami do odpowiedzi — może użyć dalekosiężnych pocisków balistycznych lub dronów z terytorium kraju.
W doniesieniach o wzmacnianiu obrony wyspy Chark w tym tygodniu pojawiła się informacja, że Irańczycy zaminowali brzegi wyspy minami przeciwpiechotnymi. To znacznie utrudniłoby i uczyniło groźniejszymi pierwsze fazy amerykańskiej operacji — żołnierze lądujący z okrętów i śmigłowców byliby bardzo narażeni. Miny są trudne do wykrycia i spowolniłyby postępy wojsk pod ogniem irańskim.
Myśliwce i śmigłowce musiałyby osłaniać amerykańskie oddziały, gdy te rozlokowywałyby się na wyspie, by potem móc przeprowadzać dalsze ataki.
To jednak ryzykowna operacja. Straty wśród żołnierzy byłyby niemal nieuniknione, a mimo wsparcia myśliwców i śmigłowców, zgrupowania ARG nie mają takiej siły ognia, by skutecznie neutralizować irańskie zagrożenia.
Dlatego kluczowe byłoby wsparcie ze strony niszczycieli marynarki wyposażonego w pociski dalekiego zasięgu — podkreśla Murrett.
Jednak zbliżenie się większych okrętów na odległość dostatecznie niewielką, by wspierać marines, wiąże się z własnym ryzykiem — mogą one znaleźć się pod ostrzałem irańskich systemów, w tym rakiet przeciwokrętowych. Istnieje także realne zagrożenie wejścia na miny.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.





