Na początku roku w sondażowej średniej PiS i Konfederację dzieliło prawie 20 pkt proc. Dziś różnica ta wynosi zaledwie 12. PiS słabnie coraz wyraźniej, a problemy Karola Nawrockiego spychają partię na pozycje, na których nigdy nie chciała się znaleźć. Jeśli nic się nie zmieni, to Prawo i Sprawiedliwość może wpaść w poważny kryzys jeszcze przed I turą wyborów prezydenckich.
Z każdym dniem staje się coraz bardziej oczywiste, że wystawienie Karola Nawrockiego jako „obywatelskiego kandydata” PiS na prezydenta nie było najlepszą decyzją Jarosława Kaczyńskiego. Szanse Nawrockiego na zwycięstwo kurczą się wraz z każdym nowym sondażem, a jego klęska w wyborach może poważnie wstrząsnąć z partią. Zwłaszcza gdyby prezesa IPN wyprzedził w pierwszej turze Sławomir Mentzen albo gdyby Nawrocki ledwo wtoczył się do drugiej tury tylko po to, by zdecydowanie przegrać w niej z Rafałem Trzaskowskim.
Można się przy tym nawet zastanawiać czy kandydatura Nawrockiego już nie zaszkodziła popierającej go partii – na długo, zanim ktokolwiek oddał głos w wyborach prezydenckich.
Nawrocki PiS czy PiS Nawrockiego? Kto kogo ciągnie w dół
Spójrzmy na sondaże. Słabo radzi sobie w nich nie tylko Karol Nawrocki, ale także popierająca go partia. Jeszcze na początku stycznia średnia sondażowa notowań PiS i KO była podobna i kształtowała się na poziomie zbliżonym do 33 proc. W wielu pojedynczych badaniach PiS wyprzedzało KO. Dziś według Poll of Polls portalu Politico, KO ma średnie poparcie na poziomie 35 proc., PiS 30. 5 pkt proc. to już istotna statystycznie różnica, wyraźnie większa niż błąd sondażowy.
Oczywiście, zwiększającego się dystansu głównej partii opozycji do KO nie da się wytłumaczyć wyłącznie nieudaną kampanią Nawrockiego. Relacje między sondażowym poparciem partii a jej kandydata są na tyle złożone, że można zastanawiać się, kto kogo bardziej ciągnie w dół – Nawrocki PiS czy odwrotnie.
Kulisy pałacu
Foto: Newsweek
Słabe notowania Nawrockiego na pewno odzwierciedlają też kiepską kondycję PiS, problemy partii z dotarciem do wyborców, na których jeszcze do niedawna mogła liczyć.
Trudno dziwić się, że PiS traci wyborców. Od utraty władzy w grudniu 2013 r. Kaczyński konsekwentnie stawia na mobilizację twardego elektoratu wokół partii, mówi wyłącznie do już przekonanych. Jego partia, zamiast punktować niespełnione obietnice rządu Tuska i domagać się w imieniu obywateli lepszej jakości rządzenia – co jest podstawowym zadaniem opozycji w liberalnej demokracji – stara się rozgrzać bazę opowieściami o „dyktaturze Tuska i bodnarowców”, która po śmierci Barbary Skrzypek ma już nawet mieć na sumieniu „ofiary śmiertelne”. Wyborcy już nie przekonani, że Tusk to wcielony diabeł, agent niemiecki i największe zagrożenie dla Polski od czasu Stalina, reagują na to albo demobilizacją i wycofaniem się z polityki, albo zerkaniem ku Konfederacji.
Jednak – niezależnie od modelu opozycyjności przyjętego przez PiS po 15 października 2023 r. – kampania Nawrockiego nie pomaga partii. Nawrocki okazał się kandydatem nie tylko niezdolnym przyciągnąć do siebie nowych wyborców, ale nawet zmobilizować całego elektoratu PiS. I tu zaczyna się problem Prawa i Sprawiedliwości. Weźmy wyborców partii Jarosława Kaczyńskiego, którzy w wyborach prezydenckich rozważają głosowanie na Sławomira Mentzena. Jest oczywiste, że będą oni coraz przychylniej patrzeć na Konfederację. I w końcu mogą na nią przenieść swoje poparcie, porzucając PiS.
Spójrzmy na to od drugiej strony. Wyborca odebrany Nawrockiemu przez Mentzena zrobił już pierwszy krok, by wypaść z orbity Prawa i Sprawiedliwości. I partii może być trudno przekonać go, by zagłosował na nią w kolejnych wyborach. To zjawisko może się nasilać im bardziej PiS będzie słabnąć w sondażach. Bo im mniej oczywiste będzie, że wciąż jest główną siłą na prawicy, tym więcej konserwatywnych wyborców może stawiać na nowego czempiona: Konfederację.
Słaby Nawrocki wpycha PiS w konflikt z Konfederacją
Dla PiS problemem jest więc nie tylko to, że od początku roku zwiększa się dystans partii do KO. Problemem jest także zmniejszający się dystans do Konfederacji. Na początku roku według Poll of Polls obie partie dzieliło prawie 20 pkt. proc. Dziś różnica ta wynosi zaledwie 12.
Karol Nawrocki – ze swoimi radykalnie narodowymi poglądami i związkami z kibolskimi subkulturami – miał przyciągnąć do PiS część wyborców Konfederacji. Zamiast tego jego słaba kampania wpycha formację Kaczyńskiego w wojnę z Mentzenem i jego partyjnym zapleczem.
Im bardziej Mentzen zbliża się bowiem do Nawrockiego w sondażach, im bardziej zagraża jego wejściu do drugiej tury, tym bardziej wymusza to na kampanii „kandydata obywatelskiego” zaangażowanie się w bezpośrednią konfrontację z Konfederatą. Nawrocki mógłby prowadzić kampanię „przyjaźnie” rywalizującą o narodowy elektorat z Mentzenem, gdyby był pewny drugiej tury, a od kandydata Konfederacji dzieliło go kilka dobrych punktów procentowych różnicy. Gdy realna staje się perspektywa mijanki, konkurencja między Mentzenem i Nawrockim zmienia się w walkę o polityczne życie, co rzadko nie przybiera brzydkich, brutalnych form.
Problem jednak w tym, że im brutalniej Nawrocki będzie musiał walczyć z Mentzenem o drugie miejsce, tym trudniej może będzie mu zyskać poparcie jego wyborców w drugiej turze. A kandydat PiS, który ma bardzo ograniczone możliwości pozyskiwania bardziej umiarkowanych, centrowych wyborców musi maksymalnie zmobilizować wyborców Mentzena do tego, by w drugiej turze, zniechęceni ofertą kandydatów dwóch największych partii nie zostali w domach.
Im więcej złej krwi między PiS a Konfederacją będzie po wyborach prezydenckich, tym trudniej może być później współpracować obu formacjom. A przecież wielu polityków prawicy myśli już o wyborach parlamentarnych w 2027 r. i tworzeniu wspólnego rządu. Dla PiS nie ma zresztą – a przynajmniej obecnie jej nie widać – innej ścieżki powrotu do władzy niż w ramach jakiegoś porozumienia z Konfederacją.
Koszty wewnętrzne dla PiS
PiS mógłby uniknąć tego konfliktu, gdyby w wyborach postawił na innego kandydata. Kogoś, kto po pierwsze potrafiłby zmobilizować wokół siebie wierny PiS-owski elektorat, tak by nawet nie rozważał on głosu na Mentzena. A po drugie, byłby w stanie sięgnąć po bardziej umiarkowanych wyborców – np. ludowców albo elektorat „pragmatycznie” głosujący na PiS, jako partię służącą jego interesom ekonomicznym. W tej pierwszej roli sprawdzić mógłby się np. Przemysław Czarnek, w tej drugiej Mateusz Morawiecki.
Kaczyński uznał jednak, że nie może pozwolić urosnąć żadnemu z poważnych graczy w PiS ani wzmocnić z żadnej z partyjnych frakcji, bo to mogłoby zachwiać równowagą w partii. Start pozbawionego politycznego zaplecza Nawrockiego miał przede wszystkim zabezpieczyć partię przed problemami wewnętrznymi.
Jeśli jednak nic się nie zmieni, to te problemy mogą pojawić się jeszcze zanim Nawrocki przegra wybory. Im gorzej będzie mu szło w sondażach, im słabsza będzie kampania, tym większa będzie demoralizacja w szeregach partyjnych. A im większa demoralizacja, tym gorzej będzie działała kampania „obywatelskiego kandydata” – bo do jej sukcesu trzeba maksymalnej pracy całej partii.
W efekcie jeszcze zanim w partii zaczną się rozliczenia po coraz bardziej prawdopodobnej klęsce Nawrockiego, partia może być niezdolna do niczego poza wewnętrznymi konfliktami. Kandydatura, która miała za zadanie uniknąć wewnętrznych wstrząsów w partii może je wygenerować na skalę nie mniejszą niż dobry wynik Czarnka czy Morawieckiego.