Najwięksi gracze mają ponad 60 proc. w rynku reklamy cyfrowej i te pieniądze nie pracują w Polsce na rozwój mediów czy w innych aspektach działalności publicznej — mówi Maciej Kossowski, prezes Związku Pracodawców Wydawców Cyfrowych. Projekt ustawy o podatku cyfrowym jest gotowy, został zgłoszony do prac legislacyjnych.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Maciej Kossowski: Big techy nie są skore do płacenia, nawet jeśli nie są to bardzo duże sumy jak na ich skalę działalności.

— Wielkie firmy technologiczne są gotowe podpisać umowę z każdym wydawcą, tyle że proponowane stawki są raczej ­nieakceptowalne.

— Wydawcy korzystają z mechanizmów, jakie wpisano do ustawy. Może państwo jako mediator przyspieszy dojście do kompromisu.

— Jest o tyle ważny, że nie jest wypowiedzią eksperta czy analizą szacownego think tanku, tylko formalnym krokiem prawnym — owszem, bardzo wstępnym, ale wprawiającym w ruch mechanizmy legislacyjne na poziomie unijnym. Parlament Europejski powinien teraz przyjąć rezolucję, potem z tego powinny wyjść konkretne propozycje legislacyjne, które opracuje Komisja Europejska i przyjmą państwa członkowskie. Pierwszy krok został wykonany.

— Drobną na pozór rzecz, czyli art. 4 Dyrektywy o prawie autorskim na jednolitym rynku cyfrowym (DSM). To zapis o „text & data mining”, czyli eksploracji tekstów i danych na potrzeby generatywnej sztucznej inteligencji. Wynika z niego, że trenowanie modeli AI na treściach znalezionych na stronach internetowych jest w świetle DSM jak najbardziej legalne.

— No właśnie, publiczny ChatGPT pojawił się przecież dopiero pod koniec 2022 r. W ciągu ostatnich trzech lat skutki działania tych modeli zmieniły już niejedną branżę, a sama AI jest jednym z najbardziej „gorących” tematów w debacie publicznej. Dlatego europarlamentarzyści z komisji JURI apelują, żeby podjąć konkretne działania.

— Oczywiście wielkie korporacje twierdzą, że art. 4 to świetny i mądry zapis, więc nie powinno się niczego zmieniać. Za to twórcy — bo w tej dyskusji biorą udział nie tylko wydawcy mediów, ale cała branża kreatywna — uważają, że trzeba prawo znowelizować i zacząć dyskusję o wynagrodzeniu za wykorzystanie ich treści do szkolenia modeli AI.

— Raport eurodeputowanego Axela Vossa wzywa do stworzenia nowych ram współpracy między środowiskami twórczymi, mediami oraz dostawcami generatywnej sztucznej inteligencji. Strona twórców i wydawców mówi, że niezbędne jest wynagrodzenie dla twórców za wykorzystanie ich treści do trenowania modeli AI, niezbędna jest pewność i transparentność tych modeli — czyli musimy wiedzieć, co jest i co było wykorzystane do ich szkolenia. Poza kwestią rekompensaty mamy jeszcze temat dezinformacji. Generatywna AI wykorzystywana jest przecież masowo do tworzenia deepfake’ów, które wrzucane na platformy społecznościowe potrafią wpływać na nastroje polityczne, ale służą także do prowadzenia najrozmaitszych oszustw. Wszystko to są istotne powody, żeby europarlamentarzyści i w ogóle politycy zainteresowali się tą kwestią i żeby to zainteresowanie przełożyło się na odpowiednie zmiany prawa.

— Tylko trzeba mieć świadomość, że to zmiany, które nie nastąpią natychmiast. Unijne mechanizmy prawa to nie jest motorówka, tylko raczej ciężki tankowiec. Ale mamy szansę opracować mechanizm, który zabezpieczy prawa i interesy twórców na kolejne lata.

— O tym, że tworzenie prawa często nie nadąża za błyskawicznymi zmianami w technologii, moglibyśmy długo dyskutować. O zagrożeniach związanych z AI głośno mówimy przecież nie od dziś, a wydawcy zaczynają dochodzić swoich praw w sądach. Anthropic, twórca modelu Claude, wypłaci wydawcom książek 1,5 mld dol. w ramach ugody. Koncern Penske Media Corp., właściciel takich pism jak „Rolling Stone”, „Billboard” czy ­”Variety”, pod koniec 2025 r. pozwał Google’a za to, że wymusił na jego wydawcach zgodę na wykorzystanie ich treści do szkolenia jego generatywnej AI. Oczywiście zdarzają się przypadki, że firmy od AI dmuchają na zimne — np. OpenAI ma podpisaną umowę o współpracy z Axel Springer.

— Te firmy są pod ogromną presją, bo ścigają się nie tylko na wewnętrznym rynku, ale także z całym światem, a przede wszystkim z Chinami. W opublikowanej niedawno strategii AI Biały Dom napisał wprost, że celem Ameryki jest światowa dominacja w dziedzinie sztucznej inteligencji. Stąd te gigantyczne inwestycje liczone w setkach miliardów dolarów. I rozumiem, że te firmy, działające pod taką presją, każdą próbę regulacji, ­czyli wyhamowania ich w tym wyścigu, będą postrzegać jako kłodę rzucaną pod nogi. Bo to oznacza podniesienie kosztów, ale przede wszystkim odcięcie od łatwo dostępnych potężnych zbiorów danych, takich jak treści „Newsweeka”, „Forbesa” czy wielu innych pism i serwisów.

— Big techy wydają na lobbing na poziomie Unii Europejskiej więcej niż jakakolwiek inna branża, więcej nawet niż motoryzacja czy firmy farmaceutyczne. Żeby ten obraz jeszcze bardziej zaciemnić, musimy pamiętać, że w grę wchodzi także kwestia suwerenności technologicznej Europy.

— Pewne mity już zostały obalone. Jakiś czas temu patrzyliśmy na wielkie firmy technologiczne jako na niezależne ponadnarodowe byty, ale dziś nikt już nie ma złudzeń, że ich korzenie są w USA i że amerykański prezydent jest bardzo wyczulony na wszelkie „krzywdy”, jakie im się dzieją. Zwłaszcza w Europie. Zarazem widzimy, ile jest w tym hipokryzji: skoro ci sami ludzie krzyczący o wolności słowa sami u siebie, w Stanach, we własnych serwisach cenzurują treści dotyczące np. działalności ICE, prawda?

— Taktyka big techów jest prosta: walczymy o dominację i przyszłość, więc teraźniejszość jest mniej istotna. Jeśli wygrana wymaga ofiar, to niech będą ofiary. Konsekwencjami będziemy się martwić potem.

— Za tworzone przez dziennikarzy treści trzeba przecież zapłacić. Ale prawdziwą śmietankę z ich publikacji w sieci spija ktoś inny.

— Na przykład. Jego wyszukiwarka to brama do internetu dla ponad 90 proc. użytkowników. I to algorytm Google’a decyduje, co nam się wyświetli najwyżej w wyszukiwarce. Ale w tradycyjnej wyszukiwarce przynajmniej użytkownik miał szansę kliknąć i pójść dalej, do źródła informacji, bo w wynikach wyszukiwania widział tylko tytuł tekstu. Teraz Google promuje AI Mode, czyli wyszukiwanie, w którym ich model językowy Gemini szybko streszcza informacje na zadany temat. Owszem, daje nawet odnośniki do źródeł, ale ta piguła informacyjna jest najczęściej wyczerpująca dla większości użytkowników. Nie mają powodu, by klikać w linki prowadzące do źródeł.

— Mniej więcej tak. Ale pojawiają się problemy prawne: skoro Google „opowiada” nam wiadomości, bazując na tekstach dziennikarskich czy analizach, to czy nie powinny go obowiązywać np. prawo prasowe i inne przepisy, których muszą przestrzegać tradycyjne media?

— Moim zdaniem nie jest dobrze, kiedy państwo przekazuje bezpośrednio mediom pieniądze. To zawsze rodzi ryzyko politycznego uzależnienia. Natomiast uważam, że rolą państwa jest wzmocnienie mediów, szczególnie teraz, w dobie rozwoju generatywnej sztucznej inteligencji i fake newsów na platformach społecznościowych. Państwo powinno wyznaczać reguły gry, próbować regulować rzeczywistość w taki sposób, żeby wszyscy mieli uczciwe warunki konkurowania. Żeby nie było tak, że platformy są pozbawione ograniczeń prawnych, którym podlegają dziennikarze i właściciele mediów. Takim jak odpowiedzialność za publikowane treści.

— I to należałoby zmienić. Platformy nie mogą stać ponad prawem i powinny odpowiadać za to, jak wpływają na nas, użytkowników, na całe społeczeństwa. W Australii wprowadzono zakaz używania platform społecznościowych dla osób poniżej 16 lat. Po to, żeby chronić młodych ludzi przed hejtem i problemami psychicznymi.

— Wprowadzić podatek cyfrowy. Kilka dni temu byłem na spotkaniu w tej sprawie w Ministerstwie Cyfryzacji. Projekt ustawy jest gotowy, został zgłoszony do prac legislacyjnych. Zobaczymy, czy wejdzie na agendę. Jest pewna wola polityczna, bo coraz wyraźniej widać, że ci najwięksi gracze wysysają pieniądze z rynku — przecież łącznie mają ponad 60 proc. w rynku reklamy cyfrowej — i większość tych środków transferują np. do Irlandii. Te pieniądze nie pracują w Polsce. Nie pracują na rozwój rynku mediowego ani w innych aspektach działalności publicznej. Podatek cyfrowy wprowadziło już wiele krajów w Europie: Austria, Francja, Włochy, Wielka Brytania, Hiszpania.

— Tego możemy być pewni. Ale te pieniądze mogłyby przecież służyć np. do ­finansowania edukacji mediowej, żeby uczyć ludzi, jak nie dawać się manipulować deepfake’ami i fake newsami. W ten sposób pośrednio wzmacnialibyśmy także media, takie jak „Newsweek”. Nie bezpośrednimi przelewami.

— Kolejka chętnych po te pieniądze będzie na pewno długa, bo można by je wydać np. na naprawę szkód psychicznych, jakie platformy wyrządzają młodym ludziom, na rozwój start-upów, cyfryzacji itd.

— Potrzebujemy silnego państwa, które będzie dbało o polskie interesy. Zresztą, choć trudno uwierzyć, to na cyfrowym rynku my, branża wydawnicza, wcale nie mamy jeszcze najgorzej. Proszę spojrzeć na sektor e-commerce — oni mierzą się dziś z naporem platform handlowych z Chin.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version